O: Car Lasu

Robert Nisbet Bain September 2, 2015
ukraiński
Średniozaawansowany
21 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Dawne czasy nie były takie jak te, w których żyjemy. W dawnych czasach grasowały wszelkiego rodzaju Złe Moce. Sam świat nie był wtedy taki, jaki jest teraz: teraz nie ma wśród nas takich Złych Mocy. Opowiem wam kazkę (historię) o O, Carze Lasu, abyście wiedzieli, jakim był człowiekiem.

„Wszelkiego rodzaju złe moce krążyły”. Ilustracja autorstwa Noela Laury Nisbeta. Opublikowano w „Bajkach Kozackich”. 1916. George Harap.

„Wszelkiego rodzaju złe moce krążyły”. Ilustracja Noela Laury Nisbeta. Opublikowano w „Bajkach Kozackich”. 1916. George Harap.

Dawno, dawno temu, poza czasami, które możemy sobie przypomnieć, zanim jeszcze nasi pradziadkowie, a może i ich dziadkowie, przybyli na świat, żył sobie biedny człowiek i jego żona. Mieli jedynego syna, który nie był taki, jakim jedynak powinien być dla swoich starych rodziców. Tak leniwy i bezczynny był ten jedyny syn, że niech go Bóg ma w swojej opiece! Nic nie robił, nawet nie nosił wody ze studni, tylko całymi dniami leżał na piecu i tarzał się w ciepłym popiele.

Jeśli dawali mu coś do jedzenia, jadł; a jeśli nie dawali mu nic do jedzenia, objadał się. Jego ojciec i matka bardzo się o niego martwili i mówili: „Co mamy z tobą zrobić, synu? Przecież jesteś do niczego. Cudze dzieci są oparciem i podporą dla rodziców, a ty jesteś głupcem i zjadasz nasz chleb za darmo”. Ale to nic nie dało. Nie chciał nic robić, tylko siedzieć na piecu i bawić się popiołem. Tak więc jego ojciec i matka smucili się nad nim przez wiele długich dni, aż w końcu matka rzekła do ojca: „Co mamy zrobić z naszym synem? Widzisz, że wyrósł, a jednak nie jest nam potrzebny, i jest tak głupi, że nic nie możemy z nim zrobić. Słuchaj, jeśli możemy go odprawić, to odprawmy; jeśli możemy go wynająć, to wynajmijmy; może inni będą mogli z nim zrobić więcej niż my”.

Więc jego ojciec i matka położyli głowy razem i wysłali go do krawca, aby nauczył się krawiectwa. Tam pozostał trzy dni, ale potem uciekł do domu, wdrapał się na piec i znowu zaczął bawić się żużlem. Jego ojciec wtedy dał mu solidne lanie i wysłał go do szewca, aby nauczył się szewstwa, ale on znowu uciekł do domu. Jego ojciec dał mu kolejne lanie i wysłał go do kowala, aby nauczył się kowalskiego fachu. Ale tam również nie pozostał długo, ale uciekł znowu do domu, więc co miał zrobić ten biedny ojciec? „Powiem ci, co z tobą zrobię, ty psi synu!” powiedział. „Zabiorę cię, leniwy głupcze, do innego królestwa. Tam może będą mogli cię nauczyć lepiej niż tutaj, a to będzie dla ciebie za daleko, aby uciec do domu”. Więc wziął go i wyruszył w podróż.

Szli dalej i dalej, zaszli krótko i daleko, aż w końcu dotarli do lasu tak ciemnego, że nie widzieli ani ziemi, ani nieba. Przeszli przez ten las, ale wkrótce bardzo się zmęczyli i gdy dotarli do ścieżki prowadzącej na polanę pełną wielkich pni drzew, ojciec rzekł: „Jestem tak zmęczony, że odpocznę tu trochę”, po czym usiadł na pniu i zawołał: „Och, jaki jestem zmęczony!”. Ledwie wypowiedział te słowa, z pnia drzewa, nikt nie potrafił powiedzieć jak, wyskoczył taki mały, mały staruszek, cały pomarszczony i pomarszczony, a jego broda była całkiem zielona i sięgała mu aż do kolan.––„Czego ode mnie chcesz, człowieku?” zapytał.––Człowiek zdumiał się dziwnością jego pojawienia się i rzekł do niego: „Nie wołałem cię; odejdź!”––„Jak możesz tak mówić, skoro mnie wołałeś?” zapytał mały staruszek.

