Krasnolud Długonosy

Wilhelma Hauffa October 12, 2017
niemiecki
Zaawansowany
55 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Wiele lat temu, w pewnym mieście w Niemczech, żył uczciwy szewc i jego żona. Poczciwy człowiek siedział całymi dniami i naprawiał buty; robił też nowe, jeśli udało mu się zdobyć klienta, który mu zaufał, ale najpierw musiał kupić skórę, bo był zbyt biedny, żeby utrzymać zapasy. Jego żona sprzedawała owoce i warzywa, które uprawiała na małym kawałku ziemi za bramami miasta. Miała wielu klientów, bo była czysta i schludna, i miała talent do rozkładania swoich towarów tak, aby jak najlepiej wykorzystać ich atuty. Szewc i jego żona mieli pięknego małego chłopca o imieniu Jakub. Chociaż miał osiem lat, był wysoki i dobrze zbudowany, więc siadywał u boku matki na rynku i służył jako chłopiec na posyłki gospodyniom domowym i kucharkom, które robiły duże zakupy od jego matki, nosząc im owoce i warzywa do domu.

Bardzo często wracał z monetą w kieszeni, albo przynajmniej z ciastem, albo jakimiś słodkościami, bo był tak ładny i uprzejmy, że ludzie lubili go widywać w swoich domach. Pewnego ranka szewc siedział na swoim zwykłym miejscu na targu. Miała zapas kapusty i innych warzyw, świeżych ziół i nasion, a także mniejszy koszyczek młodych gruszek i moreli. Mały Jakub siedział obok niej i wołał swoim piskliwym głosikiem: „Chodźcie kupować, chodźcie kupować, dobre kapusty, świeże zioła, wczesne gruszki, dobre dojrzałe jabłka i morele. Chodźcie kupować, kupować, kupować, towary mojej matki są dziś tanie”.

Staruszka powoli szła przez rynek. Była ubrana w łachmany i strzępy, miała małą, spiczastą twarz, całą pomarszczoną i pomarszczoną od starości, zaczerwienione oczy i ostry, haczykowaty nos, który prawie stykał się ze spiczastym podbródkiem. Pomagała sobie laską i trudno powiedzieć, jak się poruszała, bo potykała się, kulała i toczyła, jakby jej liście były zepsutymi kołami, które wkrótce miały się zawalić. Żona szewca wpatrywała się w nią surowo, bo chociaż siedziała na rynku codziennie od szesnastu lat, nigdy wcześniej nie zauważyła tej dziwnej staruszki. Wzdrygnęła się jednak mimowolnie, gdy staruszka podeszła do niej i stanęła nieruchomo przed koszami.

„Czy ty jesteś Hannah, ta handlarka warzyw?” – zapytała chrapliwym, nieprzyjemnym głosem, kręcąc głową, jakby dotknięta paraliżem. „Tak, tak się nazywam” – odpowiedziała żona szewca – „czy mogę ci w czymś pomóc?”

„Muszę zobaczyć, muszę zobaczyć” – odpowiedziała. „Pozwól mi obejrzeć nasze zioła i zobaczyć, czy czegoś potrzebuję”. Zanurzyła swoje brązowe, chude palce w koszyku z ziołami, który był tak starannie ułożony, i chwytając garść za garścią, przykładała je do długiego, haczykowatego nosa i wąchała. Żona szewca była bardzo zirytowana, widząc, jak traktuje się jej rzadkie zioła, ale nie chciała nic mówić, bo klient miał prawo obejrzeć towar, a poza tym trochę bała się staruszki. Kiedy cały koszyk z ziołami został już przeniesiony i obrócony, staruszka mruknęła: „Bzdury, bzdury, wszystko. Pięćdziesiąt lat temu mogłam kupić, co chciałam; to się do niczego nie nadaje”.

Te słowa rozgniewały małego Jakuba. „Jesteś niegrzeczną staruszką” – powiedział ze złością; „najpierw bierzesz nasze piękne, świeże zioła w swoje paskudztwo między palce i miażdżysz je, potem przykładasz je do Naszego długiego, haczykowatego nosa, żeby nikt inny, kto cię widział, nie chciał ich kupić, a potem błędnie nazywasz nasze towary, uznając je za tandetę i śmieci, skoro nawet kucharz księcia nie gardzi kupowaniem u nas”.

Staruszka spojrzała uważnie na energicznego chłopca i zaśmiała się odrażająco. Potem powiedziała ochrypłym, chrapliwym głosem: „Ach, mój mały człowieczku, podoba ci się mój nos, mój piękny, długi nos? Więc i ty będziesz miał piękny, długi nos, taki, który będzie sięgał od środka twarzy aż pod brodę”.

Mówiąc, poczłapała do drugiego koszyka, w którym znajdowały się kapusty. Wzięła najdelikatniejsze, kremowe, chrupiące główki i zgniotła je w dłoniach, aż trzeszczały i trzeszczały, po czym mimo wszystko wrzuciła je z powrotem do koszyka. „Zły towar, zła kapusta” – powiedziała.

„Nie kręć tak głową!” – krzyknął chłopiec, zaczynając się bać. „Twoja szyja jest cienka jak łodyga kapusty i wygląda, jakby miała się zaraz złamać na pół, a gdyby twoja głowa potoczyła się do naszego koszyka z kapustą, kto by wtedy u nas kupował?”

„Więc nie lubisz cienkich karków, co?” mruknęła staruszka. „Dobrze, to w ogóle ich nie będziesz miała. Twoja głowa będzie przylegać do naszych ramion, żeby nie było niebezpieczeństwa, że ​​spadnie z twojego małego ciałka”.

„No, no, nie opowiadaj takich bzdur dziecku” – rzekła w końcu zirytowana żona szewca – „jeśli chcesz coś kupić, to dokonaj wyboru, bo odstraszasz innych klientów”.

„Dobrze” – odpowiedziała ponuro staruszka – „kupię te sześć kapust. Ale musisz pozwolić swojemu synkowi zanieść je do domu, bo muszę się utrzymać na lasce i sama niczego nie udźwignę. Wynagrodzę go za trud”.

Chłopiec nie chciał iść i zaczął płakać, bo bał się brzydkiej staruszki, ale matka stanowczo kazała mu iść, bo wstydziłaby się pozwolić, by ta słabiutka staruszka dźwigała taki ciężar. Owinął więc kapustę w szmatkę i poszedł za staruszką z targu. Szła tak wolno, że minęło około trzech kwadransów, zanim dotarli do jej domu, który znajdował się w bardzo odległej części miasta i był nędznie wyglądającym małym domkiem.

Staruszka wyciągnęła z kieszeni zardzewiały klucz i wsunęła go w dziurkę, a drzwi otworzyły się gwałtownie. Jakież jednak było zdumienie małego Jakuba, gdy wszedł do domu i odkrył, że jest on tak piękny? Ściany i sufit były z marmuru, meble z hebanu, inkrustowane złotem i polerowanymi klejnotami, a podłoga była ze szkła i tak śliska, że ​​chłopiec kilkakrotnie się przewrócił. Staruszka wyciągnęła z kieszeni mały srebrny gwizdek i zadęła w niego tak przenikliwie, że dźwięk rozniósł się po całym domu. Gromada świnek morskich natychmiast zbiegła po schodach, a Jakub ze zdumieniem zobaczył, że chodzą wyprostowane na tylnych łapach, a ich łapy zamiast butów tkwią w skorupkach orzechów. Nosiły męskie ubrania i miały na głowach kapelusze uszyte według najnowszej mody.

„Gdzieście położyli moje kapcie, obdartusy?” – zapytała staruszka, uderzając je laską, aż zaczęły jęczeć i podskakiwać. „Jak długo jeszcze zamierzasz trzymać mnie tu stojącą?”

