Dawno, dawno temu, w małej chatce pośród nagiego, brązowego, samotnego wrzosowiska, mieszkały staruszka i młoda dziewczyna. Staruszka była zwiędła, kwaśna i niema. Młoda dziewczyna była słodka i świeża jak rozwijający się pączek róży, a jej głos dźwięczał melodyjnie jak szmer strumienia w lesie w upalne letnie dni. Mała chatka, zbudowana z ciasno splecionych gałęzi, miała kształt ula.
W centrum chaty płonął ogień dniem i nocą od końca roku do końca roku, choć nigdy nie był dotykany ani pielęgnowany ludzką ręką. W chłodne zimowe dni i noce dawał światło i ciepło, które czyniły chatę przytulną i ciepłą, lecz w letnie noce i dnie dawał tylko światło. Z głowami zwróconymi do ściany chaty i nogami w stronę ognia stały dwie leżanki – jedna z prostej drewnianej konstrukcji, na której spała staruszka; druga należała do Finoli. Była z dębu bagiennego, wypolerowana jak lustro, a na niej rzeźbione były kwiaty i ptaki wszelkiego rodzaju, które błyszczały i lśniły w świetle ognia. Ta leżanka była godna księżniczki, a księżniczką była Finola, choć sama o tym nie wiedziała.
Za chatą, nagie, brązowe, samotne wrzosowisko ciągnęło się kilometrami z każdej strony, ale od wschodu graniczyło z pasmem gór, które w ciągu dnia wydawały się Finoli niebieskie, lecz przybierały setki zmieniających się barw, gdy słońce zachodziło. Nigdzie nie było widać domu, ani drzewa, ani kwiatu, ani śladu jakiejkolwiek żywej istoty. Od rana do nocy, ani brzęczenie pszczół, ani śpiew ptaków, ani głos człowieka, ani żaden dźwięk nie dotarł do uszu Finoli. Gdy burza była w powietrzu, wielkie fale grzmiały o brzeg za górami, a wiatr wył w dolinach; ale gdy pędził przez wrzosowisko, tracił głos i przemijał tak cicho, jak umarli. Początkowo cisza przerażała Finolę, ale po pewnym czasie przyzwyczaiła się do niej i często przerywała ją rozmowami do siebie i śpiewem.
Jedyną osobą, oprócz staruszki, jaką Finola kiedykolwiek widziała, był niemy krasnolud, który na zepsutym koniu przychodził raz w miesiącu do chaty, przywożąc ze sobą worek zboża dla staruszki i Finoli. Chociaż nie mógł z nią rozmawiać, Finola zawsze cieszyła się na widok krasnoluda i jego starego konia, a także dawała im ciasto upieczone własnoręcznie białymi rękoma. Krasnolud oddałby życie za małą księżniczkę, tak bardzo ją kochał, a jego serce często było ciężkie i smutne, gdy myślał o jej umierającej na samotnym wrzosowisku.
Zdarzyło się, że pewnego dnia przyszedł, a ona, jak zwykle, nie wyszła mu na powitanie. Dał znaki staruszce, ale ona chwyciła kij i uderzyła go, uderzyła konia i odjechała; lecz gdy odchodził, dostrzegł Finolę w drzwiach chaty i zobaczył, że płacze. Ten widok tak go zasmucił, że nie mógł myśleć o niczym innym poza jej smutną twarzą, którą zawsze widywał tak jasno, i pozwolił staremu koniowi iść dalej, nie zwracając uwagi na to, dokąd idzie. Nagle usłyszał głos mówiący: „Czas, żebyś przyszedł”.
Karzeł spojrzał i zobaczył tuż przed sobą, u stóp zielonego wzgórza, małego człowieczka, niemal w połowie tak dużego jak on, ubranego w zieloną kurtkę z mosiężnymi guzikami i czerwoną czapkę z frędzlem.
„Czas, żebyś przyszedł” – powiedział po raz drugi – „ale i tak jesteś mile widziany. Zsiądź z konia i wejdź ze mną, abym mógł dotknąć twoich ust różdżką mowy i porozmawiać”.