––„Kim więc jesteś?” zapytał ojciec.––„Jestem O, Car Lasu”, odpowiedział starzec; „czemu mnie zawołałeś, pytam?”––„Precz z tobą, nie wołałem cię”, powiedział mężczyzna.––„Co! Nie zawołałeś mnie, kiedy powiedziałeś „Och”?”––„Byłem zmęczony, dlatego powiedziałem „Och”!” odpowiedział mężczyzna.––„Dokąd idziesz?” zapytał Och.––„Szeroki świat przede mną”, westchnął mężczyzna. „Zabieram tego nędznego głupka, żeby go komuś wynająć. Być może inni ludzie będą w stanie wbić mu do głowy więcej rozumu niż my w domu; ale poślij go, gdzie chcemy, on zawsze wraca biegiem do domu!”––„Wynajmij go do mnie. Założę się, że go nauczę”, powiedział Och. „Wezmę go jednak tylko pod jednym warunkiem. Wrócisz po niego po roku, a jeśli go jeszcze raz poznasz, możesz go zabrać; ale jeśli go nie poznasz, będzie służył u mnie jeszcze rok.” – „Dobrze!” – krzyknął mężczyzna. Uścisnęli sobie dłonie, wypili dobry kieliszek, żeby sfinalizować umowę, a mężczyzna wrócił do domu, a Oh zabrał syna ze sobą.

Oh zabrał syna ze sobą i przeszli do innego świata, świata pod ziemią, i dotarli do zielonej chaty wyplecionej z sitowia, a w tej chacie wszystko było zielone; ściany były zielone i ławki były zielone, i żona Oha była zielona i jego dzieci były zielone – w istocie, wszystko tam było zielone. A Oh miał rusałki jako służące, i wszystkie były zielone jak ruta. „Usiądź teraz!” powiedział Oh do swojego nowego robotnika, „i zjedz coś”. Rusałki przyniosły mu wtedy trochę jedzenia, które również było zielone, i zjadł je. „A teraz”, powiedział Oh, „zaprowadź mojego robotnika na dziedziniec, żeby mógł rąbać drewno i nabrać wody”.

Zaprowadzili go więc na dziedziniec, lecz zamiast rąbać drewno, położył się i zasnął. Oh wyszedł, by zobaczyć, jak mu idzie, a on tam leżał i chrapał. Wtedy Oh chwycił go i kazał przynieść drewno i przywiązać jego robotnika do drewna, a następnie podpalił drewno, aż robotnik spłonął na popiół. Wtedy Oh wziął popiół i rozrzucił go na cztery wiatry, lecz z popiołu wypadł jeden kawałek spalonego węgla, który skropił żywą wodą, po czym robotnik natychmiast stanął tam żywy i nieco przystojniejszy i silniejszy niż przedtem. Oh ponownie kazał mu rąbać drewno, ale on znowu zasnął. Potem Oj przywiązał go znowu do drzewa i spalił, a popioły rozrzucił na cztery wiatry i resztę węgla pokropił żywą wodą, a zamiast nieokrzesanego błazna stanął tak przystojny i krzepki Kozak, że podobnego nie da się ani wyobrazić, ani opisać, można go jedynie poznać z opowieści.

Tam więc chłopiec pozostał przez rok, a pod koniec roku ojciec przyjechał po syna. Przybył do tych samych zwęglonych pni w tym samym lesie, usiadł i powiedział: „Och!”. Och natychmiast wyszedł ze zwęglonego pnia i powiedział: „Witaj! O człowieku!” – „Witaj, Och!” – „A czego chcesz, o człowieku?” zapytał Och. – „Przyszedłem” – powiedział – „po mojego syna”. – „No to chodź! Jeśli go jeszcze raz poznasz, zabierzesz go; ale jeśli go nie poznasz, będzie służył ze mną jeszcze rok”. Więc człowiek poszedł z Och. Przyszli do jego chaty, a Och wziął całe garście prosa i rozrzucił je, a miriady kogutów przybiegły i dziobały je. „Cóż, czy poznajesz jeszcze swojego syna?” powiedział Och. Człowiek patrzył i patrzył. Nie było nic poza kogutami, a jeden kogut był zupełnie podobny do drugiego. Nie mógł rozpoznać syna. „No cóż”, powiedział Oh, „skoro go nie znasz, wracaj do domu; w tym roku twój syn musi pozostać w mojej służbie”. I człowiek wrócił do domu.