Świnki morskie wbiegły po schodach i wkrótce wróciły z parą skorup orzechów kokosowych, obszytych i owiniętych skórą. Włożyły je staruszce na nogi, a ona natychmiast przestała kuśtykać i kuleć, rzuciła laskę i zaczęła sunąć po śliskiej podłodze z ogromną szybkością, ciągnąc za sobą Jakuba. W końcu dotarła do pokoju przypominającego kuchnię, choć stoły były mahoniowe, a kanapy i krzesła pokryte wykwintnymi gobelinami.

„Usiądź” – powiedziała staruszka przyjaznym tonem, popychając go w kąt sofy, a następnie przesuwając przed nim stół, tak że nie mógł się wydostać. „Musisz być zmęczony, idąc tak daleko i dźwigając taki ciężar” – powiedziała. „Teraz wynagrodzę ci trud i przygotuję zupę, jakiej nigdy wcześniej nie jadłeś i którą będziesz pamiętał do końca życia”.

Ponownie zagwizdała i znów pojawiła się gromadka świnek morskich, ubranych w ludzkie stroje. Miały na sobie fartuchy kucharskie, a za pasami miały zatknięte łyżki i noże do krojenia. Za nimi podążała gromadka wiewiórek w szerokich tureckich spodniach, z małymi zielonymi aksamitnymi czapeczkami na głowach. Wyglądały na służących kuchennych, bo natychmiast zaczęły wspinać się i schodzić po ścianach, przynosząc garnki i patelnie, jajka i masło, zioła i mąkę, i zanosiły je do paleniska, gdzie staruszka zdawała się być bardzo zajęta gotowaniem. Ogień palił się wesoło, a zawartość patelni zaczęła parować i syczeć, wydzielając bardzo przyjemny zapach.

W końcu zupa się ugotowała, a staruszka nalała jej trochę do srebrnego talerza i postawiła przed małym Jakubem. „Jedz, mój mały człowieczku” – powiedziała – „a dostaniesz ode mnie wszystko, czego pragnąłeś. Będziesz też zręcznym kucharzem, ale nigdy, przenigdy nie znajdziesz zioła, którego brakowało w koszyku twojej matki”.

Chłopiec nie zrozumiał, o czym mówi; ale jadł dalej swoją zupę, która była pyszna. Matka często gotowała mu smaczne dania, ale nigdy czegoś takiego. Roztaczał się z niej zapach wykwintnych ziół i warzyw, jednocześnie kwaśny i słodki, a zarazem bardzo intensywny. Gdy skończył, świnki morskie zapaliły kadzidło, które unosiło się w postaci błękitnej chmury i rozchodziło się po pokoju. Kadzidło unosiło się coraz gęściej, aż chłopiec poczuł się oszołomiony. Próbował wstać, powtarzając sobie, że musi pospieszyć do matki, ale tylko upadł z powrotem i w końcu, całkowicie pokonany, zasnął na sofie staruszki. Potem zaczął śnić, takie dziwne sny!

Wydawało mu się, jakby staruszka zdjęła z niego całe ubranie i ubrała go w skórę wiewiórki, a on od razu mógł skakać jak inne wiewiórki w domu i zaczął zajmować swoje miejsce razem z nimi i świnkami morskimi, i tak jak one, on również stał się jednym ze służących staruszki. Początkowo był czyścicielem butów i jego obowiązkiem było polerowanie skorup orzechów kokosowych, które staruszka nosiła zamiast butów. Nauczył się polerować buty we własnym domu, a ponieważ jego ojciec był szewcem, został szczególnie dobrze wyszkolony, więc był zręczny w swojej pracy.

Minął rok, a potem przyśniło mu się, że powierzono mu ważniejsze obowiązki. On i kilka innych wiewiórek zabrano do pracy, by złapać pył słoneczny i przesiać go przez drobne sita. Ten pył służył zamiast mąki do wypieku chleba, który jadła staruszka, bo nie miała zębów, a pył słoneczny sprawia, że ​​chleb jest najdelikatniejszy i najpyszniejszy.

Minął kolejny wymarzony rok i awansował na jednego z nosicieli wody. Nie wyobrażajcie sobie, że staruszka miała pod ręką cysternę z wodą czy beczkę na wodę. O nie! Jakub i wiewiórki musiały zbierać rosę z róż do łupin orzechów laskowych; to była woda pitna staruszki, a ponieważ była wiecznie spragniona, trudno było jej ją zapewnić. Pod koniec kolejnego roku został wyznaczony do prac domowych. Jego szczególnym obowiązkiem było utrzymanie szklanej podłogi w czystości. Musiał ją zamiatać, a potem, owinąwszy stopy miękkimi ściereczkami do polerowania, wędrować tam i z powrotem po pokoju, aż szkło lśniło olśniewająco.

Pod koniec roku awansował do kuchni; było to zaszczytne stanowisko, które można było osiągnąć dopiero po długim szkoleniu. Zaczynał jako pomywacz i szybko awansował, aż został szefem kuchni. Czasami nie mógł się nadziwić swoim umiejętnościom, bo potrafił gotować najtrudniejsze dania i potrafił zrobić nie mniej niż dwieście różnych rodzajów ciast. Potem był mistrzem w gotowaniu zup i potrafił ugotować każdy rodzaj, o jakim kiedykolwiek słyszano, i znał zastosowanie każdego rodzaju warzyw, które rosły. Minęło już kilka lat w służbie u staruszki, a pewnego dnia włożyła ona swoje kokosowe buty, wzięła laskę i koszyk w rękę i przygotowała się do wyjścia.

Zanim wyszła, poprosiła Jakuba, żeby ugotował kurczaka na obiad po powrocie i żeby dobrze go nafaszerował przyprawami. Po przygotowaniu kurczaka poszedł do pokoju, w którym przechowywano zioła, aby zebrać trochę ziół do nadzienia, i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył małą szafkę, której wcześniej nie zauważył. Drzwi były uchylone, więc zajrzał z ciekawością do środka i zobaczył kilka małych koszyczków, z których wydobywał się silny i przyjemny zapach. Otworzył jeden z nich i zobaczył, że zawiera bardzo osobliwą roślinę. Liście i łodygi miały niebieskozielony kolor, a na niej kwiat o ciemnoczerwonym odcieniu z żółtymi plamkami.

Przyjrzał się uważnie kwiatowi, powąchał go i zauważył, że pachniał tak samo jak zupa, którą kiedyś ugotowała mu staruszka. Zapach był bardzo intensywny, tak intensywny, że aż kichnął, i kichał bez przerwy, aż w końcu się obudził. Położył się na sofie staruszki i ze zdziwieniem rozejrzał dookoła.

„Jakże realistyczne wydają się czasem sny” – powiedział sobie. „Mógłbym być pewien, że przed chwilą byłem wiewiórką, a świnki morskie i wiewiórki były moimi towarzyszkami, a także, że nauczyłem się być mistrzowskim kucharzem. Jakże mama będzie się śmiała, kiedy jej o tym opowiem, ale i tak mnie zruga, że ​​zasnąłem w domu obcej osoby, zamiast jej pomóc na targu”.

Zerwał się na równe nogi, ale jego kończyny były zesztywniałe od tak długiego snu, zwłaszcza kark; nie mógł go obrócić zbyt łatwo i wydawał się tak senny, że wciąż uderzał nosem o ściany i szafki. Gdy stanął na progu, świnki morskie i wiewiórki zaczęły skomleć wokół niego, jakby chciały iść z nim, a on błagał je, żeby poszły, bo to kochane małe stworzenia, ale one pobiegły z powrotem w swoich skorupkach butów i słyszał, jak piszczą w domu.

