Rybak Plunk miał już dość swojego nędznego życia. Mieszkał samotnie nad odludnym brzegiem morza i codziennie łowił ryby na haczyk z kości, bo w tamtych czasach w tamtych stronach nie znano sieci. A ile ryb można w ogóle złowić na haczyk? Co za psie życie, doprawdy! krzyknął Plunk do siebie. Co rano złowię, to w nocy zjem, i nie ma dla mnie żadnej radości na tym świecie, żadnej. A potem Plunk usłyszał, że w kraju są też bogaci szeryfowie i ludzie wielkiej mocy i potęgi, którzy żyją w luksusie i komforcie, obmywają się złotem i żywią truflami. Wtedy Plunk wpadł w zamyślenie, jak i on mógłby ujrzeć takie bogactwa i zamieszkać pośród nich. Postanowił więc, że przez całe trzy dni będzie siedział spokojnie w swojej łodzi na morzu i nie złowi żadnej ryby, ale zobaczy, czy to zaklęcie mu pomoże.
Plunk siedział więc trzy dni i trzy noce w swojej łodzi na powierzchni morza – trzy dni tam siedział, trzy dni pościł, a przez trzy dni nie złowił żadnej ryby. Gdy trzeciego dnia zaczął świtać, oto z morza wyłoniła się srebrna łódź – srebrna łódź ze złotymi wiosłami – a w łodzi, piękna jak córka królewska, stała Blada Dziewica Świtu. – Przez trzy dni oszczędzałeś życie moim rybkom – rzekła Dziewica Świtu – a teraz powiedz mi, co chcesz, abym dla ciebie zrobiła?
„Pomóż mi wyrwać się z tego nędznego i ponurego życia. Całymi dniami haruję w tym opuszczonym miejscu. To, co uchwycę w dzień, pochłaniam nocą i nie ma dla mnie żadnej radości na świecie”, powiedział Plunk.
„Idź do domu” – rzekła Dziewica Świtu, a znajdziesz to, czego potrzebujesz. – I mówiąc to, zatonęła w morzu, wraz ze srebrną łodzią. Plunk pospieszył z powrotem na brzeg, a potem do domu. Gdy dotarł do domu, wyszła mu na spotkanie biedna sierota, zmęczona długą wędrówką przez wzgórza. Dziewczynka powiedziała: „Moja matka nie żyje i jestem sama na świecie. Weź mnie za żonę, Plunk”.
Plunk ledwo wiedział, co robić. Czy to szczęście, które zesłała mi Dziewica Świtu?” Plunk widział, że dziewczyna była po prostu biedna, tak jak on; z drugiej strony bał się popełnić błąd i zaprzepaścić swoje szczęście. 80 Zgodził się i wziął biedną dziewczynę za żonę, a ona, będąc bardzo zmęczona, położyła się i spała do rana.
Plunk z trudem mógł się doczekać następnego dnia, zastanawiając się, jak jego szczęście się objawi. Ale tego dnia nic się nie wydarzyło, poza tym, że Plunk wziął wędkę i poszedł na ryby, a Kobieta poszła na wzgórze zbierać dziki szpinak. Plunk wrócił do domu wieczorem, podobnie jak Kobieta, i zajadali się rybami i dzikim szpinakiem. „Ech, jeśli to wszystko, co daje szczęście, to równie dobrze mógłbym się bez niego obejść” – pomyślał Plunk.
W miarę jak wieczór się zbliżał, Kobieta usiadła obok Plunka, by opowiedzieć mu historie i umilić mu czas. Opowiadała mu o nababach i zamkach królewskich, o smokach pilnujących skarbów i o córkach królewskich, które obsypują swoje ogrody perłami i zbierają klejnoty. Plunk słuchał, a serce w nim zaczęło śpiewać z radości. Plunk zapomniał, że jest biedny; mógłby siedzieć i słuchać jej razem przez trzy lata. Ale Plunk był jeszcze bardziej zadowolony, gdy pomyślał, że jest żoną-wróżką. Może mi pokazać drogę do skarbów smoków albo do ogrodów królewskich. Muszę tylko być cierpliwy i jej nie rozgniewać.
Plunk więc czekał i dzień po dniu mijał, minął rok, minęły dwa lata. Urodził im się mały syn; nazywali go małym Winpeace. Jednak wszystko szło jak zwykle. Plunk łowił ryby, a jego żona zbierała dziki szpinak w górach. Wieczorem gotowała kolację, a po kolacji kołysała dziecko i opowiadała Plunkowi historie. Jej historie stawały się coraz piękniejsze i Plunkowi coraz trudniej było czekać, aż w końcu pewnego wieczoru miał tego dość; i właśnie gdy jego żona opowiadała mu o ogromnych skarbach Króla Mórz, Plunk podskoczył wściekły, potrząsnął ją za ramię i zawołał: „Mówię ci, że nie będę dłużej czekał. Jutro w
Rano zabierzesz mnie do Zamku Króla Mórz!”
