Mała Dzika Róża

Zaawansowany
19 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Dawno, dawno temu wydarzyły się wydarzenia opisane w tej historii i gdyby się nie wydarzyły, nigdy by jej nie opowiedziano. Ale to były czasy, gdy wilki i jagnięta leżały spokojnie razem w jednym boksie, a pasterze jedli obiad na trawiastych brzegach z królami i królowymi.

Dawno, dawno temu, moje drogie, dobre dzieci, żył sobie pewien człowiek. Miał on naprawdę sto lat, jeśli nie całe dwadzieścia więcej. Jego żona też była bardzo stara – ile, nie wiem; ale niektórzy mówili, że była stara jak sama bogini Wenus. Byli bardzo szczęśliwi przez te wszystkie lata, ale byliby jeszcze szczęśliwsi, gdyby mieli dzieci; ale choć byli starzy, nigdy nie zdecydowali się bez nich obejść i często siadali przy ogniu i rozmawiali o tym, jak wychowaliby swoje dzieci, gdyby tylko jakieś zagościły w ich domu.

Pewnego dnia starzec wydał się smutniejszy i bardziej zamyślony, niż się to często zdarzało, i w końcu powiedział do żony: „Posłuchaj mnie, staruszko!”

„Czego chcesz?” zapytała.

„Wyciągnij mi trochę pieniędzy ze skrzyni, bo wyruszam w długą podróż – po całym świecie – żeby sprawdzić, czy nie znajdę dziecka, bo serce mi pęka na myśl, że po mojej śmierci mój dom wpadnie w ręce obcego. I jedno ci powiem: jeśli nigdy nie znajdę dziecka, nie wrócę do domu”.

Wtedy starzec wziął torbę, napełnił ją żywnością i pieniędzmi, po czym zarzucił ją sobie na ramiona i pożegnał się z żoną.

Długo wędrował, wędrował i wędrował, ale nie zobaczył żadnego dziecka; aż pewnego ranka jego wędrówka zaprowadziła go do lasu, który był tak gęsty od drzew, że światło nie mogło przeniknąć przez gałęzie. Starzec zatrzymał się na widok tego straszliwego miejsca i początkowo bał się tam wejść; ale przypomniał sobie, że przecież, jak powiada przysłowie: „Niespodziewane się zdarza” i być może pośród tej czarnej plamy znajdzie poszukiwane dziecko. Zebrawszy więc całą odwagę, śmiało rzucił się w wir wydarzeń.

Jak długo mógł tamtędy iść, nigdy nie potrafił powiedzieć, kiedy w końcu dotarł do wejścia do jaskini, gdzie ciemność zdawała się sto razy ciemniejsza niż sam las. Znów się zatrzymał, ale czuł, że coś go popycha do wejścia, i z bijącym sercem wszedł do środka.

Przez kilka minut cisza i ciemność tak go przerażały, że stał w miejscu, nie śmiejąc zrobić kroku. Potem z wielkim wysiłkiem przeszedł kilka kroków i nagle, daleko przed sobą, ujrzał błysk światła. To dodało mu otuchy i skierował kroki prosto w stronę słabych promieni, aż dostrzegł siedzącego przy nich starego pustelnika z długą, białą brodą.

Pustelnik albo nie usłyszał nadejścia gościa, albo udawał, że nie słyszy, bo nie zwrócił na niego uwagi i kontynuował lekturę książki. Po chwili cierpliwego oczekiwania starzec padł na kolana i powiedział: „Dzień dobry, ojcze święty!”. Równie dobrze mógłby przemówić do skały. „Dzień dobry, ojcze święty” – powtórzył, nieco głośniej niż poprzednio, a tym razem pustelnik dał mu znak, żeby podszedł bliżej. „Synu mój” – wyszeptał głosem, który odbił się echem w jaskini – „co cię sprowadza do tego ciemnego i ponurego miejsca? Setki lat minęły, odkąd mój wzrok spoczął na twarzy człowieka, a nie pomyślałem, żeby jeszcze raz na kogoś spojrzeć”.

