Długonogi, obwód i bystrość: historia trzech wspaniałych służących mężczyzn

Łatwo
7 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Pewien sędziwy król miał jedynego syna. Pewnego dnia wezwał księcia i powiedział: „Mój drogi synu, wiesz, że dojrzałe owoce spadają, aby zrobić miejsce innym owocom. Ta moja stara głowa jest jak dojrzałe owoce i wkrótce słońce przestanie na nią świecić. Zanim umrę, chciałbym cię ujrzeć w szczęśliwym małżeństwie. Znajdź sobie żonę, mój synu”.

„Chciałbym, ojcze, sprawić ci w tym przyjemność” – odpowiedział książę – „ale nie znam nikogo, kto mógłby uczynić z ciebie godną synową”.

Stary król sięgnął do kieszeni, wyciągnął złoty klucz i podał go księciu. Powiedział:

„Wejdź na samą górę wieży. Rozejrzyj się dookoła i kiedy zdecydujesz, co najbardziej podoba ci się z tego, co zobaczysz, wróć i powiedz mi.”

Książę wziął klucz i natychmiast wszedł na wieżę. Nigdy wcześniej nie był na samej górze i nigdy nie słyszał, co się tam znajduje. Wspinał się coraz wyżej, aż w końcu zobaczył małe żelazne drzwi w suficie. Otworzył je złotym kluczem, odepchnął i wszedł do dużej, okrągłej sali. Sufit był błękitny i srebrny jak niebo w jasną noc, gdy świecą gwiazdy, a podłogę pokrywał zielony jedwabny dywan. Było tam dwanaście wysokich okien osadzonych w złotych ramach, a na kryształowym szkle każdego z nich widniała piękna młoda dziewczyna w jaskrawoczerwonych barwach. Każde z nich było księżniczką z królewską koroną na głowie. Gdy książę na nie patrzył, wydało mu się, że każde było piękniejsze od poprzedniego i za nic w świecie nie wiedział, które jest najpiękniejsze. Potem zaczęły się poruszać jak żywe, uśmiechały się do księcia i kiwały głowami, wyglądając, jakby miały zaraz przemówić.

Nagle książę zauważył, że jedno z dwunastu okien było zasłonięte białą zasłoną. Odsunął zasłonę i bez cienia wątpliwości ujrzał najpiękniejszą księżniczkę ze wszystkich, odzianą w czystą biel, ze srebrnym pasem i koroną z pereł. Jej twarz była śmiertelnie blada i smutna jak grób.

Książę długo stał przed tym obrazem w całkowitym zdumieniu, a gdy na niego patrzył, zdawało się, że ból przepełnia jego serce.

„Tę właśnie chcę dla mojej oblubienicy” – powiedział głośno – „tę właśnie, a nie żadną inną”.

Na te słowa dziewczyna skłoniła się, zarumieniła się jak róża, a potem natychmiast wszystkie obrazy zniknęły.

Kiedy książę opowiedział ojcu, co widział i którą pannę wybrał, stary król bardzo się zmartwił.

„Synu mój” – powiedział – „źle zrobiłeś, odsłaniając to, co było zakryte, i deklarując to, twój wybór, naraziłeś się na wielkie niebezpieczeństwo. Ta dziewczyna jest w mocy czarnego maga, który trzyma ją w niewoli w żelaznym zamku. Ze wszystkich, którzy wyruszyli, by ją uratować, nikt nie wrócił. Jednakże, co się stało, to się nie odstanie, a ty dałeś słowo. Idź więc, wypróbuj, co los ci przyniesie, i niech Niebiosa przywrócą cię całego i zdrowego”.

Książę pożegnał więc ojca, dosiadł konia i ruszył na poszukiwanie narzeczonej. Jego pierwszą przygodą było zgubienie się w głębokim lesie. Błąkał się przez jakiś czas, nie wiedząc, gdzie się zwrócić, gdy nagle zawołał go z tyłu tymi słowami:

„Hej, panie, zaczekaj chwilę!”