Kobieta była bardzo przerażona, gdy Plunk tak podskoczył. Powiedziała mu, że nie wie, gdzie Król Mórz ma swój Zamek; ale Plunk zaczął bić swoją biedną żonę bezlitośnie i groził, że ją zabije, jeśli nie zdradzi mu swojego sekretu wróżki.
Wtedy biedna dziewczyna zrozumiała, że Plunk wziął ją za wróżkę. Rozpłakała się i zawołała:
„Zaprawdę, nie jestem żadną wróżką, tylko biedną sierotą, która nie zna zaklęć ani magii. A opowieści, które ci opowiedziałam, pochodziły z mojego serca, by ukoić twoje zmęczenie”.
To tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło Plunka, ponieważ żył w raju głupców przez ponad dwa lata; i gniewnie nakazał Kobiecie odejść następnego ranka przed świtem z dzieckiem, wzdłuż brzegu morza na prawą stronę, a on. Plunk, pójdzie na lewą stronę i nie ma wrócić, dopóki nie znajdzie drogi do Zamku Króla Mórz. Kiedy nadszedł świt, Kobieta płakała i błagała Plunka, aby jej nie odsyłał. Kto wie, gdzie jedno z nas może zginąć na tym opustoszałym brzegu morza, powiedziała. Ale Plunk rzucił się na nią ponownie, tak że wzięła swoje dziecko i odeszła płacząc, dokąd jej mąż ją kazał. A Plunk poszedł w przeciwnym kierunku.
Kobieta więc ruszyła w dalszą drogę ze swoim dzieckiem, małym Winpeace’em. Szła przez tydzień; szła przez dwa tygodnie i nigdzie nie znalazła drogi do Króla Mórz. Była tak straszliwie zmęczona, że pewnego dnia zasnęła na kamieniu nad brzegiem morza. Kiedy się obudziła, jej dziecka – małego Winpeace’a – nie było. Jej smutek był tak wielki, że łzy zamarzły w jej sercu i nie mogła wypowiedzieć ani jednego słowa z żalu, ale od tej godziny zaniemówiła.
Więc biedne, nieme stworzenie powędrowało z powrotem wzdłuż brzegu morza i wróciło do domu. A następnego dnia Plunk też wrócił. Nie znalazł drogi do Króla Mórz i wrócił rozczarowany i zły. Kiedy dotarł do domu, nie było małego Winpeace'a, a jego żona ogłuchła.
Nie mogła mu powiedzieć, co się stało, ale była cała wyczerpana wielkimi kłopotami. I tak było z nimi od tego dnia. Kobieta nie płakała ani nie narzekała, lecz zajmowała się domem i usługiwała Plunkowi w milczeniu; a dom był cichy i cichy jak grób. Przez jakiś czas Plunk to znosił, ale w końcu poczuł się kompletnie zmęczony. Właśnie był prawie pewien skarbu Króla Mórz, a tu nagle spadły na niego wszystkie te kłopoty i zmartwienia. Więc Plunk postanowił raz jeszcze spróbować swojego morskiego zaklęcia. Znów przez trzy całe dni siedział w swojej łodzi na morzu, przez trzy dni pościł, przez trzy dni nie złowił żadnej ryby. Trzeciego dnia, o świcie, Dziewica Świtu wstała przed nim. Plunk opowiedział jej, co się stało, i gorzko się poskarżył. Jestem w gorszej sytuacji niż kiedykolwiek wcześniej. Dziecko odeszło, żona ogłuchła, a mój dom jest ponury jak grób, a ja jestem o krok od pękania z powodu kłopotów.
Na to Dziewica Świtu nie odezwała się ani słowem, tylko zadała Plunkowi pytanie: „Czego chcesz? Pomogę ci tylko raz”.
Ale Plunk był tak szalony, że nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o tym, że chciał zobaczyć i cieszyć się skarbem Króla Mórz; więc nie pragnął już ani dziecka, ani tego, by jego żona odzyskała mowę, lecz błagał Dziewicę Świtu. „Piękna Dziewico Świtu” – powiedział – „pokaż mi drogę do Króla Mórz”.
