Na podwórku dla kaczek

Średniozaawansowany
5 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Kaczka przyleciała z Portugalii. Niektórzy mówili, że pochodziła z Hiszpanii, ale to nie ma znaczenia. W każdym razie nazywano ją Portugalką, znosiła jaja, została zabita i ugotowana, i tak się to skończyło. Ale kaczuszki, które wykluły się z jej jaj, później również nazywano Portugalkami i coś w tym jest. Z całej rodziny została tylko jedna na podwórku dla kaczek, do którego dostęp miały również kury, i gdzie kogut paradował bardzo agresywnie.

„Drażni mnie swoim głośnym pianiem!” – zauważyła portugalska kaczka. „Ale to piękny ptak, nie da się zaprzeczyć, choć nie jest kaczorem. Powinien powściągnąć głos, ale to sztuka nierozerwalnie związana z wychowaniem, podobna do tej, którą posiadają małe śpiewające ptaszki na lipach w ogrodzie sąsiada. Jak uroczo śpiewają! Jest coś pięknego w ich trelach. Nazywam to Portugalią. Gdybym miała tylko takiego małego śpiewającego ptaszka, byłabym dla niego matką, dobrą i życzliwą, bo to moja krew, moja portugalska krew!”

A gdy jeszcze mówiła, mały śpiewający ptaszek wyskoczył z dachu na podwórze. Kot był za nim, ale ptaszek uciekł ze złamanym skrzydłem i tak wpadł na podwórze.

„To zupełnie jak z kotem; to złoczyńca!” powiedziała portugalska kaczka. „Pamiętam jej zwyczaje, kiedy sama miałam dzieci. Że takiemu stworzeniu pozwala się żyć i włóczyć po dachach! Nie sądzę, żeby w Portugalii robili takie rzeczy!”

I zlitowała się nad małym śpiewającym ptaszkiem, a także nad innymi kaczkami, które nie były portugalskiego pochodzenia.

„Biedne małe stworzenie!” – mówili, podchodząc jeden po drugim. „Z pewnością nie umiemy śpiewać” – mówili – „ale mamy w sobie coś, co nas wspiera, czy coś w tym rodzaju; czujemy to, choć o tym nie mówimy”.

„Ale mogę o tym mówić” – powiedziała portugalska kaczka – „i zrobię coś dla tego małego człowieczka, bo to mój obowiązek!”. Wkroczyła do koryta i zaczęła uderzać skrzydłami o wodę tak mocno, że mały śpiewający ptaszek o mało nie utonął w kąpieli, którą dostał, ale kaczka miała dobre intencje. „To dobry uczynek” – powiedziała – „inni mogą wziąć z niego przykład”.

„Piep!” powiedział ptaszek; jedno ze skrzydełek miał złamane i z trudem się otrząsnął; ale doskonale rozumiał, że kąpiel była wyrazem życzliwości. „Jest pani bardzo dobroduszna, proszę pani” – powiedział; ale nie życzył sobie drugiej kąpieli.

„Nigdy nie myślałam o swoim sercu” – kontynuowała portugalska kaczka – „ale wiem jedno: kocham wszystkie moje bliźniaczki oprócz kota; ale nikt nie może oczekiwać, że będę ją kochać, bo pożarła dwa moje kaczuszki. Ale proszę, czuj się jak u siebie, bo można się tu wygodnie rozgościć. Ja sama pochodzę z obcego kraju, jak widać po moim zachowaniu i pierzastej sukni. Mój kaczor pochodzi z tych stron, nie jest z mojej rasy; ale mimo wszystko nie jestem dumna! Jeśli ktokolwiek tutaj na podwórku cię rozumie, mogę twierdzić, że jestem tą osobą”.

„Ona jest pełna Portulaka” – powiedziała mała, dowcipna kaczuszka; a wszystkie inne kaczki uznały słowo Portulak za niezły żart, bo brzmiało jak Portugalia; szturchnęły się nawzajem i powiedziały: „Rapp!”. To było aż nadto dowcipne! I wszystkie inne kaczki zaczęły teraz zauważać małego śpiewającego ptaszka.

„Portugalczycy z pewnością lepiej władają językiem” – mówili. „My ze swojej strony nie mamy ochoty na tak długie słowa, ale nasze współczucie jest równie wielkie. Jeśli nic dla was nie zrobimy, będziemy z wami wszędzie maszerować; i uważamy, że to najlepsze, co możemy zrobić”.

„Masz piękny głos” – powiedział jeden ze starszych. „To musi być wielka satysfakcja móc dać tyle przyjemności, ile potrafisz przekazać. Z pewnością nie jestem wybitnym znawcą twojej pieśni, dlatego trzymam język za zębami; a nawet to jest lepsze niż gadanie do ciebie bzdur, jak to robią inni”.

