Złota Góra

Robert Nisbet Bain October 4, 2015
Rosyjski
Średniozaawansowany
9 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Dawno, dawno temu żył syn kupca, który roztrwonił i trwonił cały swój majątek. Doszedł w końcu do takiego stanu, że nie miał co jeść. Chwycił więc łopatę, wyszedł na targ i zaczął czekać, czy ktoś zechce go zatrudnić jako robotnika. I oto kupiec, jeden na siedmiuset, nadjechał tą drogą w swoim złoconym powozie; wszyscy robotnicy zobaczyli go i cała ta gromada natychmiast rozproszyła się na wszystkie strony i pochowała po kątach.

Syn kupca, jedyny z nich wszystkich, pozostał na rynku. „Chcesz pracy, młodzieńcze?” zapytał kupiec, jeden na siedmiuset; „to weź ode mnie zapłatę”. — „Z własnej woli; nie z innego powodu przyszedłem na rynek”. — „A jakiej zapłaty żądasz?” — „Jeśli dasz mi sto rubli dziennie, to będzie okazja”. — „To dość drogo!” — „Jeśli uważasz, że to drogo, idź i poszukaj tańszego towaru; ale wiem, że przed chwilą były tu tłumy ludzi, przyszedłeś i… wszyscy uciekli”. — „No to zgoda! Przyjedź jutro do portu”.

Następnego dnia, wczesnym rankiem, syn naszego kupca przybył do portu; kupiec, który był jeden na siedmiuset, czekał na niego już od jakiegoś czasu. Wsiedli na statek i wypłynęli w morze. Płynęli i płynęli. Pośrodku morza pojawiła się wyspa; na wyspie tej wznosiły się wysokie góry, a na brzegu morza coś płonęło jak ogień. „Czy to, co widzę, może być ogniem?” – powiedział syn kupca. „Nie, to mój mały złoty zamek”.

Zbliżyli się do wyspy; wyszli na brzeg; jego żona i córka wyszły na spotkanie kupca, który był jednym z siedmiuset, a córka była piękna, piękna, jakiej żaden człowiek nie może sobie wyobrazić ani wymyślić, ani opowiedzieć. Gdy tylko się przywitali, udali się do zamku i zabrali ze sobą nowego robotnika; usiedli przy stole, zaczęli jeść, pić i weselić się.

„Dzisiaj figa” – powiedział gospodarz – „dzisiaj będziemy ucztować, jutro będziemy pracować”. Syn kupca był pięknym młodzieńcem, silnym i dostojnym, o twarzy rumianej jak mleko i krew, i zakochał się w pięknej pannie. Wyszła do sąsiedniego pokoju; zawołała go po kryjomu i dała mu krzesiwo i krzesiwo.

„Weź je” – powiedziała – „a jeśli będziesz w potrzebie, użyj ich”. Następnego dnia kupiec, jeden na siedmiuset, wyruszył ze swoim sługą na wysoką, złotą górę. Wspinali się i wspinali, ale nie wspięli się na szczyt; czołgali się i czołgali, ale nie wspięli się na szczyt.

„No cóż” – powiedział kupiec – „napijmy się najpierw”. I kupiec podał mu truciznę nasenną. Robotnik napił się i zasnął. Kupiec wyciągnął nóż, zabił swojego nieszczęsnego szkapa, którego przywiózł ze sobą, wyjął mu wnętrzności, wbił młodzieńca w żołądek konia, włożył tam też łopatę, zaszył ranę i poszedł ukryć się w krzakach. Nagle zleciała się cała chmara czarnych kruków o żelaznych dziobach. Podniosły padlinę, zaniosły ją w górę i padły, dziobiąc ją; zaczęły pożerać konia i wkrótce przebiły go aż do syna kupca.

Potem się obudził, odpędził czarne wrony, rozejrzał się dookoła i zapytał samego siebie: „Gdzie ja jestem?” Kupiec, jeden na siedmiuset, wrzasnął na niego: „Na złotej górze; chodź, weź łopatę i kop złoto”. Kopał więc i kopał, zrzucając wszystko na dół, a kupiec załadował to na wozy. Do wieczora zapełnił dziewięć wozów.

„To wystarczy!” – zawołał kupiec, jeden na siedmiuset. „Dzięki za trud. Żegnaj!” – „A co ze mną?” – „Możesz sobie radzić, jak potrafisz. Dziewięćdziesięciu dziewięciu takich jak ty zginęło na tej górze – ty dopełnisz setkę!” Tak rzekł kupiec i odszedł. „Co teraz robić?” – pomyślał syn kupca. „Zejść z tej góry jest zupełnie niemożliwe. Na pewno umrę z głodu”.

