To mohegańska nazwa pięknego jeziora w Berkshires, obecnie zwanego Pontoosuc. Shonkeek był chłopcem, Moonkeek dziewczynką, i byli kuzynami, którzy dorastali jak dzieci, czy to w domu, czy w wigwamie: wędrowali razem po lasach i wzgórzach, napełniali kosze kwiatami i jagodami i zakochali się. Małżeństwa między kuzynami były jednak zabronione w systemie politycznym Moheganów, a gdy osiągnęli wiek, w którym towarzystwo sprawiało im największą przyjemność, ich wędrówki były zakazane, a nawet nakazano im unikać siebie nawzajem. Miało to typowy skutek i spotykali się na wyspach na jeziorze w częstych odstępach czasu, ku udręce pewnego Nockawando, który sam pragnął poślubić dziewczynę i doniósł o jej zachowaniu rodzicom.
Kochankowie zgodzili się po tym, że polecą do wschodniego plemienia, do którego mieliby się przyłączyć, ale zobowiązali się, że jeśli cokolwiek przeszkodzi im w ucieczce, spotkają się pod jeziorem. Nockawando wtrącił się. Następnej nocy, gdy niczego niepodejrzewający Shonkeek wiosłował w stronę wyspy, gdzie czekała na niego służąca, zazdrosny rywal, wiosłując cicho za nim, posłał strzałę w jego plecy, a Shonkeek, bez krzyku, runął głową do wody. Jednak w oczach Nockawando zdawał się nie ruszać z miejsca i pędzić swoją łodzią naprzód. Dziewczyna zobaczyła zbliżającą się łódź: pędziła teraz jak lot orła. Jedno spojrzenie, gdy mijała skałę; jedno spojrzenie na mordercę, skulonego w brzozowej łodzi, i z imieniem ukochanego na ustach wskoczyła do własnej łodzi i odbiła się od brzegu. Nockawando usłyszał, jak śpiewa pieśń śmierci, i popłynął naprzód tak szybko, jak tylko mógł, lecz gdy znalazł się w połowie jeziora, jego ręka opadła, jakby sparaliżowana.
Pieśń dobiegła końca, a noc stała się dziwnie, przerażająco cicha. Ani ćwierkania świerszcza, ani plusku fal, ani szelestu liści. Dziewczyna czekała bez ruchu, bo jego łódź wciąż poruszała się pod wpływem ostatniego uderzenia wiosła. Wieczorna gwiazda świeciła nisko na horyzoncie, a gdy jej postać majaczyła w ciemności, gwiazda przeświecała w miejscu, w którym patrzyło jej oko. Nie siedziała tam żadna ludzka istota. Potem pojawiła się łódź zmarłego. Dwa cienie wiosłowały bezszelestnie, a gdy zniknęły we mgle, która teraz osiadała na krajobrazie, nad jeziorem rozległ się nieziemski śmiech; potem wszystko ucichło. Kiedy Nockawando dotarł tej nocy do obozu, był szalonym szaleńcem. Indianie nigdy nie znaleźli ciał obojga, ale wierzyli, że dopóki woda w Pontoosuc pozostanie, jej powierzchnia będzie nękana przez te wędrówki zmarłych.