Krasnolud zsiadł z konia i podążył za małym człowieczkiem przez dziurę w zboczu zielonego wzgórza. Dziura była tak mała, że musiał przejść na czworakach, a kiedy w końcu mógł stanąć, był zaledwie tego samego wzrostu co mały wróżek. Po przejściu trzech lub czterech kroków znaleźli się w wspaniałym pokoju, jasnym jak dzień. Diamenty lśniły na dachu tak, jak gwiazdy migoczą na niebie, gdy noc jest bezchmurna. Dach wsparty był na złotych kolumnach, a między kolumnami stały srebrne lampy, ale ich światło przyćmione było światłem diamentów. Pośrodku pokoju stał stół, na którym leżały dwa złote talerze i dwa srebrne noże i widelce, a także mosiężny dzwonek wielkości orzecha laskowego, a obok stołu stały dwa małe krzesełka pokryte niebieskim jedwabiem i satyną.
„Weź krzesło” – powiedziała wróżka – „a ja zadzwonię po różdżkę mowy”.
Karzeł usiadł, a wróżka zadzwoniła w mały mosiężny dzwoneczek i wszedł mały krasnoludek, nie większy od twojej dłoni.
„Przynieś mi różdżkę mowy” – rzekła wróżka, a maleńki krasnoludek skłonił się trzy razy i wyszedł tyłem, a po chwili wrócił, niosąc małą czarną różdżkę z czerwoną jagodą na czubku. Podając ją wróżce, skłonił się trzy razy i wyszedł tyłem, tak jak poprzednio.
Mały człowieczek pomachał rózgą trzy razy nad krasnoludem, uderzając go raz w prawe i raz w lewe ramię, po czym dotknął jego ust czerwoną jagodą i rzekł: „Mów!”
Karzeł przemówił i tak bardzo ucieszył się, słysząc dźwięk własnego głosu, że zaczął tańczyć po pokoju.
„Kim ty w ogóle jesteś?” zapytał wróżkę.
„Kim jesteś?” zapytała wróżka. „Ale chodź, zanim zaczniemy rozmawiać, zjedzmy coś, bo jestem pewna, że jesteś głodny”.
Potem usiedli do stołu, a wróżka zadzwoniła dwa razy małym mosiężnym dzwoneczkiem, a maleńki krasnoludek przyniósł dwa gotowane ślimaki w muszlach, a gdy zjedli ślimaki, przyniósł popielicę, a gdy zjedli popielicę, przyniósł dwa strzyżyki, a gdy zjedli strzyżyki, przyniósł dwa orzechy pełne wina, i bardzo się rozweselili, a wróżka zaśpiewała „Cooleen dhas”, a krasnoludek zaśpiewał „Mały kos z doliny”.
„Czy słyszałeś kiedyś „Mglistą Rosę”?'” zapytała wróżka.
„Nie” – powiedział krasnolud.
„No to ci dam, ale musimy napić się jeszcze wina.”
Przyniesiono wino i zaśpiewano pieśń „Mglista Rosa”, a karzeł powiedział, że to najsłodsza pieśń, jaką kiedykolwiek słyszał, i że głos wróżki potrafi odciągnąć ptaki od krzaków.
„Zapytałeś mnie, kim jestem?” powiedziała wróżka.
„Tak” – rzekł krasnolud.
„I zapytałem cię, kim jesteś?”
„Tak”, powiedział krasnolud.
„A kim ty jesteś?”
„Cóż, prawdę mówiąc, nie wiem” – powiedział krasnolud i zarumienił się jak róża.
„No więc, powiedz mi, co wiesz o sobie.”
„Nie pamiętam absolutnie nic” – powiedział krasnolud – „przed dniem, w którym szedłem z tłumem wszelkiego rodzaju ludzi na wielki jarmark nad rzeką Liffey. Po drodze musieliśmy minąć pałac królewski, a gdy przechodziliśmy, król wezwał grupę żonglerów, aby zaprezentowali przed nim swoje sztuczki. Poszedłem za żonglerami, aby się temu przyjrzeć, a kiedy sztuka się skończyła, król zawołał mnie do siebie i zapytał, kim jestem i skąd pochodzę. Byłem wtedy niemy i nie mogłem odpowiedzieć; ale nawet gdybym umiał mówić, nie mógłbym mu powiedzieć tego, co chciał wiedzieć, ponieważ nic o sobie nie pamiętam sprzed tego dnia. Wtedy król zapytał żonglerów, ale oni nic o mnie nie wiedzieli i nikt nic nie wiedział, a potem król powiedział, że przyjmie mnie na swoją służbę; a jedyne, co muszę zrobić, to raz w miesiącu chodzić z workiem zboża do chaty na samotnym wrzosowisku”.