Rozejrzał się i zobaczył wysokiego mężczyznę biegnącego w jego stronę.

„Przyjmij mnie na swoją służbę, panie” – powiedział wysoki mężczyzna. „Jeśli to zrobisz, nie pożałujesz”.

„Jak masz na imię?” – zapytał książę – „i co potrafisz?”

„Ludzie nazywają mnie Długonogim, bo potrafię się wyciągnąć. Pokażę ci. Widzisz ptasie gniazdo na szczycie tej wysokiej jodły? Zdejmę ci je, i to bez wspinania się na drzewo.”

To powiedziawszy, zaczął się wyciągać, a jego ciało unosiło się coraz wyżej, aż osiągnął wysokość jodły. Sięgnął po gniazdo, a potem, w czasie krótszym niż zajęło mu wyciągnięcie się, zmniejszył się do swoich naturalnych rozmiarów.

„Świetnie sobie radzisz” – powiedział książę – „ale teraz ptasie gniazdo niewiele mi da. Potrzebuję kogoś, kto pokaże mi wyjście z tego lasu”.

„Hm” – powiedział Długonogi – „to całkiem prosta sprawa”.

Znów zaczął się wyciągać w górę, w górę i w górę, aż był trzy razy wyższy od najwyższej sosny w lesie. Rozejrzał się i powiedział: „Tam, w tamtym kierunku, jest najbliższe wyjście”.

Potem znów stał się mały, wziął konia za uzdę, ruszył naprzód i po chwili wyszli z lasu.

Przed nimi rozciągała się szeroka równina, a za nią mogli dostrzec wysokie, szare skały, które wyglądały jak mury wielkiego miasta, oraz góry porośnięte lasami.

Długonogi wskazał na równinę i powiedział: „Oto, panie, idzie mój towarzysz, który byłby dla ciebie bardzo przydatny. Powinieneś go również przyjąć na służbę”.

„Dobrze” – rzekł książę – „wezwij go tutaj, żebym mógł się dowiedzieć, co to za człowiek”.

„Jest za daleko, żeby go zawołać” – powiedział Długonogi. „Nie usłyszałby mojego głosu, a nawet gdyby usłyszał, długo by do nas nie dotarł, bo ma dużo do niesienia. Lepiej podejdę i sam go przyprowadzę”.

Mówiąc to, Długonogi wyciągnął się i wyciągnął, aż jego głowa zniknęła w chmurach. Zrobił dwa lub trzy kroki, dopadł towarzysza, posadził go sobie na ramieniu i zaprowadził do księcia.

Nowy mężczyzna był mocno zbudowany i okrągły jak beczka.

„Kim jesteś?” zapytał książę. „I co potrafisz?”

„Nazywam się Girth” – powiedział mężczyzna. „Potrafię się poszerzyć”.

„Pokaż mi, jak to robisz” – powiedział książę.

„Dobrze, panie” – powiedział Girth, zaczynając sapać – „Tak zrobię. Ale uważaj! Uciekaj do lasu tak szybko, jak potrafisz!”

Książę nie zrozumiał ostrzeżenia, ale widział, że Długonogi rzucił się do ucieczki, więc spiął konia i pogalopował za nim.

Dobrze zrobił, bo jeszcze chwila, a Girth zmiażdżyłby go i jego konia, tak szybko się rozprzestrzenił, tak ogromny się stał. W krótkim czasie wypełnił całą równinę, aż wyglądała, jakby zawaliła się na nią góra.

Gdy równina została całkowicie pokryta, przestał się rozszerzać, wziął głęboki oddech, który wstrząsnął drzewami w lesie, i powrócił do naturalnych rozmiarów.

„Zmusiłeś mnie do ucieczki!” – powiedział książę. „Mówię ci, że nie spotykam kogoś takiego jak ty codziennie! Koniecznie dołącz do mnie”.

Przeszli przez równinę i gdy zbliżyli się do skał, spotkali mężczyznę, który miał oczy zawiązane chustką.