Minął drugi rok i człowiek znów poszedł do O. Doszedł do zwęglonych pni i zawołał: „O!”, a O. znów wyskoczył z pnia. „Chodź!”, powiedział, „i zobacz, czy teraz go rozpoznasz”. Potem zaprowadził go do owczarni, gdzie stały rzędy baranów, a każdy baran był do siebie podobny. Człowiek wpatrywał się i wpatrywał, ale nie mógł dostrzec syna. „Równie dobrze możesz wrócić do domu”, powiedział O., „ale twój syn będzie mieszkał ze mną jeszcze rok”. I człowiek odszedł, zasmucony na sercu.

Trzeci rok również minął i człowiek znów przyszedł, by odnaleźć Oh. Szedł i szedł, aż spotkał starca, białego jak mleko, a szata tego starca lśniła bielą. „Witaj, człowieku!” powiedział. – „Witaj również, ojcze!” – „Dokąd cię Bóg prowadzi?” – „Zamierzam uwolnić mojego syna od Oh.” – „Jak to?” – Wtedy człowiek opowiedział staremu, białemu ojcu, jak wynajął swojego syna Oh i na jakich warunkach. – „Tak, tak!” powiedział stary biały ojciec, „masz do czynienia z podłym poganinem; będzie cię wodził za nos przez długi czas.”––„Tak,” powiedział człowiek, „rozumiem, że to podły poganin; ale nie wiem, co z nim zrobić. Czy nie możesz mi więc powiedzieć, drogi ojcze, jak mogę odzyskać mojego syna?”––„Tak, mogę,” powiedział starzec.––„Więc powiedz mi, drogi ojcze, a będę się modlił za ciebie do Boga przez całe moje życie, bo chociaż nie był dla mnie zbyt dobrym synem, nadal jest moim ciałem i krwią.”––„Słuchaj więc!” powiedział starzec; „kiedy pójdziesz do Och, on wypuści przed tobą mnóstwo gołębi, ale nie wybieraj żadnego z tych gołębi. Gołąb, którego wybierzesz, musi być tym, który nie wyleci, ale pozostanie siedząc pod gruszą i przycina sobie pióra; to będzie twój syn.” Następnie mężczyzna podziękował staremu, białemu ojcu i poszedł dalej.

Doszedł do zwęglonych pni. „Och!” krzyknął i wyszedł Och i zaprowadził go do jego leśnego królestwa. Tam Och rozrzucił garście pszenicy i zawołał swoje gołębie, a tam zleciało ich takie mnóstwo, że nie można było ich zliczyć, a jeden gołąb był taki sam jak drugi. „Czy poznajesz swego syna?” zapytał Och. „Jeśli go znasz, jest twój; jeśli go nie znasz, jest mój”. Teraz wszystkie gołębie tam dziobały pszenicę, wszystkie oprócz jednego, który siedział samotnie pod gruszą, wystawiając pierś i przycinając pióra. „To mój syn”, powiedział człowiek.––„Skoro go odgadłeś, weź go”, odpowiedział Och. Wtedy ojciec wziął gołębicę, a natychmiast zamieniła się w przystojnego młodzieńca, a przystojniejszego nie można było znaleźć w szerokim świecie. Ojciec bardzo się uradował, objął go i ucałował. „Chodźmy do domu, mój synu!” powiedział. I poszli.

Idąc razem drogą, zaczęli rozmawiać, a ojciec zapytał go, jak mu poszło u Oha. Syn mu opowiedział. Wtedy ojciec opowiedział synowi, co wycierpiał, i przyszła kolej syna, by słuchać. Ojciec rzekł jeszcze: „Co teraz zrobimy, mój synu? Jestem biedny, a ty jesteś biedny: czyżbyś przepracował te trzy lata i nic nie zarobił?” – „Nie martw się, drogi tato, wszystko w końcu będzie dobrze. Spójrz! Młodzi szlachcice polują na lisa. Zamienię się w charta i złapię lisa, wtedy młodzi szlachcice zechcą mnie od ciebie wykupić, a ty musisz mnie im sprzedać za trzysta rubli – tylko pamiętaj, sprzedaj mnie bez łańcucha; wtedy będziemy mieli dużo pieniędzy w domu i będziemy żyli szczęśliwie razem!”