„Nie dręcz go tak” – wtrąciła się portugalska kaczka – „potrzebuje odpoczynku i opieki. Mój mały śpiewający ptaszku, czy chcesz, żebym przygotowała ci kolejną kąpiel?”

„O nie! Proszę, pozwól mi wyschnąć!” – błagał mały ptaszek.

„Kuracja wodna to dla mnie jedyne lekarstwo, kiedy źle się czuję” – rzekł Portugalczyk. „Rozrywka też jest zbawienna! Sąsiednie ptaki wkrótce przylecą z wizytą. Wśród nich są dwaj Chińczycy z plemienia Kochin. Noszą pióra na nogach, są dobrze wykształceni i sprowadzeni z daleka, dlatego w moich oczach są lepsi od innych”.

I przyleciały kury i kogut; dziś był na tyle uprzejmy, że powstrzymał się od niegrzeczności.

„Jesteś prawdziwym śpiewającym ptakiem” – powiedział – „i robisz swoim cichym głosikiem tyle, ile się da. Ale potrzeba trochę więcej piskliwości, żeby każdy mógł usłyszeć, że to samiec”.

Obaj Chińczycy stali oczarowani widokiem śpiewającego ptaka. Wyglądał na bardzo pogniecionego po kąpieli, tak że wydał im się podobny do małego kuraka z Kochinu. „Jest uroczy!” – krzyknęli i zaczęli z nim rozmawiać szeptem, posługując się najbardziej arystokratycznym chińskim dialektem.

mały śpiewający ptak otrzymuje zaszczytny patronat.
„Jesteśmy waszą rasą” – kontynuowali. „Kaczki, nawet portugalskie, to ptaki pływające, jak zapewne zauważyłeś. Jeszcze nas nie znasz; niewielu nas zna lub zadaje sobie trud, by nas poznać – nawet żaden z ptaków, choć urodziliśmy się, by zajmować wyższy szczebel w hierarchii niż większość pozostałych. Ale to nas nie niepokoi: spokojnie podążamy swoją ścieżką pośród innych, których zasady z pewnością nie są naszymi; bo patrzymy na rzeczy z dobrej strony i mówimy tylko o tym, co dobre, choć czasem trudno znaleźć coś, gdzie nic nie istnieje. Poza nami dwoma i kogutem nie ma nikogo w całym kurniku, kto byłby jednocześnie utalentowany i uprzejmy. Nie można tego powiedzieć nawet o mieszkańcach kaczego podwórka. Ostrzegamy cię, mały śpiewający ptaszku: nie ufaj tej tam z krótkimi piórami ogonowymi, bo jest przebiegła. Ta srokata, z krzywymi paskami na skrzydłach, szuka zwady i nie pozwala nikomu mieć ostatniego słowa, choć Ona zawsze jest w błędzie. Ta tłusta kaczka tam mówi źle o wszystkich, a to jest sprzeczne z naszymi zasadami: jeśli nie mamy nic dobrego do powiedzenia, powinniśmy trzymać dzioby w ryzach. Portugalka jest jedyną osobą wykształconą i z którą można się zadawać, ale jest namiętna i za dużo mówi o Portugalii.

„Zastanawiam się, o czym te dwie Chińczyki ciągle między sobą szepczą” – wyszeptała jedna z kaczek do swojej przyjaciółki. „Denerwują mnie – nigdy z nimi nie rozmawiałyśmy”.

Teraz nadleciał kaczor. Myślał, że ten mały śpiewający ptak to wróbel.

„Cóż, nie rozumiem różnicy” – powiedział – „i rzeczywiście to to samo. On jest tylko zabawką, a jeśli ktoś je ma, to cóż, ma je”.

„Nie przywiązuj żadnej wagi do tego, co mówi” – ​​wyszeptał Portugalczyk. „Jest bardzo szanowany w sprawach biznesowych; a u niego interesy są najważniejsze. Ale teraz położę się, żeby odpocząć. Człowiek jest sobie winien, żeby być grubym i sytym, kiedy będzie balsamowany jabłkami i śliwkami”.

I położyła się na słońcu, mrugając jednym okiem. Leżała bardzo wygodnie, czuła się bardzo wygodnie i spała bardzo wygodnie.

Mały śpiewający ptaszek zajął się swoim złamanym skrzydłem. W końcu położył się i przytulił mocno do swojej opiekunki: słońce świeciło ciepło i jasno, a on znalazł bardzo dobre miejsce.

Ale kury sąsiada nie spały. Rozgrzebywały ziemię; i, prawdę mówiąc, złożyły wizytę tylko i wyłącznie po to, by znaleźć pożywienie dla siebie. Chińczycy jako pierwsi opuścili kacze podwórko; a inne kury wkrótce poszły w ich ślady. Dowcipna kaczuszka powiedziała o Portugalce, że staruszka staje się kaczą staruchą. Na to pozostałe kaczki roześmiały się i zagdakały głośno. „Kaczą staruchą” – szepnęły; „to zbyt dowcipne!”, po czym powtórzyły poprzedni dowcip o Portulaku i oświadczyły, że jest niezwykle zabawny. A potem położyły się.