„Mistrzu” – powiedział Długonogi – „oto mój drugi towarzysz. Przyjmij go też na służbę, a zapewniam cię, że nie pożałujesz chleba, który zje”.

„Kim jesteś?” zapytał książę. „I dlaczego masz zawiązane oczy? Nie widzisz, dokąd idziesz”.

„Wręcz przeciwnie, panie, to właśnie dlatego, że widzę za dobrze, muszę zawiązywać oczy. Z zawiązanymi oczami widzę równie dobrze, jak inni, którzy nie mają zawiązanych oczu. Kiedy zdejmuję chusteczkę, mój wzrok jest tak ostry, że przenika wszystko na wylot. Kiedy wpatruję się w coś uważnie, to się pali, a jeśli nie może się spalić, rozpada się na kawałki. Z powodu mojego wzroku nazywają mnie Bystrym”.

Rozwiązał chusteczkę, odwrócił się do jednego ze skał naprzeciwko i spojrzał na niego płonącymi oczami. Wkrótce skała zaczęła się kruszyć i rozpadać na kawałki. Po chwili zmieniła się w stertę piasku. W piasku coś błyszczało jak ogień. Keen podniósł to i podał księciu. Była to bryła czystego złota.

„Ha, ha!” powiedział książę. „Jesteś wspaniałym człowiekiem i wart więcej niż pensja! Byłbym głupcem, gdybym nie przyjął cię do służby. Skoro masz takie bystre oko, spójrz i powiedz mi, jak daleko jeszcze do Żelaznego Zamku i co się tam teraz dzieje”.

„Gdybyś pojechał tam sam” – odpowiedział Keen – „możesz tam dotrzeć w ciągu roku, ale z naszą pomocą dotrzesz tam jeszcze dziś. Nasze przybycie też nie jest niespodziewane, bo właśnie w tej chwili przygotowują dla nas kolację”.

„Co robi uwięziona księżniczka?”

„Siedzi w wysokiej wieży za żelazną kratą. Magik stoi na straży.”

„Jeśli jesteście prawdziwymi mężczyznami” – krzyknął książę – „to pomożecie mi ją uwolnić”.

Trzej towarzysze obiecali, że to zrobią.

Poprowadzili księcia prosto przez szare skały wąwozem, który Keen wyrzeźbił wzrokiem, i dalej, dalej, przez wysokie góry i gęste lasy. Cokolwiek stanęło na drodze, jeden z trzech towarzyszy zdołał to usunąć.

Późnym popołudniem przekroczyli ostatnią górę, zostawili za sobą ostatni fragment ciemnego lasu i ujrzeli przed sobą Żelazny Zamek.

Gdy słońce zaszło, książę i jego towarzysze przekroczyli most zwodzony i weszli do bramy dziedzińca. Most zwodzony natychmiast się uniósł, a brama zatrzasnęła się z hukiem.

Przeszli przez dziedziniec, a książę wstawił konia do stajni, gdzie znalazł już przygotowane miejsce. Potem cała czwórka śmiało wkroczyła do zamku.

Wszędzie – na dziedzińcu, w stajniach, a teraz także w różnych pomieszczeniach zamku – można było zobaczyć mnóstwo bogato odzianych mężczyzn, z których wszyscy, zarówno panowie, jak i słudzy, zostali zamienieni w kamień.

Przechodzili z sali do sali, aż dotarli do sali bankietowej. Była ona jasno oświetlona, ​​a stół, zastawiony obfitością jedzenia i napojów, był nakryty dla czterech osób. Czekali, spodziewając się, że ktoś się pojawi, ale nikt się nie pojawił. W końcu, zgłodniali, usiedli i zjedli i napili się z całych sił.

Po kolacji zaczęli rozglądać się za miejscem do spania. Wtedy, niespodziewanie, drzwi otworzyły się z hukiem i pojawił się magik. Był to zgarbiony starzec z łysą głową i siwą brodą sięgającą kolan. Ubrany był w długą czarną szatę, a zamiast pasa miał na biodrach trzy żelazne opaski.