Szli dalej i dalej, a tam, na skraju lasu, psy goniły lisa. Gonili go i gonili, ale lis wciąż uciekał, a psy nie mogły go dogonić. Wtedy syn przemienił się w charta, dogonił lisa i zabił go. Wtedy szlachcice wybiegli galopem z lasu. „Czy to twój chart?” – „Tak.” – „To dobry pies; sprzedasz nam go?” – „Licytuj!” – „Czego chcesz?” – „Trzysta rubli bez łańcucha.” – „Czego chcemy za twój łańcuch, dalibyśmy mu złoty łańcuch. Powiedz sto rubli!” – „Nie!” – „To weź swoje pieniądze i daj nam psa.” Przeliczyli pieniądze, wzięli psa i ruszyli na polowanie. Wysłali psa za kolejnym lisem. Odszedł więc i pognał za nim aż do lasu, lecz potem znów zmienił się w młodzieńca i dołączył do swego ojca.

Szli i szli, a ojciec rzekł do niego: „Po co nam te pieniądze? Ledwo starczają na rozpoczęcie prowadzenia domu i remontu naszej chaty”. – „Nie martw się, drogi tato, jeszcze więcej dostaniemy. Tam, młodzi szlachcice polują na przepiórki z sokołami. Przemienię się w sokoła, a ty musisz mnie im sprzedać; tylko za trzysta rubli, i bez kaptura”.

Poszli na równinę, a tam byli młodzi szlachcice rzucający swoim sokołem na przepiórkę. Sokół gonił, ale zawsze nie dosięgał przepiórki, a przepiórka zawsze wymykała się sokołu. Syn zamieniał się wtedy w sokoła i natychmiast powalał ofiarę. Młodzi szlachcice to widzieli i byli zdumieni. „Czy to twój sokół?”––„To mój.”––„Sprzedaj nam go!”––„Licytuj!”––„Ile chcesz za niego?”––„Jeśli dasz trzysta rubli, możesz go wziąć, ale musi być bez kaptura.”––„Jakbyśmy chcieli twojego kaptura! Zrobimy za niego kaptur godny cara.” Więc targowali się i targowali, ale w końcu dali mu trzysta rubli. Wtedy młodzi szlachcice posłali sokoła za kolejną przepiórką, a on leciał i leciał, aż powalił swoją ofiarę; ale potem znów stał się młodzieńcem i poszedł za swoim ojcem.

„Jak my damy radę żyć z tak małą ilością?” powiedział ojciec. – „Poczekaj chwilę, tato, a będziemy mieli jeszcze więcej” – powiedział syn. – „Kiedy przejdziemy przez jarmark, przemienię się w konia, a ty musisz mnie sprzedać. Dadzą ci za mnie tysiąc rubli, tylko sprzedaj mnie bez postronka”. Kiedy więc dotarli do następnego miasteczka, gdzie odbywał się jarmark, syn przemienił się w konia, konia giętkiego jak wąż i tak ognistego, że zbliżanie się do niego było niebezpieczne. Ojciec prowadził konia za postronek; koń podskakiwał i kopytami krzesał iskry z ziemi. Wtedy handlarze koni zebrali się i zaczęli się o niego targować. „Tysiąc rubli precz” – powiedział – „i możesz go mieć, ale bez postronka”. – „Po co nam twój postronek? Zrobimy ci za niego postronek ze srebra i złota. Chodź, damy ci pięćset!” – „Nie!” powiedział. Wtedy podszedł Cygan, ślepy na jedno oko. „O człowieku! Ile chcesz za tego konia?” powiedział.––„Tysiąc rubli bez postronka.”––„Nie! Ależ to drogie, ojczulku! Nie weźmiesz pięciuset z postronkiem?”––„Nie, ani trochę!”––„Weź sześćset!” Wtedy Cygan zaczął się targować, ale mężczyzna nie chciał ustąpić. „Chodź, sprzedaj go” powiedział, „z postronkiem.”––„Nie, ty Cyganie, podoba mi się ten postronek.”––„Ale, mój dobry człowieku, kiedy widziałeś, żeby sprzedawali konia bez postronka? Jak więc można go uprowadzić?”––„Mimo to postronek musi pozostać mój.”––„Słuchaj, ojcze, dam ci pięć rubli więcej, tylko muszę mieć postronek.”––Starzec zamyślił się. „Taki kantar jest wart tylko trzy grywny (monety), a Cygan oferuje mi za niego pięć rubli; niech go weźmie”. Dobili więc targu dobrym trunkiem, starzec wrócił do domu z pieniędzmi, a Cygan odszedł z koniem. Ale to nie był prawdziwy Cygan, tylko Och, który przybrał postać Cygana.

