Lu-San, Córka Nieba

Chińska Księga Cudów 22 stycznia 2015 r.
chiński
Średniozaawansowany
17 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Lu-san poszła spać bez kolacji, ale jej małe serduszko pragnęło czegoś więcej niż jedzenia. Przytuliła się do śpiących braci, ale nawet we śnie zdawali się odmawiać jej miłości, której tak bardzo pragnęła. Delikatne pluskanie wody o burty łodzi mieszkalnej, muzyka, która tak często usypiała ją w krainie snów, nie mogła jej teraz uciszyć. Wzgardzona i źle traktowana przez całą rodzinę, jej krótkie życie było pełne żalu i wstydu.

{Uwaga: Ilustrowaną wersję tej opowieści, a także inne chińskie opowieści, można przeczytać w naszej kolekcji Chińskie opowieści: Urzekająca kolekcja 24 chińskich opowieści ludowych i baśni , teraz dostępne na Amazon Kindle i w wersji papierowej.}

Ojciec Lu-sana był rybakiem. Jego życie było jedną długą walką z ubóstwem. Był ignorantem i nikczemnikiem. Nie żywił do żony i piątki dzieci więcej miłości niż do bezdomnych psów w rodzinnym mieście. Wielokrotnie groził, że utopi je wszystkie, a powstrzymywał go przed tym jedynie strach przed nowym mandarynem. Jego żona nie próbowała powstrzymać męża, gdy ten bił dzieci, aż padały na wpół martwe na pokład. W rzeczywistości sama była dla nich okrutna i często zadawała ostatni cios Lu-san, swojej jedynej córce. Ani jednego dnia, odkąd pamięta dziewczynka, nie uniknęła tego codziennego chłosty, ani razu rodzice nie okazali jej litości.

Pewnej nocy, od której zaczyna się ta historia, jej ojciec i matka, nie wiedząc, że Lu-san podsłuchuje, planowali, jak się jej pozbyć.

„Mandaryn dba tylko o chłopców” – powiedział szorstko. „Mężczyzna może zabić tuzin dziewcząt i nie pisnąć ani słowa”.

„Lu-san i tak się do niczego nie nadaje” – dodała matka. „Nasza łódź jest mała i zawsze ląduje w niewłaściwym miejscu”.

„Tak, i karmienie jej zajmuje tyle samo, co karmienie chłopca. Skoro tak mówisz, zrobię to jeszcze dziś wieczorem”.

„Dobrze” – odpowiedziała – „ale lepiej poczekaj, aż księżyc zajdzie”.

„Dobrze, żono, najpierw pozwolimy zajść księżycowi, a potem dziewczynie.”

Nic dziwnego, że małe serce Lu-san zabiło szybciej ze strachu, nie było bowiem żadnych wątpliwości co do znaczenia słów jej rodziców.

W końcu, gdy usłyszała ich chrapanie i wiedziała, że ​​oboje twardo śpią, wstała cicho, ubrała się i wspięła po drabinie prowadzącej na pokład. W sercu krążyła jej tylko jedna myśl: ratować się natychmiastową ucieczką. Nie miała żadnych dodatkowych ubrań, ani kęsa jedzenia, który mogłaby ze sobą zabrać. Poza łachmanami na plecach miała tylko jedną rzecz, którą mogła nazwać swoją – maleńki mydlany posąg bogini Kwan-yin, który znalazła pewnego dnia, spacerując po piasku. Był to jedyny skarb i zabawka jej dzieciństwa, i gdyby nie pilnowała go uważnie, matka odebrałaby jej nawet to. Och, jak pielęgnowała tego bożka i jak uważnie słuchała opowieści starego kapłana o Kwan-yin, Bogini Miłosierdzia, najlepszej przyjaciółce kobiet i dzieci, do której mogły się zawsze modlić w chwilach udręki.