Wprowadził piękną damę w bieli, ze srebrnym pasem i koroną z pereł. Jej twarz była śmiertelnie blada i smutna jak grób. Książę natychmiast ją rozpoznał i rzucił się jej na spotkanie. Zanim zdążył przemówić, magik uniósł rękę i powiedział:

„Wiem, po co tu przyszedłeś. Po to, żeby porwać tę księżniczkę. Dobrze, zabierz ją. Jeśli zdołasz jej strzec przez trzy noce, żeby ci nie uciekła, będzie twoja. Ale jeśli ci ucieknie, ty i twoi ludzie podzielicie los wszystkich, którzy tu byli przed wami, i zostaniecie zamienieni w kamień”.

Następnie gestem wskazał księżniczce miejsce, po czym odwrócił się i opuścił salę.

Książę nie mógł oderwać wzroku od księżniczki, była taka piękna. Próbował z nią rozmawiać, zadając jej mnóstwo pytań, ale nie dawała mu żadnej odpowiedzi. Mogła być jak marmur, bo nigdy się nie uśmiechała i nigdy na nikogo nie patrzyła.

Usiadł obok niej, zdecydowany czuwać całą noc, aby uniemożliwić jej ucieczkę. Dla większego bezpieczeństwa Długonogi rozciągnął się na podłodze jak pas i owinął się wokół ściany pokoju na całej długości. Girth usiadł w drzwiach i wydymał się, aż wypełnił przestrzeń tak całkowicie, że nawet mysz nie mogła się przez nią przecisnąć. Keen zajął miejsce przy filarze na środku sali.

Niestety, po chwili wszyscy poczuli się ociężali z powodu senności i ostatecznie przespali całą noc.

Rankiem, o świcie, książę obudził się i z bólem w sercu, niczym cios sztyletem, zobaczył, że księżniczka zniknęła. Natychmiast zbudził swoich ludzi i zapytał, co robić.

„Wszystko w porządku, panie, nie martw się” – powiedział Keen, długo patrząc przez okno. „Teraz ją widzę. Sto mil stąd jest las, w środku lasu rośnie prastary dąb, a na jego szczycie żołądź. Księżniczka to ten żołądź. Niech Długonogi weźmie mnie na ramiona, a my po nią pójdziemy”.

Długonogi podniósł Keena, wyciągnął się i ruszył. Pokonał dziesięć mil jednym krokiem i w czasie, jaki tobie lub mnie zajęłoby okrążenie chaty, oto wrócił z żołędziem w dłoni. Podał go księciu.

„Połóż to, panie, na podłodze.”

Książę upuścił żołądź i natychmiast pojawiła się księżniczka.

Gdy słońce wzeszło nad szczytami gór, drzwi zatrzasnęły się i wszedł magik. Na jego twarzy malował się przebiegły uśmiech. Ale gdy zobaczył księżniczkę, uśmiech zmienił się w grymas, warknął z wściekłości i – bum! – jedna z żelaznych obręczy na jego talii pękła. Wtedy złapał księżniczkę za rękę i pociągnął ją za sobą.

Przez cały dzień książę nie miał nic do roboty, tylko wędrować po zamku i przyglądać się wszystkim dziwnym i osobliwym rzeczom, które się w nim znajdowały. Wydawało się, jakby w jednej chwili wszelkie życie stanęło w miejscu. W jednej sali zobaczył księcia, który zamienił się w kamień, gdy wymachiwał mieczem. Miecz wciąż wznosił się w górę. W innej komnacie był kamienny rycerz, którego porwano w ucieczce. Potknął się na progu, ale jeszcze nie upadł. Służący siedział pod kominem i jadł kolację. Jedną ręką sięgał do ust kawałkiem pieczeni. Minęły dni, miesiące, a może i lata, a mięso jeszcze nie dotknęło jego ust. Było ich wielu, wszyscy wciąż w tej pozycji, w jakiej się znajdowali, gdy magik krzyknął: „Zamień się w kamień!”