„I tam zakochałeś się w małej księżniczce” – powiedziała wróżka, puszczając oko do krasnoludka.
Biedny krasnolud zarumienił się dwa razy mocniej niż poprzednio.
„Nie musisz się rumienić” – powiedziała wróżka – „to sprawa porządnego człowieka. A teraz powiedz mi szczerze, czy kochasz księżniczkę i co byś dał, żeby uwolnić ją spod uroku, który ją dręczy?”
„Oddałbym swoje życie” – rzekł krasnolud.
„No to posłuchaj mnie” – powiedziała wróżka. „Księżniczka Finola została wygnana na samotne wrzosowisko przez króla, twojego pana. Zabił jej ojca, prawowitego króla, i zabiłby Finolę, ale stara czarownica powiedziała mu, że jeśli ją zabije, sam umrze tego samego dnia. Poradziła mu więc, by ją wygnał na samotne wrzosowisko i obiecała rzucić na nie czar, który będzie strzegł Finoli dopóty, dopóki czar nie zostanie złamany. Czarownica obiecała też, że wyśle staruszkę, by pilnowała księżniczki w dzień i w nocy, aby nic jej się nie stało; królowi zaś powiedziała, by sam wybrał posłańca, który zaniesie jedzenie do chaty, i żeby szukał kogoś, kto nigdy nie widział ani nie słyszał o księżniczce i komu mógłby zaufać, że nigdy nikomu o niej nie powie; i dlatego wybrał ciebie”.
„Skoro wiesz tak wiele”, powiedział krasnolud, „to czy możesz mi powiedzieć, kim jestem i skąd pochodzę?”
„Dowiesz się tego wystarczająco szybko” – powiedziała wróżka. „Oddałam ci twoją mowę. Tylko od ciebie zależy, czy odzyskasz pamięć o tym, kim i czym byłaś przed dniem, w którym wstąpiłaś na służbę królewską. Ale czy naprawdę chcesz spróbować złamać czar i uwolnić księżniczkę?”
„Jestem” – rzekł krasnolud.
„Ilekolwiek to będzie kosztować?”
„Tak, nawet gdyby mnie to kosztowało życie” – rzekł krasnolud – „ale powiedz mi, jak można złamać ten czar?”
„Och, złamanie zaklęcia nie będzie trudne, jeśli masz broń” – rzekła wróżka.
„A co to jest i gdzie to jest?” zapytał krasnolud.
„Włócznia o lśniącym trzonku, ciemnoniebieskie ostrze i srebrna tarcza” – powiedziała wróżka. „Są na drugim brzegu Jeziora Mistycznego na Wyspie Mórz Zachodnich. Są tam dla mężczyzny, który będzie na tyle odważny, by ich szukać. Jeśli jesteś tym, który przyniesie je z powrotem na samotne wrzosowisko, wystarczy, że uderzysz tarczę trzy razy trzonkiem i trzy razy ostrzem włóczni, a cisza wrzosowiska zostanie przerwana na zawsze, czar zostanie zdjęty, a księżniczka będzie wolna”.
„Wyruszę natychmiast” – rzekł krasnolud, zrywając się z krzesła.
„I cokolwiek by cię to kosztowało” – powiedziała wróżka – „czy zapłacisz cenę?”
„Tak zrobię” – rzekł krasnolud.
„No to dosiądź konia, daj mu głowę, a zawiezie cię na brzeg naprzeciwko Wyspy Jeziora Mistycznego. Musisz przeprawić się na wyspę na jego grzbiecie i przedrzeć się przez wodne rumaki, które pływają wokół wyspy dniem i nocą, by jej strzec; ale biada ci, jeśli spróbujesz przeprawić się bez zapłaty, bo jeśli to zrobisz, rozwścieczone wodne rumaki rozszarpią ciebie i twojego konia na strzępy. A kiedy dotrzesz do Jeziora Mistycznego, musisz poczekać, aż woda zrobi się czerwona jak wino, a potem przepłynąć na koniu, a po drugiej stronie znajdziesz włócznię i tarczę; ale biada ci, jeśli spróbujesz przeprawić się przez jezioro, zanim zapłacisz, bo jeśli to zrobisz, czarne kormorany z Mórz Zachodnich wydrą z ciebie ciało z kości”.
„Jaka jest cena?” zapytał krasnolud.