Staruszka przyprowadziła go z daleka od targowiska i miał pewne trudności ze znalezieniem drogi powrotnej wąskimi uliczkami, zwłaszcza że zdawał się gromadzić tłum. Gdzieś w pobliżu zdawało mu się, że musi być jakiś krasnolud, bo ludzie przepychali się, wyciągali szyje i wołali do siebie: „Spójrzcie tylko, jaki ohydny krasnolud! Skąd on się tu wziął? Jaki ma długi nos i jak głowę zapadniętą między wysokie ramiona; w ogóle nie ma szyi, i zobaczcie, jakie ma wielkie, brązowe dłonie”.

Jakub chętnie zobaczyłby karła osobiście, bo zawsze lubił oglądać coś niezwykłego, ale nie mógł czekać, bo wiedział, że powinien pospieszyć z powrotem do matki. Poczuł się przestraszony i zdenerwowany, gdy w końcu dotarł na rynek, bo jego matka wyglądała tak źle. Był pewien, że nie mógł spać zbyt długo, bo miała jeszcze sporo niesprzedanych owoców i warzyw, ale siedziała z głową opartą na ręce, nie nawołując przechodniów, by kupowali jej towary. Była też bledsza i wyglądała na bardzo smutną. Wahał się, co zrobić, ale w końcu nabrał otuchy, podkradł się do niej od tyłu i kładąc dłoń pieszcząco na jej ramieniu, powiedział: „Matko droga, co ci jest? Czy jesteś na mnie zła?”

Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, ale cofnęła się z krzykiem przerażenia. „Czego ode mnie chcesz, ty ohydny karle!” – krzyknęła. „Takie żarty są nie na miejscu”.

„Ale, mamo” – powiedział Jakub z niepokojem – „nie możesz czuć się dobrze. Dlaczego wypędzasz swojego syna?”

„Czyż nie kazałam ci odejść?” – rzekła Hanna ze złością – „takimi żartami niczego ode mnie nie dostaniesz, ty brzydalu”.

„Ona chyba oszalała” – powiedziała mała – „jak mam ją odwieźć do domu? Mamo kochana, spójrz na mnie uważnie, jestem twoim synkiem Jakubem”.

„Przesadziłeś z tą bezczelnością” – krzyknęła kobieta. „Nie zadowalając się, ty ohydny karle, staniem tam i odstraszaniem moich klientów, musisz z pewnością robić sobie żarty z mojego żalu i smutku. Sąsiedzi, posłuchajcie tego gościa, który ośmiela się mówić, że jest moim synem Jakubem”.

Jej sąsiedzi zbiegli się wokół niej i zaczęli bez ogródek wyzywać biednego Jakuba, mówiąc mu, że to okrutne żartować z pogrążoną w żałobie matką, której ukochanego chłopca skradziono siedem długich lat temu, i grozili, że rozerwą go na strzępy, jeśli natychmiast nie odejdzie. Biedny Jakub nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Tego ranka poszedł z matką na targ, a przynajmniej tak mu się zdawało, pomógł jej wystawić towar z owocami i warzywami, zaniósł do domu kapustę staruszki, zjadł trochę zupy i na chwilę zasnął, a mimo to jego matka i sąsiedzi twierdzili, że nie było go przez siedem lat. I nazywali go okropnym karłem! Co mogło się stać?

Widząc, że matka nie chce mieć z nim nic wspólnego, łzy napłynęły mu do oczu, odwrócił się smutno i poszedł ulicą w stronę małego sklepiku, w którym ojciec siedział i naprawiał buty w ciągu dnia. „Zobaczę, czy mnie rozpozna” – powiedział sobie. „Po prostu stanę w drzwiach i z nim porozmawiam”.

Gdy dotarł do szewca, stanął w drzwiach i zajrzał do środka. Starzec był tak zajęty, że początkowo go nie zauważył, lecz wkrótce, spojrzawszy w górę, upuścił but, który naprawiał, i zawołał: „O mój Boże, co to takiego?” „Dobry wieczór, panie” – powiedział mały człowieczek, wchodząc do sklepu – „jak tam handel?”

„Źle, bardzo źle, mały dżentelmenie” – powiedział szewc – „nie mogę pracować tak dobrze, jak pracowałem, starzeję się i nie mam nikogo, kto by mi pomógł, bo nie stać mnie na pomocnika”. Jakub zdziwił się, że ojciec go nie rozpoznał, więc odpowiedział: „Czy nie masz syna, którego mógłbyś wyszkolić, żeby ci pomagał?”

„Miałem jednego, imieniem Jakub; powinien być już wysokim, dobrze zbudowanym młodzieńcem, który mógłby zostać moją prawą ręką, bo nawet jako mały chłopiec był zręczny i sprytny w moim fachu. Był też tak przystojny i miał tak miłe maniery, że bez wątpienia przyniósłby mi więcej klientów; bardzo prawdopodobne, że do tego czasu przestałbym robić buty i zaczął robić nowe. Ale niestety! Takie jest życie!”

„Gdzie jest twój syn?” zapytał Jakub drżącym głosem.

„Nikt nie może tego powiedzieć” – odpowiedział starzec – „ponieważ siedem lat temu został nam skradziony”.

„Siedem lat temu” – krzyknął Jakub przerażonym głosem.

„Tak, mały dżentelmenie, siedem długich lat temu. Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Moja żona wróciła z targu płacząc i załamując ręce, dziecka nie było cały dzień i choć szukała go wszędzie, nie mogła go znaleźć. Wielokrotnie ostrzegałem ją, żeby uważała na naszego ślicznego chłopca, mówiąc, że w mieście są źli ludzie, którzy mogą go ukraść dla jego urody. Ale była z niego dumna i często, gdy szlachta kupowała od niej owoce i warzywa, wysyłała go, żeby zaniósł ich zakupy do domu. Ale pewnego dnia na targ weszła brzydka staruszka i zaczęła się z nią targować. W końcu kupiła więcej, niż mogła unieść, a moja żona, będąc kobietą dobrego serca, pozwoliła jej zabrać chłopca ze sobą i od tamtej pory nigdy go więcej nie widziano.”

„I to było siedem lat temu?” zapytał Jakub. „Siedem lat, niestety! Szukaliśmy go wszędzie, a nasi sąsiedzi, którzy wszyscy znali i kochali tego kochanego malucha, pomagali w poszukiwaniach; ale bezskutecznie. Nie usłyszeliśmy też żadnych wieści o staruszce, która go zabrała. Nikt zdawał się nic o niej nie wiedzieć, z wyjątkiem jednej staruszki, która miała ponad dziewięćdziesiąt lat i powiedziała, że ​​musi być złą Wróżką Herbiną, która odwiedzała miasto raz na pięćdziesiąt lat, żeby kupić potrzebne rzeczy”.

Tak mówił ojciec Jakuba, tłukąc w bucik i żmudnie przeciągając nić tam i z powrotem, a biedny mały chłopiec w końcu zaczął pojmować, co się z nim stało. To nie był sen, lecz przemieniony w wiewiórkę, naprawdę służył złej wróżce przez siedem lat. Jego serce było o krok od wybuchu złości i żalu. Siedem lat młodości zostało mu skradzionych, a co otrzymał w zamian? Nauczył się polerować buty z orzechów kokosowych i szklane podłogi. Poznał też wszystkie tajniki sztuki kulinarnej od świnek morskich staruszki!

Stał tak długo, rozważając to, co zostało powiedziane, że ojciec w końcu zapytał: „Czy mogę coś dla pana zrobić, proszę pana? Czy potrzebuje pan pary butów, czy też – dodał z uśmiechem – może przydałaby się panu zaślepka na nos”.

„Co się dzieje z moim nosem?” zapytał Jakub. „Dlaczego miałbym potrzebować zakrycia?”