„Moje nieszczęście mnie tu przywiodło” – odpowiedział starzec. „Nie mam dziecka, a ja i moja żona całe życie pragnęliśmy mieć. Opuściłem więc dom i ruszyłem w świat, mając nadzieję, że gdzieś znajdę to, czego szukam”.

Wtedy pustelnik podniósł z ziemi jabłko i dał mu je, mówiąc: „Zjedz połowę tego jabłka, a resztę daj swojej żonie i przestań błąkać się po świecie”.

Starzec schylił się i ucałował stopy pustelnika z czystej radości, po czym opuścił jaskinię. Przedzierał się przez las tak szybko, jak pozwalała mu na to ciemność, aż w końcu dotarł do ukwieconych pól, które olśniewały go swoim blaskiem. Nagle ogarnęło go rozpaczliwe pragnienie i pieczenie w gardle. Szukał strumienia, ale go nie było, a język z każdą chwilą stawał się coraz bardziej suchy. W końcu jego wzrok padł na jabłko, które przez cały ten czas trzymał w dłoni, a spragniony zapomniał, co powiedziała mu pustelniczka, i zamiast zjeść tylko swoją połowę, zjadł również jabłko staruszki; po czym zasnął.

Kiedy się obudził, zobaczył coś dziwnego leżącego na brzegu niedaleko, pośród długich szpalerów różowych róż. Starzec wstał, przetarł oczy i poszedł zobaczyć, co to było, gdy ku jego zaskoczeniu i radości okazało się, że to mała dziewczynka, około dwuletnia, o skórze tak różowo-białej jak róże nad nią. Wziął ją delikatnie w ramiona, ale nie wydawała się wcale przestraszona, a jedynie podskakiwała i piała z radości; starzec otulił ją płaszczem i ruszył do domu tak szybko, jak tylko mogły go ponieść nogi.

Gdy byli już blisko chaty, w której mieszkali, położył dziecko w wiadrze stojącym przy drzwiach i pobiegł do domu, wołając: „Chodź szybko, żono, szybko, bo przyprowadziłem ci córkę o złotych włosach i oczach jak gwiazdy!”

Na tę cudowną nowinę staruszka zbiegła na dół, omal nie przewracając się z pragnienia zobaczenia skarbu; ale kiedy mąż zaprowadził ją do wiadra, okazało się ono zupełnie puste! Starzec niemal oszalał z przerażenia, podczas gdy jego żona siedziała i szlochała z żalu i rozczarowania. Nie było miejsca, którego by nie przeszukali, myśląc, że dziecko jakimś sposobem wydostało się z wiadra i schowało dla zabawy; ale dziewczynki tam nie było i nie było po niej śladu.

„Gdzie ona może być?” jęknął starzec z rozpaczą. „Och, czemu ją w ogóle zostawiłem, choćby na chwilę? Czy porwały ją wróżki, czy porwał ją jakiś dziki zwierz?” I zaczęli poszukiwania od nowa; ale nie spotkali ani wróżek, ani dzikich zwierząt, i z bólem serca w końcu się poddali i smutni wrócili do chaty.

A co się stało z dzieckiem? Otóż, znalazłszy się sama w obcym miejscu, zaczęła płakać ze strachu, a orzeł krążący w pobliżu usłyszał ją i pobiegł zobaczyć, skąd dochodzi dźwięk. Kiedy ujrzał tłuste, różowo-białe stworzenie, pomyślał o swoich głodnych maluchach w domu i spadając, złapał ją w szpony i wkrótce pofrunął z nią ponad wierzchołki drzew. Po kilku minutach dotarł do gniazda, w którym zbudował, i złożył małą Dziką Różę (bo tak ją nazywał starzec) wśród swoich puszystych młodych orląt, po czym odleciał. Orląt, naturalnie, były raczej zaskoczone tym dziwnym zwierzęciem, więc nagle wylądowały między nimi, ale zamiast zacząć je pożerać, jak oczekiwał ich ojciec, przytuliły się do niej i rozpostarły swoje maleńkie skrzydełka, aby osłonić ją przed słońcem.