„Jeszcze się o tym przekonasz” – rzekła wróżka – „ale teraz idź i niech szczęście ci towarzyszy”.
Krasnolud podziękował wróżce i pożegnał się! Następnie zarzucił lejce na szyję konia i ruszył w górę, która zdawała się rosnąć w miarę jak wjeżdżał. Krasnolud wkrótce przekonał się, że to, co wziął za wzgórze, było w rzeczywistości wielką górą. Po całym dniu marszu, mozolnej wspinaczce po stromych urwiskach i wrzosowiskach, dotarł na szczyt, gdy słońce zachodziło w oceanie, a daleko w dole, na wodach, ujrzał wyspę Jeziora Mistycznego.
Zaczął schodzić w stronę brzegu, ale na długo przedtem słońce zaszło, a ciemność, nieprzebita ani jedną gwiazdą, zapadła nad morzem. Stary koń, wyczerpany długą i bolesną podróżą, osunął się pod nim, a karzeł był tak zmęczony, że stoczył się z grzbietu i zasnął u jego boku.
Obudził się o świcie i zobaczył, że jest już prawie na brzegu. Spojrzał w morze i zobaczył wyspę, ale nigdzie nie mógł dostrzec wodnych rumaków i zaczął się obawiać, że musiał obrać zły kurs w nocy i że wyspa przed nim nie jest tą, której szukał. Lecz nawet gdy tak myślał, usłyszał dzikie i gniewne parskanie, a szybko zbliżając się od wyspy do brzegu, zobaczył pływające i tańczące rumaki. Czasem widać było tylko ich głowy i grzywy, a czasem, stając dęba, wynurzały się do połowy z wody i uderzając w nią kopytami, spieniały ją w pianę i ciskały białą mgiełkę w niebo. W miarę jak zbliżały się coraz bardziej, ich parskanie stawało się coraz straszniejsze, a z ich nozdrzy wystrzeliwały kłęby pary.
Karzeł zadrżał na ten widok i dźwięk, a jego stary koń, drżący na całym ciele, jęczał żałośnie, jakby z bólu. Rumaki ruszyły, aż niemal dotknęły brzegu, po czym, stając dęba, zdawały się skoczyć na niego. Przestraszony karzeł odwrócił głowę, by odlecieć, i gdy to zrobił, usłyszał brzęk złotej harfy, a tuż przed sobą kogo innego zobaczył, jak nie małego człowieczka z gór, trzymającego harfę w jednej ręce i uderzającego w struny drugą.
„Czy jesteś gotowy zapłacić cenę?” zapytał, radośnie kiwając głową w stronę krasnala.
Gdy zadał pytanie, słuchające go wodne rumaki parsknęły jeszcze głośniej niż kiedykolwiek.
„Czy jesteś gotowy zapłacić cenę?” zapytał mały człowieczek po raz drugi.
Deszcz rozbryzgującej się na brzegu wody, rzucony przez rozwścieczone rumaki, przemoczył krasnoluda do suchej nitki i sprawił, że poczuł zimny dreszcz w kościach. Był tak przerażony, że nie mógł odpowiedzieć.
„Po raz trzeci i ostatni, czy jesteś gotowy zapłacić cenę?” zapytała wróżka, odrzucając harfę za siebie i odwracając się, by odejść.
Gdy karzeł zobaczył go odchodzącego, pomyślał o małej księżniczce na samotnym wrzosowisku i odwaga wróciła mu, więc odważnie odpowiedział:
„Tak, jestem gotowy.”
Wodne rumaki, słysząc jego odpowiedź, parsknęły ze złości i uderzyły kopytami o brzeg.
„Wracajcie na fale!” krzyknął mały harfiarz i gdy przesunął palcami po lirze, spłoszone rumaki cofnęły się do wody.
„Ile kosztuje?” zapytał krasnolud.
„Twoje prawe oko” – rzekła wróżka i zanim krasnolud zdążył cokolwiek powiedzieć, wróżka wydłubała oko palcem i schowała je do kieszeni.
Karzeł cierpiał straszliwe męki, ale postanowił je znieść dla dobra małej księżniczki. Wtedy wróżka usiadła na skale nad brzegiem morza i zagrawszy kilka nut, zaczęła grać „Strinie snu”.
Dźwięk niósł się po wodzie, a rumaki, tak dzikie przed chwilą, zamarły w bezruchu. Nie poruszały się już same, unosząc się na powierzchni wody niczym piana niesiona wiatrem.