„No cóż”, odpowiedział szewc, „każdy według gustu. Ale muszę przyznać, że gdybym miał taki nos jak twój, zrobiłbym na niego futerał z jaskrawoczerwonej skóry. Patrz, mam właśnie taki egzemplarz u siebie. Solidna osłona na twój nos byłaby bardzo przydatna, bo jestem pewien, że musisz nim ciągle uderzać o wszystko, co stanie ci na drodze”.

Serce małego zamarło ze strachu. Dotknął nosa i stwierdził, że jest bardzo gruby i długi na dobre dwie piędzi. A więc staruszka zmieniła również jego wygląd! Dlatego jego matka go nie znała i dlatego wszyscy nazywali go „brzydkim karłem”.

„Mistrzu” – powiedział do ojca – „czy mógłbyś mi pożyczyć lustro?”

„Młody panie” – powiedział ojciec z powagą – „twoja figura nie jest taka, żeby dawać ci powód do zarozumiałości i nie masz powodu, żeby ciągle patrzeć w lustro. Odzwyczaić się od tego nawyku, w twoim przypadku to głupota”.

„Wierz mi, że nie wynika to z mojej fantazji, że chcę zobaczyć samego siebie” – powiedział Jakub – „i proszę cię, pożycz mi na chwilę kieliszek”.

„Nie posiadam czegoś takiego” – powiedział szewc. „Moja żona gdzieś miała takie, ale nie wiem, gdzie je schowała. Jeśli naprawdę chcesz się zobaczyć, najlepiej przejdź przez ulicę i poproś Urbana, fryzjera, żeby pozwolił ci zajrzeć do swojego. Ma takie mniej więcej dwa razy większe od twojej głowy, więc idź i podziwiaj siebie, jak najbardziej”.

Z tymi słowami ojciec wziął go za ramiona i delikatnie wypchnął z zakładu, zamknął drzwi i wrócił do pracy. Jacob, który znał golibrodę dobrze w dawnych czasach, przeszedł przez ulicę i wszedł do zakładu. „Dzień dobry, Urbanie” – powiedział. „Przyszedłem prosić cię o przysługę. Czy będziesz tak dobry i pozwolisz mi zajrzeć w swoje lustro?”

„Z przyjemnością, proszę bardzo” – powiedział, śmiejąc się serdecznie, a golony klient również się roześmiał. „Jesteś przystojnym chłopcem” – kontynuował fryzjer – „wysokim i szczupłym, z szyją jak łabędź, dłońmi delikatnymi jak u królowej i najładniejszym noskiem, jaki można sobie wyobrazić. Nic dziwnego, że jesteś zarozumiały i chcesz się sobie przyjrzeć. No cóż, zapraszam do moich luster, bo nikt nigdy nie powie, że byłem tak zazdrosny o twoją urodę, że nie pożyczyłbym ci lustra, żebyś mogła się w nim podziwiać”.

Słowa fryzjera powitały salwy śmiechu, ale biedny mały Jakub, który widział swoje odbicie w lustrze, nie mógł powstrzymać łez. „Nic dziwnego, że nie poznałaś swojego syna. Droga mamo” – powiedział sobie – „w szczęśliwych czasach, kiedy zwykłaś go dumnie pokazywać przed oczami sąsiadów, niewiele przypominał tego, kim się stał”.

Biedny człowiek, jego oczy były małe i osadzone jak u świni, jego nos był ogromny i sięgał poza brodę, jego szyja zniknęła całkowicie, a głowa zapadła się między ramiona, tak że próba poruszenia jej w prawo lub w lewo sprawiała ból. Nie był wyższy niż siedem lat temu, ale jego plecy i klatka piersiowa były wygięte w taki sposób, że przypominały dobrze wypłukany worek wsparty na dwóch słabych nóżkach. Jego ramiona jednak urosły tak „długie”, że zwisały mu prawie do stóp, a jego szorstkie, brązowe dłonie były wielkości dłoni dorosłego mężczyzny, z brzydkimi, pajęczymi palcami. Przystojny, żywy mały Jakub zmienił się w brzydkiego i odpychającego karła.

Ponownie przypomniał sobie poranek, kiedy stara wiedźma dotykała rzeczy jego matki i kiedy obmacywał ją swoim wielkim nosem i ogromnymi dłońmi. Wszystko, co w niej zarzucił, teraz oddała mu, z wyjątkiem cienkiej szyi, bo on w ogóle szyi nie miał.

„Z pewnością wystarczająco się podziwiałeś” – powiedział fryzjer ze śmiechem. „Nigdy w snach nie widziałem tak zabawnego człowieka jak ty i mam ci do złożenia propozycję. To prawda, że ​​mam wielu klientów, ale nie tak wielu jak kiedyś, bo mój rywal, fryzjer Lather, natknął się na olbrzyma i zatrudnił go, żeby stał u jego drzwi i zapraszał ludzi do środka. Olbrzym to nic nadzwyczajnego, ale ty nim jesteś, mój mały człowieczku. Przystąp do mojej służby, a zapewnię ci darmowe wyżywienie, nocleg i ubranie, a jedyne, co będziesz musiał zrobić, to stać u moich drzwi i prosić ludzi, żeby weszli i się ogolili, i podawać klientom ręczniki, mydło i tak dalej. Zdobędę więcej klientów, a ty możesz być pewien, że dostaniesz sporo monet dla siebie”.

Mały chłopiec był w głębi duszy bardzo zraniony, że zaproszono go do roli przynęty u fryzjera; odpowiedział jednak całkiem uprzejmie, że nie życzy sobie takiej pracy i wyszedł z zakładu. Jedyną pociechą było to, że choć stara czarownica zmieniła jego ciało, nie miała władzy nad jego duchem. Czuł, że jego umysł się poszerzył i udoskonalił, i wiedział, że jest mądrzejszy i inteligentniejszy niż siedem lat wcześniej. Nie tracąc czasu, opłakiwał utratę urody, ale tym, co go smuciło, była myśl, że został wygnany jak pies z domu ojca, i dlatego postanowił podjąć jeszcze jedną próbę przekonania matki o swojej tożsamości.

Wrócił na rynek i błagał ją, by go cicho wysłuchała. Przypomniał jej dzień, w którym staruszka go zabrała, i opowiedział jej wiele wydarzeń z jego dzieciństwa. Potem opowiedział jej, jak przemieniony w wiewiórkę, służył złej wróżce przez siedem lat i jak jego obecne odrażające rysy twarzy zostały mu nadane, ponieważ dostrzegł wady w rysach staruszki. Żona szewca nie wiedziała, w co wierzyć. Każdy szczegół, który jej opowiedział o swoim dzieciństwie, był prawdziwy, a jednak nie mogła uwierzyć, że mógł zostać przemieniony w wiewiórkę, poza tym nie wierzyła w wróżki, dobre ani złe.

Patrząc na brzydkiego krasnala, nie mogła zaakceptować go jako syna. Pomyślała, że ​​najlepszym rozwiązaniem będzie omówienie tej sprawy z mężem, więc zebrała koszyki i razem z Jakubem wróciła do warsztatu szewskiego. „Słuchaj”, powiedziała, „ten człowiek twierdzi, że jest naszym zaginionym Jakubem. Dokładnie opisał mi, jak został porwany siedem lat temu i jak zaczarowała go zła wróżka”.

„Doprawdy” – krzyknął szewc gniewnie – „powiedział ci dokładnie to samo, co ja mu powiedziałem godzinę temu, i próbował cię nabrać swoją historią. Był zaczarowany, cóż, odczaruję tego mojego synka”. To powiedziawszy, szewc wziął wiązkę skórzanych rzemieni i chwytając biednego Jakuba, smagał go z litości, aż biedak, krzycząc z bólu, zdołał uciec. Dziwne, jak mało współczucia okazuje się nieszczęśnikowi, którego wygląd jest po prostu śmieszny.