Spali już jakiś czas, gdy nagle coś rzucono im na podwórze do jedzenia. Spadł z takim hukiem, że cała grupa zerwała się ze snu i zatrzepotała skrzydłami. Portugalka również się obudziła i przewróciła na drugą stronę, mocno ściskając przy tym małego śpiewającego ptaka.

„Piep!” krzyknął. „Bardzo mocno mnie pani nadepnęła”.

„No i po co mi wchodzisz w drogę?” – odparła kaczka. „Nie bądź taki drażliwy. Też mam swoje nerwy, a jednak nigdy nie krzyknęłam „Piep!”.

„Nie gniewaj się” – powiedział mały ptaszek. „Piep” wyszedł z mojego dzioba niespodziewanie”.

Portugalka nie posłuchała go, tylko zaczęła jeść tak szybko, jak potrafiła, i zjadła obfity posiłek. Kiedy skończyła i położyła się z powrotem, ptaszek podleciał i chcąc okazać życzliwość, zaśpiewał:

„Tillee-lilly lee,
O dobrej wiosennej porze,
Będę śpiewać tak dobrze
Tak daleko, jak ucieknę.

„Teraz chcę odpocząć po obiedzie” – powiedział Portugalczyk. „Musisz przestrzegać zasad panujących w domu, skoro tu jesteś. Chcę teraz spać”.

Mały śpiewający ptaszek był bardzo zaskoczony, bo miał dobre intencje. Kiedy pani się obudziła, stanął przed nią ponownie z odrobiną ziarna, które znalazł, i położył ją u jej stóp; ale ponieważ nie spała dobrze, była oczywiście w bardzo złym humorze.

„Daj to kurczakowi!” powiedziała, „i nie stawaj mi ciągle na drodze”.

„Dlaczego jesteś na mnie zły?” odpowiedział mały śpiewający ptaszek. „Co zrobiłem?”

„Zrobione!” powtórzyła portugalska kaczka. „Twój sposób wyrażania się nie jest zbyt uprzejmy; muszę zwrócić ci na to uwagę”.

„Wczoraj tu świeciło słońce” – powiedział ptaszek – „ale dziś jest pochmurno i powietrze jest duszne”.

„Mam wrażenie, że niewiele wiesz o pogodzie” – odparł Portugalczyk. „Dzień się jeszcze nie skończył. Nie stój tam i nie rób takiej głupiej miny”.

„Ale patrzysz na mnie tak samo, jak patrzyły na mnie złe oczy, gdy wczoraj upadłem na podwórze.”

„Bezczelny stworze!” wykrzyknęła portugalska kaczka. „Czy porównałbyś mnie do kota, tego drapieżnego zwierzęcia? Nie ma we mnie ani kropli złej krwi. Stanęłam po twojej stronie i nauczę cię dobrych manier”.

I mówiąc to, odgryzła głowę śpiewającemu ptakowi, który położył się martwy na ziemi.

„Co to ma znaczyć?” – zapytała. „Czy on nie mógł znieść nawet tego? W takim razie z pewnością nie był stworzony do życia na tym świecie. Byłam dla niego jak matka, wiem to, bo mam dobre serce”.

Wtedy kogut sąsiada wsunął głowę na podwórze i zapiał z mocą maszyny parowej.

„Zabijesz mnie swoim pianiem!” krzyknęła. „To wszystko twoja wina. On stracił głowę, a ja jestem o krok od utraty mojej”.

„Nie ma tam nic, gdzie padł!” – zauważył kogut.

„Mówcie o nim z szacunkiem” – odparła portugalska kaczka – „bo miał talent do śpiewania, maniery i wykształcenie. Był czuły i łagodny, a to równie dobre u zwierząt, jak u waszych tak zwanych ludzi”.

I wszystkie kaczki zgromadziły się wokół małego, martwego śpiewającego ptaszka. Kaczki mają silne namiętności, czy to zazdrość, czy litość; a ponieważ nie było tu niczego, czego można by zazdrościć, litość się objawiła, nawet u dwóch Chińczyków.

„Nigdy więcej nie będziemy mieli tak śpiewającego ptaka; był prawie Chińczykiem” – szeptali i płakali, wydając przy tym głośne gdakanie, a wszystkie ptaki również gdakały; kaczki jednak miały czerwone oczy.

„Mamy własne serca” – powiedzieli – „nikt nie może temu zaprzeczyć”.

„Serca!” powtórzyli Portugalczycy, „tak, mamy ich prawie tyle, co w Portugalii”.

„Pomyślmy o czymś, co zaspokoi nasz głód” – powiedział kaczor – „bo to jest najważniejsze. Jeśli jedna z naszych zabawek się zepsuje, to mamy ich o wiele więcej!”