„Teraz” – rzekła wróżka, prowadząc konia krasnoluda na brzeg przypływu.
Karzeł zmusił konia do wejścia do wody, a gdy już wypłynął z głębiny, stary koń śmiało ruszył w stronę wyspy. Śpiące wodne rumaki dryfowały bezradnie obok niego i wkrótce bezpiecznie dotarł na wyspę, radośnie rżąc, gdy jego kopyta dotknęły twardego lądu.
Krasnolud jechał dalej i dalej, aż dotarł do ścieżki jeździeckiej, która poprowadziła go krętymi ścieżkami, obramowanymi złotą janowcem, wypełniającym powietrze zapachem, aż do szczytu zielonych wzgórz, które opasały i spoglądały w dół na Jezioro Tajemnic. Tu koń zatrzymał się z własnej woli, a serce krasnoluda zabiło mocniej, gdy jego wzrok spoczął na jeziorze, które, otoczone pierścieniem wzgórz, wydawało się w bezwietrznym, rozświetlonym słońcem powietrzu…
„Spokojny jak śmierć,
I tak jasne, jak tylko życie może być.”
Długo się temu przyglądał, po czym zsiadł z konia i położył się wygodnie w przyjemnej trawie. Mijały godziny, a woda nie zmieniała się, a gdy zapadała noc, sen zamknął powieki krasnoluda.
Śpiew skowronka obudził go wczesnym rankiem, wstał więc i spojrzał na jezioro, ale jego wody były tak samo czyste jak poprzedniego dnia.
Około południa ujrzał coś, co uznał za czarną chmurę płynącą po niebie ze wschodu na zachód. Zdawała się rosnąć w miarę, jak się zbliżała, a gdy znalazła się wysoko nad jeziorem, zobaczył, że to ogromny ptak, którego cień rozpostartych skrzydeł zaciemniał wody jeziora; karzeł wiedział, że to jeden z kormoranów Mórz Zachodnich. Gdy powoli opadał, zobaczył, że w jednym ze szponów trzymał gałąź drzewa większego niż dorosły dąb, obładowaną gronami dojrzałych, czerwonych jagód. Wylądował w pewnej odległości od karła i po chwili odpoczynku zaczął zjadać jagody i wrzucać kamienie do jeziora, a gdziekolwiek spadł kamień, w wodzie pojawiała się jaskrawoczerwona plama. Gdy przyjrzał się ptakowi bliżej, karzeł dostrzegł, że nosi on wszelkie oznaki starości i nie mógł powstrzymać się od zdziwienia, jak mógł dźwigać tak ciężkie drzewo.
Później tego samego dnia dwa inne ptaki, równie duże jak pierwszy, ale młodsze, nadleciały z zachodu i usiadły obok niego. Zjadły też jagody, a gdy wrzuciły kamienie do jeziora, zrobiło się ono czerwone jak wino.
Kiedy zjadły już wszystkie jagody, młode ptaki zaczęły obierać zgniłe pióra ze starego ptaka i wygładzać jego upierzenie. Gdy tylko skończyły swoje zadanie, powoli wzniósł się ze wzgórza i poszybował nad jeziorem, a następnie opadł na wodę i zanurkował. Po chwili wynurzył się, wzbił w powietrze z radosnym okrzykiem i poleciał na zachód z całą energią odrodzonej młodości, a za nim poleciały inne ptaki.
Gdy zaszli już tak daleko, że stali się niczym plamki na niebie, karzeł wsiadł na konia i zjechał w kierunku jeziora.
Był już prawie na skraju jeziora i za chwilę miał się tam zanurzyć, gdy usłyszał w powietrzu przeraźliwy krzyk. Nim zdążył podnieść wzrok, trzy ptaki już zawisły nad jeziorem.
Karzeł cofnął się przestraszony.
Ptaki zatoczyły koło nad jego głową, a następnie gwałtownie opadły i zniknęły tuż nad wodą, przykrywając ją skrzydłami i wydając przenikliwe odgłosy.
Następnie wzbiły się w powietrze, złożyły skrzydła i spadły głową w dół, niczym trzy głazy, na jezioro, rozbijając jego powierzchnię i rozsiewając na wzgórzach bordowy deszcz.