Było już bardzo ciemno, gdy Lu-san podniosła klapę prowadzącą na zewnątrz i wyjrzała w noc. Księżyc właśnie zaszedł, a żaby rechotały wzdłuż brzegu. Powoli i ostrożnie pchnęła klapę, obawiając się, że nagły wiatr może obudzić śpiących albo, co gorsza, sprawić, że z hukiem upuści klapę. W końcu jednak stanęła na pokładzie, sama i gotowa do wyjścia w wielki świat. Gdy podeszła do burty łodzi, czarna woda nie napawała ją lękiem i wyszła na brzeg bez najmniejszego drżenia.

Teraz biegła szybko wzdłuż brzegu, chowając się w cieniu za każdym razem, gdy słyszała kroki, i w ten sposób kryjąc się przed przechodniami. Tylko raz jej serce zadrżało ze strachu. Ogromny piesek wybiegł na nią, szczekając wściekle. Warczący zwierzak nie był jednak niebezpieczny i widząc drżącą dziesięcioletnią dziewczynkę, prychnął z obrzydzeniem, że zauważył kogoś tak małego, i wrócił, by pilnować bramy.

Lu-san nie miała żadnych planów. Pomyślała, że ​​jeśli uda jej się uniknąć śmierci, o której mówili jej rodzice, będą zachwyceni, że ich opuściła i nie będą jej szukać. To nie swoich ludzi obawiała się więc, mijając rzędy ciemnych domów wzdłuż brzegu. Często słyszała, jak jej ojciec opowiada o strasznych czynach, do których dochodziło w wielu z tych barek mieszkalnych. Najciemniejszym wspomnieniem z dzieciństwa była noc, kiedy prawie zdecydował się sprzedać ją jako niewolnicę właścicielowi takiej łodzi, którą właśnie mijała. Jej matka zasugerowała, że ​​powinni poczekać, aż Lu-san trochę podrośnie, bo wtedy będzie warta więcej pieniędzy. Więc jej ojciec jej nie sprzedał. Ostatnio, być może, próbował i mu się nie udało.

Dlatego nienawidziła mieszkańców rzeki i pragnęła jak najszybciej minąć ich domy. Pędziła bez przerwy, ile sił w nogach. Uciekała jak najdalej od ciemnej wody, bo kochała jasne słońce i ląd.

Gdy Lu-san minęła ostatnią łódź mieszkalną, odetchnęła z ulgą i chwilę później padła na piasek, niczym mała kupka. Dopiero teraz zauważyła, jak jest samotnie. Tam, w oddali, było wielkie miasto z tysiącami śpiących. Żaden z nich nie był jej przyjacielem. Nie wiedziała nic o przyjaźni, bo nie miała towarzyszy zabaw. Dalej rozciągały się otwarte pola, śpiące wioski, nieznany świat. Ach, jaka była zmęczona! Jak daleko zaszła! Wkrótce, mocno ściskając cenny obraz w małej dłoni i szepcząc dziecięcą modlitwę do Kwan-yin, zasnęła.

Kiedy Lu-san się obudziła, zimny dreszcz przebiegł jej ciało, gdyż pochylała się nad nią obca osoba. Wkrótce ku swemu zdziwieniu zobaczyła, że ​​to kobieta ubrana w piękne szaty, jak te noszone przez księżniczki. Dziewczynka nigdy nie widziała tak idealnych rysów ani tak pięknej twarzy. Z początku, świadoma własnych brudnych łachmanów, skuliła się ze strachu, zastanawiając się, co się stanie, jeśli ta piękna istota dotknie jej i pobrudzi te smukłe, białe palce. Kiedy dziewczynka leżała drżąc na ziemi, miała ochotę rzucić się w ramiona wróżkowej istoty i błagać o litość. Tylko strach, że urocza istota zniknie, powstrzymał ją przed tym. W końcu, nie mogąc dłużej się powstrzymać, dziewczynka, pochylając się, wyciągnęła rękę do kobiety, mówiąc: „Och, jesteś taka piękna! Weź to, bo to ty musiałaś to zgubić w piasku”.

Księżniczka wzięła kamienną figurkę, przyjrzała się jej z ciekawością, a potem z nagłym zdziwieniem rzekła: „A czy wiesz, moje małe stworzenie, komu oddajesz swój skarb?”