W głębi lasu, gdzie orzeł zbudował gniazdo, płynął strumień o trujących wodach, a na brzegach tego strumienia mieszkał straszliwy lindworm o siedmiu głowach. Lindworm często obserwował orła latającego po wierzchołku drzewa, niosącego pożywienie jego młodym, i dlatego uważnie wypatrywał momentu, gdy orlęta zaczną próbować swoich skrzydeł i odlecieć z gniazda. Oczywiście, jeśli sam orzeł był tam, by ich chronić, nawet lindworm, wielki i silny jak on, wiedział, że nic nie może zrobić; ale gdy go nie było, każde małe orlę, które zapuściło się zbyt blisko ziemi, z pewnością zniknęło w gardle potwora. Ich bracia, którzy zostali pozostawieni jako zbyt młodzi i słabi, by zobaczyć świat, nic o tym wszystkim nie wiedzieli, ale przypuszczali, że wkrótce nadejdzie ich kolej, by również zobaczyć świat. I po kilku dniach również ich oczy się otworzyły, skrzydła zatrzepotały niecierpliwie, i zapragnęły wzbić się ponad falujące wierzchołki drzew, ku górze i jasnemu słońcu. Ale tej samej północy lindworm, który był głodny i nie mógł doczekać się kolacji, wyskoczył z potoku z hukiem i ruszył prosto w stronę drzewa. Dwa płomienne oczy zbliżały się coraz bardziej, a dwa ogniste języki wyciągały się coraz bliżej, ku małym ptaszkom, które drżały i drżały w najdalszym kącie gniazda. Lecz gdy języki już prawie ich dosięgnęły, lindworm wydał przeraźliwy krzyk, odwrócił się i upadł do tyłu. Wtedy z dołu dobiegły odgłosy bitwy, a drzewo zatrzęsło się, choć nie było wiatru, a ryki i warczenia mieszały się ze sobą, aż orlęta poczuły się jeszcze bardziej przestraszone i pomyślały, że nadeszła ich ostatnia godzina. Tylko Wildrose nie została zakłócona i słodko spała przez cały ten czas.

Rano orzeł powrócił i dostrzegł ślady walki pod drzewem, a tu i ówdzie garść żółtej grzywy oraz twardą, łuskowatą substancję. Gdy to zobaczył, bardzo się ucieszył i pospieszył do gniazda.

„Kto zabił lindworm?” – zapytał swoje dzieci; było ich tak wiele, że początkowo nie zauważył dwójki, którą lindworm zjadł. Orlęta odpowiedziały jednak, że nie potrafią powiedzieć, jedynie, że życie im zagrażało i że w ostatniej chwili zostały uratowane. Potem promień słońca przedarł się przez gęste gałęzie i pochwycił złote włosy Wildrose, która leżała zwinięta w kłębek w kącie, a orzeł, patrząc na nią, zastanawiał się, czy dziewczynka przyniosła mu szczęście i czy to jej magia zabiła jego wroga.

„Dzieci” – powiedział – „przyniosłem ją tutaj na obiad, a wy jej nie tknęliście; co to ma znaczyć?” Ale orlęta nie odpowiedziały, a Wildrose otworzyła oczy i wydała się siedem razy piękniejsza niż przedtem.

Od tego dnia Wildrose żyła jak mała księżniczka. Orzeł latał po lesie i zbierał najdelikatniejszy, najzieleńszy mech, jaki mógł znaleźć, by zrobić jej posłanie, a potem dziobem zbierał wszystkie najjaśniejsze i najpiękniejsze kwiaty na polach i w górach, by je udekorować. Tak sprytnie to robił, że nie było wróżki w całym lesie, która nie byłaby zadowolona, ​​mogąc tam spać, kołysana wiatrem na wierzchołkach drzew. A kiedy maluchy potrafiły już wylecieć ze swojego gniazda, nauczył je, gdzie szukać owoców i jagód, które tak uwielbiała.

„Żyła szczęśliwie w swoim gnieździe, stojąc na jego krawędzi i patrząc na zachód słońca, podziwiając piękny świat”. Ilustracja H.J. Forda, opublikowana w The Crimson Fairy Book (1908), Longmans, Green and Co.