Stał więc na górze, a nad nim krążyły czarne wrony o żelaznych dziobach, wyraźnie wyczuwające swą ofiarę. Zaczął rozmyślać, jak to wszystko się stało, i wtedy przyszło mu do głowy, jak piękna panna wzięła go na bok i dała mu krzesiwo i żelazo, i sama mu powiedziała: „Weź je, a jeśli będziesz w potrzebie, zrób z nich użytek”. „I patrz, nie powiedziała tego na próżno. Spróbujmy”. Syn kupca wyjął krzesiwo, uderzył raz i natychmiast wyskoczyło dwoje pięknych młodych bohaterów.

„Czego chcesz? Czego chcesz?” — „Zabierz mnie z tej góry na brzeg morza”. Ledwie zdążył to powiedzieć, wzięli go pod pachy i ostrożnie znieśli z góry. Syn kupca przechadzał się wzdłuż brzegu, a oto statek przepływał obok wyspy. „Hej, dobrzy żeglarze, zabierzcie mnie ze sobą!” — „Nie, bracie, nie możemy się zatrzymać, takie zatrzymanie kosztowałoby nas sto węzłów”.

Marynarze mijali wyspę, wiatry przeciwne zaczęły wiać, rozpętał się straszliwy huragan. „Ach! To ewidentnie nie jest prosty człowiek naszego pokroju, lepiej zawrócić i zabrać go na pokład”. Wrócili więc na wyspę, zatrzymali się na brzegu, zabrali syna kupca i odwieźli go do rodzinnego miasta. Minęło dużo czasu i niewiele czasu, a potem syn kupca wziął łopatę i znów wyszedł na rynek, by czekać na kogoś, kto go zatrudni. Znów przejechał kupiec, który był jeden na siedmiuset, w swoim złoconym powozie; robotnicy dorywczy go zobaczyli i rozproszyli się we wszystkie strony, i ukryli ich po kątach.

Syn kupca był jedynym samotnym malcem, który pozostał. „Czy przyjmiesz ode mnie zapłatę?” zapytał kupiec, jeden na siedmiuset. „Chętnie; daj dwieście rubli dziennie i daj mi pracę”. — „Dość drogo, co?” — „Skoro ci się wydaje, idź i poszukaj tańszej siły roboczej. Widziałeś, ilu tu ludzi, a gdy tylko się pojawiłeś, wszyscy uciekli”. — „No to gotowe; przyjdź jutro do portu”.

Następnego ranka spotkali się w porcie, weszli na pokład statku i popłynęli na wyspę. Tam jedli i pili do syta przez cały dzień, [6]a następnego dnia wstali i ruszyli w stronę złotej góry. Gdy tam dotarli, kupiec, który był jeden na siedmiuset, wyciągnął swój kielich.

„No, napijmy się najpierw” – powiedział. – „Stój, mój gospodarzu! Ty, który jesteś wodzem, powinieneś napić się pierwszy, pozwól, że poczęstuję cię moim napojem”. Syn kupca, który wcześnie zaopatrzył się w truciznę nasenną, nalał sobie pełną szklankę i podał kupcowi, który był jeden na siedmiuset. Ten wypił i zapadł w głęboki sen.

Syn kupca zarżnął najpodlejszego konia, wypatroszył go, włożył w brzuch konia swoją armię, włożył tam też łopatę, zaszył ranę i poszedł ukryć się w krzakach. Natychmiast czarne wrony o żelaznych dziobach zleciały się, podniosły padlinę, zaniosły ją w górę i rzuciły się na nią dziobiąc. Kupiec, który był jeden na siedmiuset, obudził się i rozejrzał się. „Gdzie jestem?” zapytał. „Na górze” – ryknął syn kupca. „Weź łopatę i kop złoto; jeśli będziesz dużo kopał, pokażę ci, jak zejść z góry”.

Kupiec, jeden na siedmiuset, wziął łopatę i kopał, kopał, wykopał dwadzieścia wozów. „Stój, wystarczy” – powiedział syn kupca – „dziękuję za twoją pracę i do widzenia”. – „A co ze mną?” – „Ty? No cóż, uciekaj, jak możesz. Dziewięćdziesięciu dziewięciu takich jak ty zginęło na tej górze, możesz dorobić setkę”.

Syn kupca wziął więc wszystkie dwadzieścia wozów, udał się do złotego zamku, poślubił piękną pannę, córkę kupca, która była jedną z siedmiuset, przejął cały jej majątek i zamieszkał w stolicy z całą rodziną. Ale kupiec, który był jedną z siedmiuset, pozostał na górze, a czarne wrony o żelaznych dziobach dziobały jego kości.