Wtedy Oh odjechał na koniu, a koń poniósł go wyżej niż drzewa w lesie, ale niżej niż chmury na niebie. W końcu zniknęli w lesie i dotarli do chaty Oh, a Oh wszedł do swojej chaty i zostawił konia na zewnątrz, na stepie. „Ten psi syn nie wymknie się mi tak szybko po raz drugi” – powiedział do żony. O świcie Oh wziął konia za uzdę i poprowadził go nad rzekę, aby go napoić. Lecz ledwie koń dotarł do rzeki i schylił głowę, aby się napić, zamienił się w okonia i zaczął odpływać. Oh, bez dalszych ceregieli, zamienił się w szczupaka i pobiegł za okoniem. Lecz gdy szczupak był już prawie z nim, okoń nagle się obrócił i wysunął swoje kolczaste płetwy, i obrócił ogon w stronę szczupaka, tak że szczupak nie mógł go złapać. Kiedy więc szczupak podpłynął do niego, powiedział: „Okoń! Okoń! Odwróć się ku mnie, chcę z tobą pogawędzić!” – „Słyszę cię doskonale, drogi kuzynie, jeśli masz ochotę pogawędzić” – powiedział okoń. Wyruszyli więc ponownie, a szczupak ponownie dogonił okonia. „Okoń! Okoń! Odwróć się ku mnie, chcę z tobą pogawędzić!” Wtedy okoń ponownie wysunął swoje szczeciniaste płetwy i powiedział: „Jeśli chcesz pogawędzić, drogi kuzynie, słyszę cię równie dobrze jak ja”. Więc szczupak nadal gonił okonia, ale na próżno. W końcu okoń dopłynął do brzegu, a tam carywna (córka cara) strugała gałązkę jesionu. Okoń zamienił się w złoty pierścień wysadzany granatami, a carywna to zauważyła i wyłowiła pierścień z wody. Pełna radości wzięła go do domu i rzekła do ojca: „Patrz, kochany tato! Jaki ładny pierścionek znalazłam!” Car ją pocałował, ale caryca nie wiedziała, na który palec będzie pasował, był tak śliczny.

Mniej więcej w tym samym czasie powiedzieli carowi, że pewien kupiec przybył do pałacu. To był Och, który przemienił się w kupca. Car wyszedł do niego i zapytał: „Czego chcesz, starcze?” – „Płynąłem po morzu na moim statku” – powiedział Och – „i wiozłem carowi mojego kraju cenny pierścień z granatem, a ten pierścień wpadł mi do wody. Czy któryś z twoich sług przypadkiem znalazł ten cenny pierścień?” – „Nie, ale moja córka znalazła” – powiedział car. Zawołali więc pannę, a Och zaczął ją błagać, aby mu go oddała, „bo mogę nie żyć na tym świecie, jeśli nie przyniosę pierścienia” – powiedział. Ale to na nic się zdało, nie chciała go oddać.

Wtedy sam car przemówił do niej. „Nie, ale, droga córko, odpuść, bo nieszczęście spadnie na tego człowieka z naszego powodu; odpuść, powiadam!” Wtedy Oh błagała i prosiła ją jeszcze bardziej, mówiąc: „Weź ode mnie, co chcesz, tylko oddaj mi pierścień”. – „Nie, więc” – rzekła carywna – „nie będzie ani mój, ani twój” – i z tym rzuciła pierścień na ziemię, a ten zamienił się w stertę ziaren prosa i rozsypał się po całej podłodze. Wtedy Oh, bez dalszych ceregieli, zamienił się w koguta i zaczął dziobać całe ziarno. Dziobał i dziobał, aż wydziobał wszystko. Jednak było jedno małe ziarenko prosa, które potoczyło się tuż pod nogami carylnej, a on tego nie widział. Kiedy skończył dziobać, wszedł na parapet, rozpostarł skrzydła i natychmiast poleciał.

Ale jedno pozostałe ziarenko prosa przemieniło się w najpiękniejszego młodzieńca, młodzieńca tak pięknego, że gdy carywna go ujrzała, zakochała się w nim od razu i błagała cara i carycę z wielkim żalem, by pozwolili jej go poślubić. „Z nikim innym nigdy nie będę szczęśliwa”, powiedziała, „moje szczęście jest w nim samym!” Przez długi czas car marszczył brwi na myśl o oddaniu córki prostemu młodzieńcowi; ale w końcu dał im swoje błogosławieństwo, a oni ukoronowali ich wieńcami weselnymi, a cały świat został zaproszony na ucztę weselną. Ja też tam byłem, piłem piwo i miód, a czego nie mogłem utrzymać w ustach, spływało mi po brodzie, a serce we mnie radowało się.