„Żyła szczęśliwie w swoim gnieździe, stojąc na jego krawędzi i patrząc na zachód słońca, podziwiając piękny świat”. Ilustracja H.J. Forda, opublikowana w The Crimson Fairy Book (1908), Longmans, Green and Co.

Tak mijał czas, a z każdym rokiem Dzika Róża rosła coraz wyżej i piękniej, i żyła szczęśliwie w swoim gnieździe, nigdy nie chcąc z niego wychodzić, tylko stojąc na jego skraju o zachodzie słońca i patrząc na piękny świat. Towarzyszyły jej wszystkie ptaki z lasu, które przylatywały i rozmawiały z nią, a zabawką były dla niej dziwne kwiaty, które przynosiły jej z daleka, i motyle, które tańczyły z nią. I tak mijały dni, a ona miała czternaście lat.

Pewnego ranka syn cesarza wybrał się na polowanie. Nie ujechał daleko, gdy spod gaju wyłonił się jeleń i pobiegł przed nim. Książę natychmiast ruszył w pościg i podążył za nim tam, gdzie prowadził jeleń, aż w końcu znalazł się w głębi lasu, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

Drzewa były tak gęste, a las tak ciemny, że zatrzymał się na chwilę i nasłuchiwał, wytężając słuch, by złapać jakiś dźwięk i przerwać ciszę, która go niemal przeraziła. Ale nic nie nadeszło, nawet ujadanie psa ani dźwięk rogu. Stał nieruchomo i zastanawiał się, czy iść dalej, gdy spojrzawszy w górę, zobaczył strumień światła, który zdawał się spływać ze szczytu wysokiego drzewa. W jego promieniach dostrzegł gniazdo z młodymi orlętami, które obserwowały go zza burty. Książę włożył strzałę do łuku i wycelował, ale zanim zdążył puścić, kolejny promień światła go oślepił; był tak jasny, że łuk opadł, a on zakrył twarz dłońmi. Gdy w końcu odważył się zajrzeć, Wildrose, z falującymi złotymi włosami, patrzyła na niego. Po raz pierwszy zobaczyła mężczyznę.

„Powiedz mi, jak mogę się z tobą skontaktować?” zawołał. Wildrose uśmiechnęła się, pokręciła głową i usiadła spokojnie.

Książę zdał sobie sprawę, że to nic nie da, odwrócił się i wyszedł z lasu. Ale równie dobrze mógł tam zostać, bo przecież nie był dobry dla ojca, tak bardzo tęsknił za Dziką Różą. Dwukrotnie wracał do lasu z nadzieją, że ją odnajdzie, ale tym razem los go zawiódł i wrócił do domu równie smutny jak zawsze.

W końcu cesarz, nie mogąc pojąć, co spowodowało tę zmianę, wezwał syna i zapytał, co się stało. Wtedy książę wyznał, że obraz Dzikiej Róży wypełnia jego duszę i że nigdy nie będzie szczęśliwy bez niej. Początkowo cesarz poczuł się nieco zaniepokojony. Wątpił, czy dziewczyna z wierzchołka drzewa będzie dobrą cesarzową; ale kochał syna tak bardzo, że obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy, aby ją odnaleźć. Następnego ranka rozesłano więc heroldów po całym kraju, aby zapytali, czy ktoś wie, gdzie można znaleźć pannę mieszkającą w lesie na szczycie drzewa, i obiecali wielkie bogactwa i miejsce na dworze każdemu, kto ją znajdzie. Ale nikt nie wiedział. Wszystkie dziewczęta w królestwie miały domy na ziemi i śmiały się z pomysłu wychowywania się na drzewie. „Miła z niej cesarzowa” – mówiły, podobnie jak cesarz, potrząsając głowami z pogardą; bo przeczytawszy wiele książek, domyślały się, do czego jest potrzebna.

Heroldowie byli niemal w rozpaczy, gdy z tłumu wyłoniła się staruszka, podeszła i przemówiła do nich. Była nie tylko bardzo stara, ale i bardzo brzydka, z garbem na plecach i łysą głową. Na jej widok heroldowie wybuchnęli rubasznym śmiechem. „Mogę wam pokazać dziewicę, która mieszka na czubku drzewa” – powiedziała, ale oni tylko śmiali się jeszcze głośniej.