To właśnie dlatego biedny Jakub musiał spędzić cały dzień i noc bez jedzenia i nie miał lepszego łoża niż zimne schody kościoła. Mimo to spał, aż wzeszło poranne słońce i go obudziło, a potem z zapałem zaczął rozważać, jak zarobić na życie, widząc, że ten ojciec i matka go odrzucili. Był zbyt dumny, by służyć za drogowskaz u fryzjera lub wystawiać się na pokazie za pieniądze. Ale pamiętając, jak doskonale nauczył się gotować, gdy był wiewiórką, pomyślał, że może teraz wykorzystać swoją sztukę; w każdym razie postanowił spróbować.

Przypomniał sobie, że słyszał, iż książę, do którego należała ta ziemia, podobno bardzo lubił dobre życie, więc gdy tylko dzień się dostatecznie rozwinął, udał się do pałacu. Portier przy wielkiej bramie wyśmiał go z pogardą, gdy powiedział, że chce się widzieć z szefem kuchni, ale nalegając, poprowadził go przez dziedziniec; wszyscy służący, którzy byli w pobliżu, gapili się na niego, a potem poszli za nim w jego orszaku, śmiejąc się i drwiąc z niego. Narobili takiego hałasu, że zarządca wyszedł zobaczyć, co się dzieje. Trzymał w ręku bat i okładał się nim na prawo i lewo. „Wy psy”, powiedział, „jak śmiesz przeszkadzać waszemu panu w śnie? Nie wiecie, że on jeszcze się nie obudził?”

„Ale, panie” – krzyknęli słudzy – „spójrz, co nas tu sprowadza. Czy to nie wystarczające usprawiedliwienie? Spójrz na tego dziwnego małego karła, którego ci przyprowadzamy?”

Widząc biednego Jakuba, zarządca również z trudem powstrzymywał się od śmiechu, ale uznawszy, że dołączenie do śmiechu z innymi sługami byłoby poniżej jego godności, zdołał się powstrzymać i, odpędzając ich batem, zaprowadził Jakuba do swoich komnat, gdzie zapytał go, czego sobie życzy. Jakub błagał, by zaprowadzono go do szefa kuchni, ale zarządca ledwo mógł mu uwierzyć.

„Oczywiście, mój mały człowieczku, to do mnie chcesz się zgłosić posadę. Nie chciałbyś zostać błaznem księcia?”

„Nie, proszę pana” – odpowiedział krasnolud. „Jestem znakomitym kucharzem i potrafię przyrządzać najróżniejsze przysmaki. Pomyślałem, że szef kuchni mógłby skorzystać z mojej sztuki”.

„Każdy niech sobie robi, co chce, mały człowieczku; ale wydaje mi się, że jesteś raczej nierozsądny. Jako błazen księcia nie miałbyś nic do roboty, tylko eleganckie ubrania i mnóstwo dobrego jedzenia i picia. Mimo to zobaczymy, co da się dla ciebie zrobić, choć wątpię, czy twoja kuchnia jest wystarczająco dobra, by zadowolić książęcy stół, a jesteś zbyt dobry, by zrobić z ciebie zwykłego pomywacza”.

Steward zaprowadził go następnie do kucharza, któremu Jakub pospieszył z propozycją swoich usług. Kucharz przyjrzał mu się uważnie i wybuchnął śmiechem. „Naprawdę jesteś kucharzem!” – powiedział z pogardą. „Przecież nie mogłeś sięgnąć do góry pieca, żeby poruszyć garnek. Ktoś sobie z ciebie żartuje, przysyłając cię tutaj”.

Ale Jakub nie dał się zbyć. „Co z tego, że w takim domu jest kilka jajek, syropu, wina, mąki i przypraw?” – powiedział. „Kaz mi przyrządzić każdą smaczną potrawę, jaką tylko sobie wyobrazisz, i daj mi wszystkie potrzebne składniki, a wkrótce ocenisz, czy potrafię gotować”.

„No cóż, niech tak będzie” – powiedział szef kuchni i, biorąc stewarda pod ramię, poprowadził go do kuchni. „A tak dla żartu, pozwolimy temu małemu człowieczkowi robić, co zechce”.

Kuchnia była wspaniałym miejscem. W dwudziestu ogromnych piecach płonął ogień, przez mieszkanie płynął strumień czystej wody, który służył również do sadzawki z rybami, szafki, w których przechowywano najczęściej używane zapasy, były z marmuru i drogiego drewna, a dziesięć dużych spiżarni mieściło wszelkiego rodzaju pyszne potrawy z krajów Wschodu i Zachodu. Liczne służby biegały tam i z powrotem, niosąc kotły, patelnie, łyżki i chochle. Gdy wszedł szef kuchni, wszyscy zamarli i nie było słychać nic poza trzaskiem ognia i pluskiem strumienia.

„Co książę zamówił dziś na śniadanie?” – zapytał wielki człowiek jednego z niższych rangą kucharzy. „Mój pan z przyjemnością zamówił zupę duńską i czerwone kotlety hamburskie” – odpowiedział mężczyzna. „Dobrze” – powiedział szef kuchni, zwracając się do Jakuba – „słyszałeś, co zamówił Jego Wysokość. Czy podejmiesz się przygotowania tak trudnych dań? Co do kotletów hamburskich, nigdy nie będziesz w stanie ich zrobić, bo przepis jest tajny”.

„Nie ma nic prostszego” – odparł krasnolud, bo jako kucharz-wiewiórka często był proszony o przygotowanie tych potraw. „Do zupy będę potrzebował ziół, przypraw, głowy dzika, pewnych korzeni, warzyw i jajek, a do kotletów (tu zniżył głos, żeby tylko steward i szef kuchni mogli go usłyszeć) potrzebuję czterech rodzajów mięsa, imbiru i gałązki zioła znanego pod nazwą „mięta łakomczucha”.

„Jako kucharz, muszę przyznać, że nauczyłeś się swojego fachu od jakiegoś magika” – powiedział szef kuchni. „Trafiłeś na odpowiednie składniki, a mięta to dodatek, o którym nigdy bym nie pomyślał, ale który z pewnością wzbogaci smak potrawy”.

„Cóż” – rzekł zarządca – „nie uwierzyłbym, że to możliwe; ale niech mu pan da to, o co prosi, a zobaczymy, jak sobie poradzi z przygotowaniem śniadania”.

Ponieważ stwierdzono, że krasnolud nie może dosięgnąć stołu, na dwóch krzesłach położono płytę marmuru, na której postawiono wszystkie zamówione przez niego rzeczy. Steward, kucharz i reszta służby stali dookoła i ze zdumieniem obserwowali, jak sprytnie, czysto i energicznie przygotowuje jedzenie. Gdy wszystko wymieszał, kazał postawić garnki na ogniu i pozwolić im się gotować, aż nakazał je zdjąć. Wtedy zaczął liczyć „Jeden, dwa, trzy” i tak dalej, aż do pięciuset, po czym krzyknął: „Przestańcie! Precz z garnkami!”

Natychmiast zdjęto je z ognia, a krasnolud poprosił szefa kuchni, by spróbował zawartości. Przyniesiono złotą łyżkę, a szef kuchni podszedł do pieca, uniósł pokrywkę jednego z garnków, nabrał łyżkę zupy, po czym, zamykając oczy, cmoknął z przyjemnością i rozkoszą.

„Pyszne” – mruknął – „na głowę księcia, pyszne. Stewardzie, nie skosztujesz?” Steward spróbował zupy i kotletów, a potem z rozkoszą delikatnie pogłaskał kamizelkę. „Szefie kuchni” – powiedział – „jesteś doświadczonym i pierwszorzędnym kucharzem, ale nigdy nie ugotowałeś takiej zupy ani takich kotletów”.