Na dziedzińcu i w stajniach książę znalazł wiele pięknych koni, które spotkał ten sam los.

Na zewnątrz zamku wszystko było równie martwe i ciche. Rosły drzewa, ale nie miały liści, była rzeka, ale nie płynęła, a w jej wodach nie mogła żyć żadna ryba. Nigdzie nie było śpiewającego ptaka, ani jednego maleńkiego kwiatka.

Rano, w południe i podczas kolacji książę i jego towarzysze zastali przygotowaną bogatą ucztę. Niewidzialne ręce podawały im jedzenie i nalewały wino.

Po kolacji, tak jak poprzedniej nocy, drzwi otworzyły się z hukiem i magik wprowadził księżniczkę, którą oddał księciu, aby ją strzegł przez drugą noc.

Oczywiście książę i jego ludzie postanowili tym razem z całych sił zwalczyć senność. Jednak pomimo tej determinacji ponownie zasnęli. O świcie książę obudził się i zobaczył, że księżniczka zniknęła.

Podskoczył i potrząsnął Keenem za ramię.

„Obudź się, Keen, obudź się! Gdzie jest księżniczka?”

Keen przetarł oczy, spojrzał przez okno i powiedział:

„Widzę ją. Dwieście mil stąd jest góra, w górze jest skała, w skale drogocenny kamień. Ten kamień to księżniczka. Jeśli Długonogi mnie tam zaniesie, to ją dorwiemy.”

Długonogi posadził Keena na ramieniu, wyciągnął się, aż był w stanie przejść dwadzieścia mil jednym krokiem, i ruszył w drogę. Keen wbił swoje błyszczące oczy w górę, która rozpadła się. Wtedy skała, która była wewnątrz góry, rozbiła się na tysiąc kawałków, a wśród nich lśnił drogocenny kamień.

Podnieśli go i zanieśli z powrotem do księcia. Gdy tylko upuścił go na podłogę, księżniczka pojawiła się ponownie.

Kiedy magik wszedł i ją zastał, jego oczy zabłysły gniewem i – bum! – druga z jego żelaznych obręczy pękła i rozerwała się na kawałki. Z hukiem i warczeniem wyprowadził księżniczkę.

Ten dzień minął jak poprzedni. Po kolacji magik przyprowadził księżniczkę i, patrząc groźnie na księcia, zadrwił i powiedział: „Teraz zobaczymy, kto wygra, ty czy ja”.

Tej nocy książę i jego ludzie starali się bardziej niż kiedykolwiek nie zasnąć. Nie pozwolili sobie nawet usiąść, tylko szli dalej. Wszystko na próżno. Jeden po drugim zasypiali na stojąco, a księżniczka znów uciekła.

Rano książę, jak zwykle, obudził się pierwszy. Kiedy zobaczył, że księżniczka zniknęła, obudził Keena.

„Obudź się, Keen!” krzyknął. „Uważaj i powiedz mi, gdzie jest księżniczka”.

Tym razem Keen musiał długo patrzeć, zanim ją zobaczył.

„Panie, ona jest daleko. Trzysta mil stąd jest czarne morze. Na dnie tego morza jest muszla. W tej muszli jest złoty pierścień. Ten pierścień to księżniczka. Ale nie martw się, panie, dorwiemy ją. Tym razem niech Długonogi zabierze ze sobą Girtha, a także mnie, bo możemy go potrzebować”.

Długonogi posadził więc Keena na jednym ramieniu, a Obwód na drugim. Następnie wyciągnął się, aż był w stanie pokonać trzydzieści mil jednym krokiem. Kiedy dotarli do Morza Czarnego, Keen pokazał Długonogiemu, gdzie sięgnąć w wodzie po muszlę. Długonogi sięgnął tak głęboko, jak mógł, ale nie na tyle, by dotknąć dna.