Wtedy krasnolud przypomniał sobie, co powiedziała mu wróżka: że jeśli spróbuje przepłynąć jezioro, nie płacąc ceny, trzy Kormorany Mórz Zachodnich obedrą go z kości. Nie wiedział, co zrobić i już miał się odwrócić, gdy ponownie usłyszał brzęk złotej harfy, a przed nim stanęła mała wróżka ze wzgórz.
„Tchórzostwo nigdy nie zwyciężyło, piękna pani” – powiedziała mała harfiarka. „Czy jesteś gotowa zapłacić cenę? Włócznia i tarcza są na przeciwległym brzegu, a księżniczka Finola płacze właśnie na samotnym wrzosowisku”.
Na dźwięk imienia Finoli serce krasnoluda stało się silniejsze.
„Tak” – powiedział. „Jestem gotowy – wygrać albo zginąć. Jaka jest cena?”
„Twoje lewe oko” – powiedziała wróżka. I natychmiast wydłubała oko i schowała je do kieszeni.
Biedny, niewidomy krasnolud omal nie zemdlał z bólu.
„To twoja ostatnia próba” – powiedziała wróżka – „a teraz zrób, co ci powiem. Owiń grzywę konia wokół prawej ręki, a ja zaprowadzę go do wody. Zanurz się i nie bój się. Oddałam ci mowę. Kiedy dotrzesz na przeciwległy brzeg, odzyskasz pamięć i będziesz wiedział, kim i czym jesteś”.
Następnie wróżka poprowadziła konia na brzeg jeziora.
„Idź już do mnie i życzę ci szczęścia” – rzekła wróżka.
Karzeł popędził konia. Zanurkował w jezioro i schodził coraz głębiej, aż jego stopy dotknęły dna. Potem zaczął się wznosić, a gdy zbliżył się do powierzchni wody, krasnoludowi zdawało się, że widzi migoczące światło. Gdy zaś wynurzył się ponad wodę, zobaczył jasne słońce i zielone wzgórza przed sobą. Krzyknął z radości, odzyskując wzrok.
Ale zobaczył więcej. Zamiast starego konia, na którym wjechał do jeziora, siedział na szlachetnym rumaku, a gdy rumak dopłynął do brzegu, krasnolud poczuł, jak w nim samym zachodzi przemiana, a w jego kończynach pojawiła się nieznana siła.
Gdy koń dotknął brzegu, popędził galopem w górę zbocza, a na szczycie wzgórza znajdowała się srebrna tarcza, jasna jak słońce, oparta o włócznię stojącą pionowo w ziemi.
Karzeł zeskoczył i biegnąc w stronę tarczy, ujrzał swoje odbicie niczym w lustrze.
Nie był już krasnoludem, lecz dzielnym rycerzem. W tym momencie odzyskał pamięć i wiedział, że jest Conalem, jednym z Rycerzy Czerwonej Gałęzi, i przypomniał sobie, że Czarownica z Pałacu Przyspieszonych Drzew rzuciła na niego czar otępienia i deformacji.
Zarzuciwszy tarczę na lewe ramię, podniósł włócznię z ziemi i wskoczył na konia. Z lekkim sercem przepłynął z powrotem przez jezioro i nigdzie nie widział czarnych kormoranów z mórz zachodnich, tylko trzy białe łabędzie płynące obok siebie podążały za nim do brzegu. Gdy dotarł do brzegu, pogalopował w dół, ku morzu i przeprawił się na brzeg.
Potem zarzucił lejce na szyję konia i, szybszy niż wiatr, dzielny koń mknął dalej i dalej, i wkrótce mknął po zaczarowanym wrzosowisku. Gdziekolwiek jego kopyta uderzyły w ziemię, wyrastała trawa i kwiaty, a zewsząd wyrastały wielkie drzewa o liściastych gałęziach.
W końcu rycerz dotarł do małej chatki. Trzy razy uderzył w tarczę trzonkiem i trzy razy ostrzem włóczni. Po ostatnim ciosie chatka zniknęła, a przed nim stała mała księżniczka.
Rycerz wziął ją w ramiona i pocałował; następnie posadził ją na koniu i skacząc przed nią, skierował się na północ, w stronę pałacu Rycerzy Czerwonej Gałęzi. Gdy jechali pod liściastymi drzewami, z każdego drzewa dobiegał śpiew ptaków, ponieważ czar ciszy nad samotnym wrzosowiskiem został na zawsze przerwany.