I znów Świta-Dziewica nic nie powiedziała, ale bardzo łaskawie wysłała Plunka w drogę. Gdy świt nadejdzie przy następnym Nowiu Księżyca, wsiądź do łodzi, czekaj na wiatr, a następnie płyń na wschód z wiatrem. Wiatr zaniesie cię na Wyspę Obfitości, do kamienia Złoto-Ogień. A tam będę na ciebie czekać, aby pokazać ci drogę do Króla Mórz”. Plunk radośnie wrócił do domu. Gdy było około Nowiu Księżyca (ale nigdy nic nie powiedział żonie) wypłynął o świcie, wsiadł do łodzi, czekał na wiatr i pozwolił się ponieść na wschód.
Wiatr porwał łódź i poniósł ją na Nieznane Morze, na Wyspę Obfitości.
Zielony ogród, urodzajna wyspa unosi się na morzu. Trawa rośnie bujnie, łąki bujne, winorośle pełne winogron, a migdałowce różowieją od kwiatów. Pośrodku wyspy znajduje się drogocenny kamień, biały, płonący kamień Złoto-Ogień. Jedna połowa kamienia rzuca blask na wyspę, a druga rozświetla morze pod wyspą. A tam, na Wyspie Obfitości, na kamieniu Złoto-Ogień, siedzi Dziewica Świtu.
Panna Świtu z wielką łaską przyjęła Plunka, z wielką łaską odprowadziła go w drogę. Pokazała mu koło młyńskie płynące po morzu w kierunku wyspy i syreny tańczące w kręgu wokół koła. Potem powiedziała mu – zawsze z wielką łaską – jak uprzejmie poprosić koło młyńskie, by zaprowadziło go do Króla Mórz i nie pozwoliło, by pochłonęły go Mroczne Głębiny Morza.
Na koniec Dziewica Świtu rzekła: „W krainie Króla Mórz będziesz się cieszyć wielkimi zapasami złota i skarbów. Ale pamiętaj – na ziemię nie możesz wrócić, bo trzech straszliwych strażników zagradza ci drogę. Jeden wzburza fale, drugi wywołuje burzę, a trzeci włada piorunami”.
Ale Plunk był szczęśliwy jak grig w swojej łódce, wiosłując w kierunku koła młyńskiego i myślał o tym,
samego siebie:
Łatwo zauważyć, piękna Dziewico Świtu, że nigdy nie zaznałaś niedostatku na tym świecie. Nie będę tęsknić za tą ziemią, gdzie zostawiam po sobie tylko pecha!
Podpłynął więc do koła młyńskiego, gdzie syreny bawiły się w swoje szalone gry. Nurkowały i goniły się w wodzie; ich długie włosy unosiły się na falach, srebrne płetwy błyszczały, a czerwone usta się uśmiechały. Siedziały na kole młyńskim i sprawiały, że morze wokół niego się pieniło.
Łódź dotarła do koła młyńskiego, a Plunk postąpił zgodnie z poleceniem Dziewicy Świtu. Uniósł wiosło wysoko, żeby Mroczne Głębiny go nie pochłonęły, i grzecznie zapytał koło młyńskie:
„Kręgle, proszę zabierz mnie na dół, albo do Martwej Ciemności, albo do Pałacu Króla Mórz”.
Gdy Plunk to powiedział, syreny nadpłynęły, pędząc niczym srebrne rybki, zgromadziły się wokół koła młyńskiego, chwyciły szprychy w śnieżnobiałe dłonie i zaczęły kręcić kołem — szybko, szaleńczo.
W morzu utworzył się wir – gwałtowny wir, straszliwy wir. Wir pochwycił Plunka; porwał go jak gałązkę i wciągnął do twierdzy Króla Mórz.
W uszach Plunka wciąż dzwoniło od szumu morza i głupiego śmiechu syren, gdy nagle zdał sobie sprawę, że siedzi na pięknym piasku — drobnym piasku przypominającym szczere złoto.
Plunk rozejrzał się i zawołał: „Hej, oto cud dla ciebie! Całe pole złotego piasku!”
To, co Plunk uznał za wielkie pole, było w istocie jedynie wielką Salą Króla Mórz. Wokół Sali morze wznosiło się niczym marmurowa ściana, a nad Salą wisiało niczym szklana kopuła. Z kamiennego Złotego Ognia spływał błękitnawy blask, blady i blady jak światło księżyca. Z sufitu zwisały festony pereł, a na podłodze poniżej stały stoły z koralowców.