„Zaczekajcie, towarzysze, zaczekajcie chwilę” – powiedział Girth. „Teraz moja kolej, żeby pomóc”.

Po tych słowach nadymał się i wydymał, jak najdalej mógł. Potem położył się na plaży i zaczął pić morze. Pił je tak wielkimi łykami, że wkrótce Długonogi mógł sięgnąć dna i wyciągnąć muszlę. Długonogi wyjął pierścień, a następnie, zarzucając towarzyszy na ramiona, ruszył z powrotem do zamku. Nie mógł iść szybko, bo Girth, z połową morza w żołądku, był bardzo ciężki. W końcu, w desperacji, Długonogi przewrócił Girtha do góry nogami i potrząsnął nim, a wielka równina, na którą go opróżnił, natychmiast zamieniła się w ogromne jezioro. Biedny Girth ledwo mógł się wygrzebać z wody i wrócić na ramię Długonogiego.

Tymczasem w zamku książę z wielkim niepokojem oczekiwał na swoich ludzi. Świtało, a oni wciąż nie przychodzili. Gdy pierwsze promienie słońca wystrzeliły ponad szczyty gór, drzwi zatrzasnęły się i magik stanął na progu. Rozejrzał się i widząc, że księżniczki nie ma, zaśmiał się szyderczo i wszedł do środka.

Ale w tej samej chwili rozległ się trzask tłuczonego okna, złoty pierścień upadł na podłogę i oto księżniczka! Keen w porę dostrzegł niebezpieczeństwo grożące księciu i Długonogi cisnął pierścień przez okno.

Magik wrzasnął z wściekłości, aż zamek zatrząsł się, a potem – bum! – trzecia żelazna obręcz pękła, a z tego, co kiedyś było magiem, wyleciała czarna wrona przez wybite okno i nigdy więcej jej nie widziano.

Piękna księżniczka natychmiast zarumieniła się jak róża, była w stanie przemówić i podziękować księciu za uratowanie jej.

Wszystko w zamku ożyło. Książę z uniesioną szablą dokończył cios i schował miecz do pochwy. Rycerz, który się potykał, upadł i podskoczył, trzymając się za nos, żeby sprawdzić, czy jeszcze go ma. Służący pod kominem włożył mu mięso do ust i jadł dalej. I tak każdy dokończył to, co robił w chwili zaklęcia. Konie również ożyły, tupały i rżały.

Drzewa wokół zamku pokryły się liśćmi. Łąki pokryły się kwiatami. Wysoko w niebie śpiewał skowronek, a w płynącej rzece pływały ławice maleńkich rybek. Wszystko znów ożyło, wszystko było szczęśliwe.

Przywróceni do życia rycerze zebrali się w sali, aby podziękować księciu za wybawienie. Książę jednak rzekł do nich:

„Nie masz mi za co dziękować. Gdyby nie oni, moi trzej wierni słudzy, Długonogi, Obręcz i Ostry, spotkałby mnie ten sam los co ciebie”.

Książę natychmiast wyruszył w drogę powrotną do domu ze swoją narzeczoną i trzema służącymi. Kiedy dotarł do domu, stary król, który uznał go za zaginionego, zapłakał z radości na widok jego niespodziewanego powrotu.

Wszyscy rycerze, których uratował książę, zostali zaproszeni na wesele, które odbyło się natychmiast i trwało trzy tygodnie.

Kiedy wszystko się skończyło, Długonogi, Obręcz i Ostry stawili się przed młodym królem i powiedzieli mu, że znów wyruszają w świat w poszukiwaniu pracy. Młody król namawiał ich, by zostali.

„Dam wam wszystko, czego potrzebujecie, dopóki żyjecie” – obiecał im – „i nie będziecie musieli się wcale wysilać”.

Ale takie bezczynne życie im nie odpowiadało. Pożegnali się więc i ruszyli w drogę powrotną, i do dziś gdzieś się włóczą.