Szef kuchni ponownie spróbował potrawy, po czym z szacunkiem uścisnął dłoń krasnala. „Maleńki” – powiedział – „jesteś mistrzem w swoim fachu. Ta szczypta zioła łagodzącego dodała kotletom dodatkowego smaku, który czyni je wręcz idealnymi”.

W tym momencie przybył specjalny służący księcia, oznajmiając, że jego pan jest gotowy na śniadanie, więc jedzenie podano w srebrnych talerzach. Szef kuchni zabrał jednak małego człowieczka do swojego pokoju i miał właśnie z nim porozmawiać, gdy nadeszła wiadomość od księcia, prosząc go o przybycie. Ubrał się w najlepsze ubranie i pospieszył do swojego pana. Książę wyglądał na niezwykle zadowolonego. Zjadł już każdy kęs podanego mu jedzenia i wycierał brodę, gdy wszedł szef kuchni.

„Kucharz” – powiedział – „zawsze byłem zadowolony z twojej kuchni i pracy twoich podwładnych; ale powiedz mi, kto przygotował mi dziś rano śniadanie? Zaprawdę, nigdy nie było tak dobrze podane, odkąd zasiadałem na tronie moich ojców. Chciałbym poznać imię kucharza, abym mógł go nagrodzić kilkoma dukatami”.

„Mój panie, to przedziwna historia” – odpowiedział szef kuchni i opowiedział swemu panu o karle, który przybył tego ranka i nalegał na przyjęcie go na kucharza. Książę był bardzo zaskoczony i posłał po Jakuba, wypytując go szczegółowo o jego imię, skąd pochodzi i tak dalej. Biedny Jakub nie mógł łatwo przyznać, że został zaczarowany i zamieniony w wiewiórkę, ale nie mylił się zbytnio, mówiąc, że jest teraz bez rodziców i że nauczył się gotować od starej kobiety.

Książę nie nalegał, by mówił dalej, zajęty wpatrywaniem się w dziwną postać i rysy twarzy swojego nowego kucharza. „Jeśli zechcesz mi służyć” – powiedział – „zapłacę ci pięćdziesiąt dukatów rocznie, dam ci elegancką szatę i dwie pary spodni. Twoim obowiązkiem będzie codzienne gotowanie mi śniadania, nadzorowanie przygotowywania obiadu oraz zarządzanie kuchnią. Ponieważ zawsze wolę sam nazywać służbę, dam ci imię Długonosy, a twoje stanowisko będzie drugim szefem kuchni”.

Długonosy padł do stóp swego nowego pana, ucałował je i przysiągł wiernie mu służyć. W ten sposób mały chłopiec miał zapewnione byt i z pewnością zaszczycił swoją pozycję, gdyż książę był już innym człowiekiem od czasu, gdy karzeł wstąpił do jego służby. Wcześniej miał zwyczaj rzucać talerzami i półmiskami w szefa kucharza, który nie potrafił mu dogodzić; raz nawet rzucił w szefa kucharza cielęcą nogą, bo nie była wystarczająco miękka, a trafienie biedaka w czoło tak go zraniło, że przez trzy dni musiał leżeć w łóżku. Prawdą jest, że książę zawsze płacił potem za swoje wybuchy złości garścią dukatów, ale mimo to jego kucharze zwykli byli stawiać przed nim talerze ze strachem i drżącymi rękami. Ale odkąd karzeł pojawił się w domu, wszystko się zmieniło. Pan jadł pięć posiłków dziennie zamiast trzech, aby w pełni docenić umiejętności swojego małego sługi, i nigdy nie był niezadowolony, lecz uważał, że wszystko, co mu podawano, było zarówno nowe, jak i wyśmienite.

Zawsze był w dobrym humorze i z dnia na dzień rósł. Czasami, siedząc przy stole, wzywał swojego kucharza i Jakuba i kazał im podzielić się pysznym jedzeniem, które przed nim postawiono, co uważano za wielki zaszczyt. Karzeł był cudem całego miasta. Kucharz stale otrzymywał prośby od różnych osobistości, aby pozwolono mu przyglądać się gotowaniu krasnoludów, a niektórzy z najwybitniejszych mężów stanu prosili i otrzymywali pozwolenie od księcia, aby ich kucharze mogli brać lekcje u małego człowieczka. Płacili mu dobrze za otrzymywane instrukcje, ale Długonosy dzielił pieniądze między wszystkich innych kucharzy, ponieważ nie chciał, aby byli o niego zazdrośni. Karzeł spędził całe dwa lata na służbie u księcia i był zadowolony z traktowania, jakie otrzymywał. Jedynie myśl o jego wyobcowaniu od rodziców sprawiała mu najmniej przykrości. Nic niezwykłego mu się nie przydarzyło, aż do następującego zdarzenia. Był lepszym targowaczem niż większość ludzi, zawsze na pierwszy rzut oka potrafił wyczuć, które towary są najlepsze w sprzedaży, dlatego też, ilekroć miał czas, sam szedł na targ.

Pewnego ranka poszedł na gęsiarski targ, żeby kupić gęsi. Nie traktowano go już z pogardą i śmiechem, bo wszyscy wiedzieli, że jest ulubionym kucharzem księcia, a każda dobra żona, która miała gęsi na sprzedaż, uważała się za szczęśliwą, gdy jego długi nos obrócił się w jej stronę.

Przemierzał targowisko wzdłuż i wszerz i w końcu kupił trzy żywe gęsi, dokładnie takiej wielkości, jakiej potrzebował. Uniósł kosz, w którym je umieścił, na swoich szerokich ramionach i odwrócił się w stronę domu. Uderzyło go nieco dziwne, że tylko dwie z gęsi gdakały i paplały, jak to gęsi mają w zwyczaju; trzecia milczała, z wyjątkiem westchnienia, które brzmiało niemal jak ludzkie.

„To stworzenie musi być chore” – powiedział na głos. „Lepiej ją szybko ugotuję, zanim jej się pogorszy”. Ku jego zdumieniu gęś odpowiedziała całkiem jasno: „Długonosy, spójrz, jeśli mnie ugotujesz. Nic dobrego z tego nie będzie, będziesz żałował tego czynu”.

Przerażony do nieprzytomności Długonosy postawił klatkę, a gęś spojrzała na niego swoimi pięknymi, mądrymi oczami i westchnęła. „No, no” – powiedział krasnolud – „nie bój się, nie skrzywdziłbym tak cudownego ptaka jak ty, bo nie raz w życiu spotyka się gęś, która umie mówić. Założę się, że nie zawsze nosiłeś pióra; ja sam zostałem zaczarowany i zamieniony w wiewiórkę i przypuszczam, że z tobą jest tak samo”.

„Masz rację” – powiedziała gęś. „Niestety! Nie zawsze nosiłam tę skromną postać, a kto w chwili moich narodzin odważyłby się przepowiedzieć, że Mimi, córka wielkiego maga Wetterbocka, skończy swoje życie w kuchni księcia”.

„Uspokój się, droga panno Mimi” – rzekł pocieszająco karzeł – „tak pewien, że jestem uczciwym człowiekiem i drugim kucharzem Jego Wysokości, nikt ci nie zrobi krzywdy. Każę postawić ci kurnik w moim apartamencie i będziesz miała tyle jedzenia, ile potrzebujesz, a ja poświęcę ci cały wolny czas. Reszta służby kuchennej dowie się, że tuczę cię pewnymi ziołami, aby nadać ci wyjątkowo dobry smak, i przy pierwszej okazji cię uwolnię”.