A na końcu — na samym końcu, gdzie smukłe piszczałki grały, a maleńkie dzwoneczki dzwoniły — tam lazedu i wylegiwał się sam Król Mórz; wyciągnął kończyny na złotym piasku, unosząc jedynie wielką głowę byka, obok niego koralowy stół, a za nim złoty żywopłot. Przy szybkiej, przenikliwej muzyce piszczałek, dzwonieniu dzwonków i połysku i migotaniu wokół niego, Plunk nie uwierzyłby, że może być tyle przyjemności lub bogactwa na świecie! Plunk oszalał z czystej radości — radość uderzyła mu do głowy jak mocne wino; jego serce śpiewało; klaskał w dłonie; podskakiwał na złotym piasku jak rozbrykane dziecko; przewrócił się na głowę raz, drugi i kolejny — po prostu jak wesoły chłopiec.
To rozbawiło Króla Mórz. Bo stopy Króla Mórz są ciężkie – o wiele za ciężkie – a jego wielka głowa byka jest jeszcze cięższa. Król Mórz rechotał, wylegując się na złotym piasku – śmiał się tak serdecznie, że złoty piasek wokół niego rozprysł się. Jesteś piękny i lekki na nogach, mój chłopcze – powiedział Król Mórz, po czym sięgnął w górę i w górę, i zerwał gałązkę pereł, i podał ją Plunkowi.
A potem Król Mórz rozkazał Podmorskim Wróżkom przynieść wyborne potrawy i miodowy napój w złotych naczyniach. A Plunk dostał pozwolenie, by usiąść obok Króla Mórz przy koralowym stole, i z pewnością był to wielki zaszczyt Kiedy Plunk zjadł obiad, Król Mórz zapytał go Czy jest coś jeszcze, czego byś sobie życzył, mój człowieku Teraz o co powinien prosić biedny człowiek, który nigdy nie wiedział, co to znaczy dobrze się bawić? Ale Plunk był głodny po długiej podróży i zrobił z tego tylko skromny posiłek z wybornych potraw i miodowych napojów. Więc powiedział do Króla Mórz „Właśnie gdy to mówiłeś, o Królu Mórz, życzyłem sobie, bym miał dobrą porcję gotowanego dzikiego szpinaku.”
Król Mórz był raczej zaskoczony, ale szybko się otrząsnął, roześmiał się i powiedział do Plunka, mojego brata: „Dziki szpinak jest tu bardzo drogi, droższy niż perły i masa perłowa, bo stąd do miejsca, gdzie rośnie, jest długa droga. Ale skoro o niego prosiłeś, wyślę Wróżkę Piankę, żeby ci go przyniosła z krainy, gdzie rośnie dziki szpinak. Ale musisz obrócić dla mnie jeszcze trzy koła powozu”.
Ponieważ Plunk był już w najlepszym humorze, nie było mu to trudne. Lekko zerwał się na równe nogi i szybko wszyscy zgromadzili się wokół niego – syreny i mali ludzie w Pałacu – wszyscy, by zobaczyć ten cud! Plunk pobiegł po złotym piasku, zakręcił pięknym kołem dyliżansu, potem drugim i trzecim, lekkim jak wiewiórka, a Król Mórz i wszyscy mali ludzie kołysali się ze śmiechu z takiego sprytu. Ale najserdeczniej ze wszystkich śmiał się mały dzidziuś, a był to mały Król, którego same syreny koronowały na Króla dla zabawy i próżnej rozrywki. Maleńki dzidziuś siedział w złotej kołysce. Jego mała koszula była z jedwabiu, kołyska była obwieszona maleńkimi perłowymi dzwoneczkami, a w jego rękach dziecko trzymało złote jabłko. Podczas gdy Plunk kręcił kołami dyliżansu, a mały Król śmiał się tak serdecznie, Plunk obejrzał się na niego. Spojrzał na małego Króla, a Plunk drgnął. To był jego własny synek, mały Winpeace. Cóż, Plunk nagle poczuł obrzydzenie. Nigdy by nie przypuszczał, że tak szybko mu się to znudzi.
Cóż, cóż, musiał być wielkim panem na ziemi, by płakać pośród takich wspaniałości Na moją duszę” krzyknął Plunk gniewnie, Byłem taki sam jak twój Król Mórz tutaj. Miałem syna, który ciągnął mnie za brodę, żonę, która Pokazywała mi cuda i dziki szpinak, bracia, ile chcecie — i nie trzeba też było kręcić kołami dyliżansu przed nikim”. Ludzie morza podziwiali taką wspaniałość i zostawili Plunk opłakiwać jego utraconą wielkość. Lecz Plunk nadal służył małemu Królowi. Robił wszystko, co mógł, by zadowolić chłopca, myśląc: Dostanę go