„Nie” – odpowiedziało dziecko po prostu – „ale to jedyna rzecz, jaką mam na całym świecie, a ty jesteś taka śliczna, że ​​wiem, że należy do ciebie. Znalazłam ją na brzegu rzeki”.

Wtedy stało się coś dziwnego. Pełna wdzięku, królewska kobieta pochyliła się i wyciągnęła ręce do obdartego, brudnego dziecka. Maluch z okrzykiem radości skoczył naprzód; znalazł miłość, której tak długo szukał.

„Moje drogie dziecko, ten mały kamyk, który tak czule strzegłaś i który bez myśli o sobie dałaś mi – czy wiesz, czyją jest podobiznę?”

„Tak” – odpowiedziała Lu-san, a jej policzki znów nabrały rumieńców, gdy z zadowoleniem wtuliła się w ciepłe objęcia swojej nowej przyjaciółki. „To droga bogini Kwan-yin, ta, która uszczęśliwia dzieci”.

„Czy ta łaskawa bogini wniosła słońce do twojego życia, moja śliczna?” zapytała druga, a lekki rumieniec pokrył jej jasne policzki, gdy usłyszała niewinne słowa biednego dziecka.

„O tak, rzeczywiście; gdyby nie ona, nie uciekłbym dziś w nocy. Ojciec by mnie zabił, ale dobra pani z nieba wysłuchała mojej modlitwy i kazała mi nie spać. Kazała mi poczekać, aż zaśnie, a potem wstać i opuścić barkę.”

„A dokąd idziesz, Lu-san, skoro opuściłeś ojca? Nie boisz się być sam w nocy nad brzegiem tej wielkiej rzeki?”

„Nie, o nie! Bo Matka Boska mnie ochroni. Wysłuchała moich modlitw i wiem, że pokaże mi, dokąd iść”.

Pani objęła Lu-sana jeszcze mocniej, a w jej promiennym oku coś zabłysło. Łza spłynęła po jej policzku i spadła na główkę dziecka, ale Lu-san jej nie dostrzegł, bo zasnęła w ramionach swojego opiekuna.

Kiedy Lu-san się obudziła, leżała sama na łóżku w łodzi mieszkalnej, ale, o dziwo, nie przestraszyła się, że znów jest blisko rodziców. Promień słońca wpadł do pokoju, oświetlając twarz dziecka i oznajmiając mu, że nastał nowy dzień. W końcu usłyszała ciche głosy, ale nie wiedziała, kto je wypowiada. Potem, gdy dźwięki stały się głośniejsze, zrozumiała, że ​​rozmawiają rodzice. Ich mowa wydawała się jednak mniej ostra niż zwykle, jakby znajdowali się przy łóżku kogoś śpiącego, kogo nie chcieli obudzić.

„Dlaczego” – powiedział jej ojciec – „kiedy schyliłem się, żeby podnieść ją z łóżka, na jej twarzy pojawiło się dziwne światło. Dotknąłem jej ramienia i natychmiast moja ręka zwisła bezwładnie, jakby została postrzelona. Wtedy usłyszałem głos szepczący mi do ucha: »Co! Miałbyś rzucić swoje okrutne ręce na kogoś, kto sprawił, że łzy Kwan-yin popłynęły? Czy nie wiesz, że kiedy ona płacze, płaczą sami bogowie?«”

„Ja też słyszałam ten głos” – powiedziała matka drżącym głosem. „Słyszałam go i zdawało mi się, jakby setka nikczemnych diabłów kłuła mnie włóczniami, a przy każdym ukłuciu powtarzała te straszne słowa: «A czy zabiłbyś córkę bogów?»”

„To dziwne” – dodał – „pomyśleć, jak zaczęliśmy nienawidzić tego dziecka, skoro przez cały czas należało do innego świata niż nasz. Jakże podli musieliśmy być, skoro nie mogliśmy dostrzec jej dobroci”.

„Tak, i bez wątpienia za każdym razem, gdy ją uderzymy, Yama zada nam tysiąc ciosów za nasze zniewagi wobec bogów”.

