Pewnego razu w Camp-del-more w Strathavon mieszkała pewna kobieta, której bydło padło ofiarą pomoru lub innej podobnej choroby pustoszącej wówczas okolicę, która codziennie zabierała ogromne ilości bydła. Wszystkie opuszczone ognie i święte wody nie przyniosły żadnego skutku; w końcu mędrcy, których przy tej okazji skonsultowała, powiedzieli jej, że było to najwyraźniej działanie jakiejś piekielnej siły, której mocy nie dało się zniweczyć w żaden inny sposób niż niezawodnym specyfikiem - sokiem z martwej głowy z cmentarza - panaceum z pewnością bardzo trudnym do zdobycia, zważywszy na fakt, że głowę należało wyjąć z grobu o godzinie północy. Ponieważ jednak była kobietą o silnym sercu i wierze, wrodzona wrażliwość na sanktuarium zmarłych miała większą wagę niż strach i przez pewien czas powstrzymywała ją od uciekania się do tego desperackiego środka. W końcu, widząc, że jej ród wkrótce zostanie unicestwiony przez niszczycielską chorobę, żona Camp-del-more postanowiła przeprowadzić eksperyment w praktyce, bez względu na to, jaki będzie wynik. W związku z tym, po niemałym wysiłku, zaangażowali sąsiadkę jako towarzyszkę w tej niebezpiecznej wyprawie. Krótko przed północą wyruszyli na cmentarz parafialny, oddalony o około półtorej mili od jej miejsca zamieszkania, aby wprowadzić w życie jej decyzję. Gdy dotarła na cmentarz, jej towarzyszka, której odwaga nie była zbyt godna uwagi, przerażona ponurą perspektywą, jaka ją czekała, odmówiła wejścia do siedzib zmarłych. Ona jednak zgodziła się zostać przy bramie, dopóki jej przyjaciel nie załatwi sprawy. Okoliczność ta jednak nie zachwiała postanowieniem żony. Ona, z największym spokojem i odwagą, skierowała się w stronę tego, co uznała za stary grób, zdjęła łopatę i rozpoczęła swoje działania. Po długim trudzie dotarła do celu swojej pracy. Podnosząc pierwszą głowę, a raczej czaszkę, jaka stanęła jej na drodze, chciała uczynić ją swoją własnością, gdy nagle głuchy, dziki, grobowy głos zawołał: „To moja głowa, zostaw ją!”. Nie chcąc kwestionować prawa właścicielki do tej głowy i przypuszczając, że można ją zdobyć w inny sposób, bardzo dobrodusznie ją zwróciła i wzięła inną. „To głowa mojego ojca” – wrzasnął ten sam głos. Chcąc w miarę możliwości uniknąć sporów, żona Camp-del-more'a sięgnęła po inną głowę, lecz ten sam głos natychmiast zaczął twierdzić, że jest to głowa jej dziadka. „Cóż” – odparła żona, zirytowana swoim rozczarowaniem – „nawet gdyby to była głowa twojej babci, nie dostaniesz jej, dopóki z nią nie skończę”. „Co ty na to, ty mięczaku?” – pyta duch, podnosząc się w swoim wymiętym ubraniu. „Co mówisz, ty mięczaku?” powtórzył w wielkiej wściekłości. „Na wielką przysięgę, lepiej będzie, jeśli zostawisz głowę mojego dziadka”. W obliczu tak zaciętej sytuacji, przebiegła żona Camp-del-more uznała za stosowne przyjąć bardziej pojednawczą postawę. Opowiadając wnioskodawczyni o wszystkich szczegółach trudnej sytuacji, w jakiej się znalazła, obiecała wiernie, że jeśli tylko honor pozwoli jej pokojowo zabrać czaszkę lub głowę jego dziadka, zwróci ją, gdy już sprawa się skończy. Po krótkiej rozmowie doszli do porozumienia i pozwolono jej zabrać ze sobą głowę, pod warunkiem, że zwróci ją przed zapianiem koguta, za co groziły jej najsurowsze kary.
Wychodząc z cmentarza i szukając swojej towarzyszki, spotkało ją upokorzenie, gdy zastała ją „bez tchu”; słysząc bowiem kłótnię między przyjaciółką a strażnikiem grobu i podejrzewając, że prawdopodobnie podzieli przykre kary, którymi groził jej przyjacielowi, po krótkim ich wyliczeniu zemdlała, po czym niełatwo było ją otrząsnąć. Okazało się to nie lada niedogodnością dla żony Camp-del-more'a, gdyż nie minęły nawet dwie godziny, zanim musiała oddać głowę, zgodnie z warunkami umowy. Zabrawszy przyjaciółkę na plecy, zaniosła ją stromym zboczem do najbliższego domu, gdzie zostawiła ją na noc; następnie pospiesznie wróciła do domu, zanim upłynął wyznaczony czas, zdjęła głowę z grobu, oddała czaszkę strażnikowi i umieściła grób w pierwotnym stanie. Nie trzeba dodawać, że w nagrodę za jej wzorową odwagę, „bree” przyniosło pożądany skutek. Bydło szybko wracało do zdrowia, a dopóki cokolwiek z tego pozostało, wszelkie choroby trwały krótko.