Gęś podziękowała mu ze łzami w oczach, a krasnolud podjął się jej, jak obiecał. Umieścił ją w wiklinowej klatce i karmił sam Długonosy, a on, zamiast dawać jej zwykłe jedzenie wymagane przez gęsi, dbał o to, by częstowano ją delikatnymi ciastami i słodyczami. Tak często, jak mógł, siadywał, rozmawiał z nią i próbował ją pocieszyć. Opowiadali sobie nawzajem swoje smutne historie i w ten sposób Długonosy dowiedział się, że Mimi jest córką wielkiego maga Wetterbocka, który mieszkał na wyspie Gotlandii. Pokłócił się on z bardzo złą wróżką, która zdołała go przechytrzyć i w odwecie zamienić Mimi w gęś i wywieźć ją daleko od domu.

Krasnolud w odpowiedzi opowiedział jej o wszystkich swoich przygodach, a ona odparła: „Sama nie jestem zupełnie nieświadoma magii, bo nauczyłam się kilku rzeczy od mojego ojca. To, co mi opowiadasz o kłótni o kosz ziół i twojej nagłej przemianie po powąchaniu pewnego zioła, dowodzi, że staruszka użyła jakiegoś zioła w swoim zaklęciu, a jeśli uda ci się je znaleźć, prawdopodobnie odzyskasz swoją naturalną postać”.

To było niewielkie pocieszenie dla Długonosa, bo nie miał pojęcia, gdzie znaleźć takie zioło. Mimo to podziękował jej i spróbował być choć trochę bardziej optymistyczny. Właśnie w tym czasie księcia odwiedził sąsiad, książę, jego przyjaciel. Wezwał Długonosego i powiedział mu: „Czas teraz udowodnić, czy służysz mi wiernie i czy jesteś prawdziwym mistrzem w swojej sztuce. Ten Książę, który jest teraz moim gościem, żyje lepiej niż ktokolwiek, kogo znam, oprócz mnie. Szczyci się znakomitymi kucharzami, których zatrudnia, i jest bardzo mądrym człowiekiem. Dopilnuj teraz, aby mój stół był codziennie zastawiony potrawami, które mogą wzbudzić jego zdziwienie i zazdrość. Nigdy nie pozwól, aby to samo jedzenie pojawiło się dwa razy podczas jego wizyty. Możesz poprosić mojego skarbnika o tyle pieniędzy, ile potrzebujesz na zakup składników do gotowania. Jeśli chcesz podlać swoje pieczenie złotem i diamentami, powinieneś je mieć. Wolę zubożyć się, niż rumienić się z powodu jakości moich potraw”.

Karzeł skłonił się i obiecał księciu, że tak go ugości, że wykwintne podniebienie księcia z pewnością zachwyci się daniami, które mu postawiono. Mały kucharz wysilał się ze wszystkich sił, nie szczędząc ani skarbów swego pana, ani siebie. Cały dzień był spowity kłębem pary, z którego wydobywał się jego głos, wydając polecenia innym kucharzom i pomywaczom. Zbyt długo zajęłoby opisanie wszystkich pysznych potraw, które ugotował, wystarczy powiedzieć, że przez całe dwa tygodnie księciu i jego gościowi podawano potrawy, jakich nigdy wcześniej nie robiono, a uśmiech zadowolenia nieustannie gościł na twarzy królewskiego gościa.

Po tym czasie książę wezwał karła i przedstawił go księciu, pytając jednocześnie, co sądzi o nim jako o kucharzu. „Doprawdy, jesteś wspaniałym kucharzem” – powiedział szlachetny gość do małego człowieczka. „Przez cały mój pobyt tutaj nie jadłem dwa razy tego samego dania. Muszę jednak przyznać, że byłem zaskoczony, że nigdy nie skusiłeś naszych apetytów królową wszystkich przysmaków, pasztecikiem z souzeraine”.

Karzeł był nieco zdenerwowany, bo tak się złożyło, że nigdy wcześniej o tym nie słyszał, ale udało mu się ukryć zdenerwowanie. „Panie” – rzekł – „miałem nadzieję, że zaszczycisz ten dwór swoją obecnością jeszcze przez długi czas, dlatego zwlekałem z postawieniem przed tobą tego dania, bo jakim lepszym daniem mógłby ci podać kucharz na pożegnanie niż pasztecikiem z souzerianu?”

„Och! doprawdy” – powiedział książę z uśmiechem – „więc przypuszczam, że czekałeś, aż opuszczę ten świat na zawsze, zanim pozdrowiłeś mnie na pożegnanie, bo nigdy nawet nie słyszałem o tym paszteciku, a co dopiero go próbowałem. Ale nie będziemy na niego dłużej czekać; jutro rano spodziewamy się, że podasz nam go na śniadanie”.

„Jak pan zechce” – odpowiedział karzeł i nisko się skłoniwszy, opuścił ich. Był straszliwie zdenerwowany, bo nie miał najmniejszego pojęcia, jak zrobić pasztecik. Poszedł do swojego pokoju i tam płakał, ubolewając nad swoim smutnym losem. Ale gęś Mimi podeszła do niego i, zapytawszy o przyczynę jego smutku, rzekła: „Otrzyj łzy, bo myślę, że mogę ci pomóc w tej sprawie. Ta potrawa często gościła na stole mojego ojca i doskonale wiem, jak ją przyrządzano. Nawet jeśli nie mogę ci wymienić wszystkich składników, z pewnością doprawisz pasztecik tak pysznie, że Książę nie wyczuje żadnego braku”.

Następnie zaczęła wymieniać krasnoludowi potrzebne składniki. Był gotowy skakać z radości i pobłogosławił dzień, w którym kupił gęś, a następnie zabrał się do robienia pasztecika. Na początek zrobił małą próbkę i smakowała pysznie. Dał szefowi kuchni kawałek do spróbowania, a ten nie mógł się nachwalić. Następnego ranka zrobił duży pasztecik i posłał go na stół udekorowany wieńcami z kwiatów. Ubrał się w szaty królewskie i wszedł do jadalni akurat w chwili, gdy rzeźbiarz podał księciu i jego gościowi kawałki pasztecika. Książę wziął duży kęs i wzniósł wzrok ku sufitowi. „Ach!” powiedział, gdy tylko odzyskał mowę, „to prawdziwie nazwano królową pasztecików, a co do mojego kucharza, to jest on królem kucharzy. Co ty na to, drogi przyjacielu?”

Gość wziął jeden lub dwa kęsy, zanim odpowiedział, a potem, skosztowawszy smaku, powiedział z pogardą, odsuwając talerz: „Jest tak, jak myślałem! To bez wątpienia doskonały pasztecik, ale nie Souzeraine”.

Książę zmarszczył brwi i poczerwieniał ze złości. „Psie karła!” krzyknął, „jak śmiesz mnie tak traktować? Mam ochotę ściąć ci głowę za twoją kiepską kuchnię”.

„Mój panie, zapewniam cię, że przygotowałem pasztecik zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki kulinarnej” – odpowiedział karzeł drżąc.

„To nieprawda, ty łobuzie” – odparł książę, odpychając go kopniakiem. „Gdyby to było słuszne, mój gość by tego nie powiedział. Mam wielką ochotę, żeby samemu zrobić z ciebie mielonkę i upiec w cieście”.

„Zmiłuj się!” – zawołał biedny człowieczek, padając na twarz przed królewskim gościem i obejmując stopy. „Proszę cię, powiedz mi, czego mi brakuje w paszteciku, że nie smakuje ci? Nie skazuj mnie na śmierć za garść mięsa i mąki”.