Lu-san nie czekała dłużej, lecz wstała, by się ubrać. Jej serce płonęło miłością do wszystkiego wokół. Powie rodzicom, że im wybacza, powie im, jak bardzo ich kocha, pomimo całej ich niegodziwości. Ku jej zaskoczeniu nigdzie nie było widać podartych ubrań. Zamiast nich, po jednej stronie łóżka, znalazła najpiękniejsze szaty. Najdelikatniejsze jedwabie, lśniące kwiatami – tak śliczne, że pomyślała, iż musiały zostać zabrane z ogrodu bogów – były gotowe, by wsunąć je na jej małe ciałko. Ubierając się, ze zdziwieniem zauważyła, że ​​jej palce są zgrabne, a skóra miękka i gładka. Jeszcze dzień wcześniej jej dłonie były szorstkie i popękane od ciężkiej pracy i zimowego chłodu. Coraz bardziej zdumiona, pochylała się, by włożyć pantofle. Zamiast wczorajszych, znoszonych i brudnych bucików, czekały na nią najpiękniejsze satynowe pantofelki, gotowe na jej maleńkie stópki.

W końcu wspięła się po prymitywnej drabinie i o dziwo, wszystko, czego dotknęła, zdawało się zmieniać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niczym jej suknia. Wąskie, okrągłe stopnie drabiny stały się szerokimi stopniami z polerowanego drewna, a ona zdawała się wchodzić po wypolerowanych schodach jakiejś wróżkowej pagody. Gdy dotarła na pokład, wszystko się zmieniło. Poszarpana łata, która tak długo służyła jako żagiel, stała się pięknym płótnem, które dumnie unosiło się na rzecznej bryzie. Poniżej znajdowały się brudne kutry rybackie, do których Lu-san była przyzwyczajona, ale tutaj stał majestatyczny statek, większy i piękniejszy niż wszystkie, o jakich kiedykolwiek marzyła, statek, który powstał jakby za dotknięciem jej stóp.

Po kilku minutach poszukiwań rodziców znalazła ich drżących w kącie, z wyrazem wielkiego strachu na twarzach. Byli ubrani w łachmany, jak zwykle, i nic się nie zmienili, poza tym, że ich dzikie twarze zdawały się nieco złagodnieć. Lu-san podszedł do nieszczęsnej grupy i skłonił się nisko.

Jej matka próbowała przemówić; jej usta poruszały się, ale nie wydawała żadnego dźwięku: była tak przerażona, że ​​oniemiała.

„Bogini, bogini!” mruknął ojciec, pochylając się trzy razy i uderzając głową o pokład. Bracia ukryli twarze w dłoniach, jakby oślepiony nagłym blaskiem słońca.

Lu-san na chwilę zamilkła. Potem wyciągnęła rękę i dotknęła ramienia ojca. „Nie poznajesz mnie, ojcze? To Lu-san, twoja córeczka”.

Mężczyzna spojrzał na nią ze zdumieniem. Całe jego ciało drżało, usta drżały, a na jego surowej, brutalnej twarzy malował się dziwny blask. Nagle pochylił się i dotknął czołem jej stóp. Matka i synowie poszli w jego ślady. Potem wszyscy spojrzeli na nią, jakby czekali na jej rozkaz.

„Mów, ojcze” – powiedział Lu-san. „Powiedz, że mnie kochasz, i powiedz, że nie zabijesz swojego dziecka”.

„Córko bogów, a nie moja” – mruknął, po czym zamilkł, jakby bał się mówić dalej.

„Co się stało, ojcze? Nie lękaj się.”

„Najpierw powiedz mi, że mi wybaczasz.”

Dziecko położyło lewą rękę na czole ojca, a prawą uniosło nad głowami pozostałych. „Jak Bogini Miłosierdzia obdarzyła mnie swoją łaską, tak ja w jej imieniu obdarzam was miłością niebios. Żyjcie w pokoju, moi rodzice. Bracia, nie mówcie gniewnych słów. Och, moi drodzy, niech radość będzie wami na zawsze. Gdy tylko miłość będzie rządzić waszym życiem, ten statek i wszystko, co się na nim znajduje, będzie wasze”.