„Uciekaj, stara wiedźmo!” krzyczeli, „sprowadzisz na nas pecha”. Lecz staruszka obstawała przy swoim i oświadczyła, że ​​tylko ona wie, gdzie znaleźć dziewczynę.

„Idź z nią” – powiedział w końcu najstarszy z heroldów. „Rozkaz cesarza jest jasny: ktokolwiek cokolwiek wie o dziewczynie, ma natychmiast stawić się na dworze. Wsadź ją do powozu i zabierz z nami”.

W ten sposób staruszkę przyprowadzono przed sąd.

„Oświadczyłeś, że możesz przyprowadzić tu dziewicę z lasu?” zapytał cesarz, który siedział na tronie.

„Tak, Wasza Wysokość, i dotrzymam słowa” – odpowiedziała.

„W takim razie przyprowadź ją natychmiast” – rozkazał cesarz.

„Dajcie mi najpierw czajnik i trójnóg” – poprosiły staruszki, a cesarz rozkazał natychmiast je przynieść. Staruszka podniosła je i włożywszy pod pachę, ruszyła w dalszą drogę, trzymając się w niewielkiej odległości za królewskimi myśliwymi, którzy z kolei podążali za księciem.

Och, jaki hałas robiła ta staruszka, idąc! Gaworzyła do siebie tak szybko i brzęczała czajnikiem tak głośno, że można by pomyśleć, że zza rogu wyłania się cały obóz Cyganów. Ale kiedy dotarli do lasu, kazała im zaczekać na zewnątrz, a sama weszła do ciemnego lasu.

Zatrzymała się pod drzewem, pod którym mieszkała dziewczyna, i zebrawszy suche patyki, rozpaliła ogień. Następnie postawiła na nim trójnóg, a na nim czajnik. Ale coś było nie tak z czajnikiem. Jak tylko staruszka postawiła go na swoim miejscu, czajnik z pewnością potoczyłby się, spadając na ziemię z hukiem.

Wyglądało to naprawdę na zaczarowane i nikt nie wie, co by się stało, gdyby Wildrose, która cały czas wyglądała ze swojego gniazda, nie straciła cierpliwości wobec głupoty staruszki i nie krzyknęła: „Statyw nie stanie na tym wzgórzu, musicie go przenieść!”

„Ale dokąd mam to przenieść, moje dziecko?” zapytała staruszka, patrząc w stronę gniazda i jednocześnie próbując jedną ręką utrzymać czajnik, a drugą trójnóg.

„Czyż nie mówiłem ci, że to nic nie da?” – powiedział Wildrose, jeszcze bardziej niecierpliwie niż poprzednio. „Rozpal ogień w pobliżu drzewa i powieś kocioł na jednej z gałęzi”.

Staruszka wzięła czajnik i zawiesiła go na małej gałązce, która natychmiast się złamała, a czajnik spadł na podłogę.

„Gdybyś mi tylko pokazał, jak to zrobić, może bym zrozumiała” – powiedziała.

Błyskawicznie, niczym myśl, dziewczyna zsunęła się po gładkim pniu drzewa i stanęła obok głupiej staruszki, by pouczyć ją, jak należy postępować. Lecz w mgnieniu oka staruszka dogoniła dziewczynę, przerzuciła ją sobie przez ramię i pobiegła tak szybko, jak tylko mogła, na skraj lasu, gdzie zostawiła księcia. Widząc ich, rzucił się im na spotkanie, wziął dziewczynę w ramiona i czule pocałował ją w obecności wszystkich. Następnie ubrano ją w złotą suknię, a perły wpleciono w jej włosy i zasiadła w cesarskiej karecie zaprzężonej w sześć najbielszych koni świata. Nie zatrzymując się, by zaczerpnąć oddechu, zawieziono ją do bram pałacu. A po trzech dniach odbyło się wesele, uczta weselna, a każdy, kto zobaczył pannę młodą, oznajmił, że jeśli ktoś pragnie idealnej żony, musi udać się na czubek drzewa.