„Niewiele ci to pomoże, mój drogi Długonosy” – odpowiedział Książę z uśmiechem – „byłem wczoraj pewien, że nie będziesz w stanie upiec tego ciasta tak dobrze, jak mój kucharz, ponieważ głównym wymogiem jest zioło, którego nie ma w tym kraju. Znane jest jako „Rozkosz Kucharza” i bez niego pasztecik jest praktycznie bez smaku, a twój pan nigdy nie będzie go jadł z taką samą przyjemnością, jaką ja jem w moim kraju”.

Wtedy książę wpadł w najstraszliwszą furię – „Przysięgam na mój honor, że albo jutro rano skosztujesz tego pysznego, dokładnie tak, jak jesteś przyzwyczajony, albo głowa tego gościa zapłaci za swój błąd. Idź, karzełku, daję ci dwadzieścia cztery godziny, żebyś to zrobił w ciągu”.

Biedny krasnolud poszedł do swojego pokoju i opowiedział gęsi o nowym problemie. „Chodź, nie trać nadziei” – powiedziała – „na szczęście znam każde rosnące zioło i jestem pewna, że ​​znajdę dla ciebie to. To szczęście, że dziś jest nów, bo tylko w czasie nowiu rośnie ta roślina. Ale powiedz mi, czy w pobliżu pałacu rosną jakieś stare kasztany?”

„O tak!” – odpowiedział krasnolud z lżejszym sercem. „Dwieście kroków od pałacu, nad jeziorem, rośnie całkiem spora kępa kasztanowców; ale dlaczego pytasz?”

„Bo zioło to rośnie tylko w korzeniach bardzo starych kasztanowców” – odpowiedziała Mimi. „Nie traćmy czasu, tylko idźmy szukać tego, czego potrzebujesz. Weź mnie pod pachę i połóż na ziemi, kiedy dotrzemy na miejsce, a pomogę ci szukać”.

Uczynił, jak mu kazała; lecz gdy już miał wyjść przez bramę pałacu, strażnik zagrodził mu drogę lancą. „Mój dobry Długonosy” – powiedział – „mam najsurowsze rozkazy, żeby cię nie wypuszczać z domu. Obawiam się, że nadszedł twój koniec”. „Ale przecież mogę pójść do ogrodu” – odparł karzeł. „Bądź tak dobry i wyślij któregoś ze swoich towarzyszy, żeby zapytał, czy mogę pójść do ogrodu po zioła”.

Strażnik tak uczynił i otrzymał pozwolenie, gdyż ogród otaczały tak wysokie mury, że ucieczka wydawała się dla niego niemożliwa. Gdy tylko znalazł się na otwartej przestrzeni, ostrożnie postawił Mimi na ziemi, a ona natychmiast ruszyła w stronę jeziora, na którego brzegach rosły kasztany. Długonosy szedł za nią z załamanym sercem, gdyż już postanowił, że jeśli nie znajdzie zioła, prędzej utopi się w jeziorze, niż pozwoli, by odcięto mu głowę. Gęś daremnie szukała zioła, nie przeczesała ani jednego źdźbła trawy i w końcu zaczęła płakać ze współczucia. Nie zaprzestała poszukiwań, dopóki nie zapadł wieczór, a ciemność nie utrudniła dostrzeżenia otaczających ją przedmiotów.

Gdy mieli już porzucić poszukiwania, krasnolud spojrzał na jezioro i zawołał: „Patrzcie, po drugiej stronie jeziora rośnie wielki, stary kasztanowiec. Chodźmy tam szukać, może tam zakwitnie szczęście”. Gęś kołysała się i leciała, kołysała się i leciała, a krasnolud pędził za nią tak szybko, jak pozwalały mu na to jego małe nóżki, aż w końcu dotarli na drugą stronę jeziora. Kasztanowiec rzucał ogromny cień i było tak ciemno dookoła, że ​​trudno było cokolwiek dostrzec, ale nagle gęś krzyknęła z radości i zatrzepotała skrzydłami z zachwytu. Wsunęła głowę w wysoką trawę i zerwała coś, co zręcznie podała w dziobie Długonosemu.

„To jest zioło” – powiedziała – „i rośnie tu w takich ilościach, że zawsze będziesz miał go pod dostatkiem”. Karzeł zamyślony spojrzał na zioło. Słodki zapach uderzył go w nozdrza i przypomniał mu scenę swojej przemiany; łodyga rośliny również miała niebieskawo-zielony kolor i roiła jaskrawoczerwony kwiat z żółtymi plamkami.

„Mimi” – powiedział – „na szczęście, zdaje mi się, że trafiliśmy na to zioło, które zmieniło mnie z wiewiórki w stworzenie, którym jestem teraz. Czy mam spróbować?”

„Jeszcze nie” – odpowiedziała gęś. „Weź garść ziół i wróćmy do twojego pokoju. Tam możesz zabrać pieniądze i wszystko, co posiadasz, a potem wypróbujemy moc ziół”.

Wrócili do pokoju krasnoluda, a on z sercem bijącym głośno z podniecenia. Wziął od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu dukatów, które zaoszczędził, i zawiązał je w węzełek wraz z częścią swoich ubrań, po czym mówiąc: „Oby szczęście pomogło mi pozbyć się mojego ciężaru”, wsunął nos w wiązkę ziół i powąchał ich zapach. Wtedy jego kończyny i stawy zaczęły trzeszczeć i rozciągać się, czuł, jak głowa unosi się spomiędzy ramion, mrużąc nos, widział, jak staje się coraz mniejsza, jego plecy i klatka piersiowa prostują się, a jego nogi stają się dłuższe. Gęś patrzyła ze zdumieniem. „Och! jaki jesteś wysoki i przystojny”, zawołała, „nie ma w tobie najmniejszego podobieństwa do krasnoluda Długonosego”.

Jakub był przepełniony radością, ale nie zapomniał o wdzięczności, jaką winien był Mimi. Jego pierwszym odruchem było udanie się do rodziców, ale wdzięczność kazała mu powstrzymać się od tego pragnienia. „Gdyby nie ty” – powiedział do Mimi – „mógłbym zachować swoją odrażającą postać do końca życia, a może nawet stracić życie. Teraz nadszedł czas, by spłacić mój dług. Zabiorę cię natychmiast do twojego ojca, którego magiczne moce pozwolą mu natychmiast cię odczarować”.

Gęś zapłakała ze szczęścia i z wdzięcznością przyjęła jego ofertę. Jakub bezpiecznie minął wartowników, gdyż otrzymał rozkaz jedynie zablokowania drogi karłowi Long-Xose. Z Mimi pod pachą wkrótce dotarł do brzegu morza i wkrótce jej dom był już w zasięgu wzroku. Wielki Wetterbock wkrótce zamienił gęś w uroczą młodą damę i, obładowawszy jej wybawcę cennymi podarkami, pożegnał go. Jakub pospieszył do domu, a jego rodzice byli zachwyceni, mogąc przyjąć przystojnego młodzieńca jako ich dawno zaginionego syna. Dzięki podarunkom, które otrzymał od Wetterbocka, mógł kupić sklep, stał się bardzo bogatym człowiekiem i żył szczęśliwie przez całe swoje dni. Lecz jego zniknięcie z pałacu księcia wywołało wielki zgiełk.

Gdy nadszedł ranek, w którym książę miał spełnić przysięgę i ściąć karła, jeśli ten nie znajdzie zioła, oto karzeł zaginął. Książę oświadczył, że książę pozwolił mu uciec, aby uniknąć utraty tak wspaniałego kucharza, i powiedział, że złamał dane słowo. Pokłócili się tak gwałtownie, że wybuchła wojna, znana we wszystkich historiach tych ziem jako „Wojna o zioła”, a kiedy w końcu ogłoszono pokój, nazwano go „Pokojem o pasztecik”, a na uczcie pojednania kucharz księcia podał pasztecik z souzeraine, któremu książę oddał pełną sprawiedliwość.