W ten sposób Lu-san odmieniła swoich bliskich. Nieszczęśliwa rodzina, która żyła w ubóstwie, teraz cieszyła się pokojem i szczęściem. Początkowo nie wiedzieli, jak żyć zgodnie z zaleceniami Lu-san. Ojciec czasami tracił panowanie nad sobą, a matka rzucała złośliwe słowa; ale w miarę jak nabierali mądrości i odwagi, wkrótce zaczęli dostrzegać, że rządzić musi tylko miłość.

Przez cały ten czas wielka łódź płynęła w górę i w dół rzeki. Jej załoga spełniała każde życzenie Lu-sana. Zarzucane za burtę sieci zawsze były wyciągane z powrotem, pełne największych, najwspanialszych ryb. Ryby te sprzedawano na miejskich targowiskach i wkrótce ludzie zaczęli mówić, że Lu-san jest najbogatszym człowiekiem w całym kraju.

Pewnego pięknego dnia, podczas Drugiego Księżyca, rodzina właśnie wróciła ze świątyni. Były urodziny Kwan-yin i prowadzeni przez Lu-sana, z radością udali się, by oddać cześć bogini. Właśnie wsiedli na pokład statku, gdy ojciec Lu-sana, który patrzył na zachód, nagle zawołał rodzinę do siebie. „Patrzcie!”, wykrzyknął. „Co to za ptak tam na niebie?”

Spojrzawszy, zobaczyli, że dziwny obiekt zbliża się coraz bardziej, zmierzając prosto w stronę statku. Wszyscy byli podekscytowani, z wyjątkiem Lu-san. Była spokojna, jakby czekała na coś, na co od dawna czekała.

„To stado gołębi” – krzyknął zdziwiony ojciec – „wygląda na to, że coś ciągną przez powietrze”.

W końcu, gdy ptaki przeleciały tuż nad statkiem, zaskoczeni obserwatorzy zobaczyli, że pod ich skrzydłami unosi się wspaniały fotel, cały w bieli i złocie, jeszcze bardziej olśniewający niż ten, w którym – jak im się śniło – zasiadał sam Imperator na Smoczym Tronie. Wokół każdego śnieżnobiałego karku zawieszony był długi, szczerozłoty pas, a jedwabne wstążki były przywiązane do fotela w taki sposób, by unosił się w powietrzu, gdziekolwiek jego lekkoskrzydłe ptaszki zechcą polecieć.

Zniżało się, zniżało, nad magicznym naczyniem opadało puste krzesło, a gdy opadało, deszcz śnieżnobiałych lilii spadł u stóp Lu-san, aż ona, królowa wszystkich kwiatów, została niemal pogrzebana. Gołębie zawisły na chwilę nad jej głową, a potem delikatnie opuściły swój ciężar, aż znalazł się tuż przed nią.

Pożegnawszy się z ojcem i matką, Lu-san wsiadła do wróżkowego wozu. Gdy ptaki zaczęły się wzbijać w powietrze, z chmur dobiegł głos dźwięczny niczym najłagodniejsza muzyka: „Tak oto Kwan-yin, Matko Miłosierdzia, nagradza Lu-san, córę ziemi. Z pyłu wyrastają kwiaty; z gleby rodzi się dobroć. Lu-san! Łza, którą wyciągnęłaś z oka Kwan-yin, spadła na suchą ziemię i zmiękczyła ją; dotknęła serc tych, którzy cię nie kochali. Córko ziemi, która już nie istnieje, wznieś się do Zachodniego Nieba, by zająć tam miejsce wśród wróżek, by zabłysnąć gwiazdą w lazurowych królestwach na niebie”.

Gdy gołębie Lu-san zniknęły na odległym niebie, jej latający wóz spowijało różowe światło. Tym, którzy patrzyli z zachwytem, ​​wydawało się, że bramy niebios otwierają się, by ją przyjąć. W końcu, gdy zniknęła im z oczu, nagle na ziemi zapadła ciemność, a oczy wszystkich, którzy patrzyli, zaszły łzami.