Dawno, dawno temu żyli sobie starzec i staruszka. Starzec miał córkę, a staruszka miała córkę. I staruszka rzekła do staruszka: „Idź i kup jałówkę, żeby twoja córka miała się czym opiekować!”. Starzec poszedł więc na jarmark i kupił jałówkę.
Teraz staruszka rozpieszczała własną córkę, ale ciągle warczała na córkę staruszka. A jednak córka staruszka była dobrą, pracowitą dziewczyną, podczas gdy córka staruszki była tylko leniwą dziwką. Nie robiła nic, tylko siedziała cały dzień z rękami na kolanach. Pewnego dnia staruszka powiedziała do córki staruszka: „Patrz teraz, ty córko psa, idź i wypędź jałówkę na pastwisko! Masz tu dwa snopki lnu. Uważaj, żebyś je rozwinęła, nawinęła, wybieliła i przyniosła do domu gotowe wieczorem!” Wtedy dziewczyna wzięła len i wypędziła jałówkę na pastwisko.
Więc jałówka zaczęła się paść, ale dziewczyna usiadła i zaczęła płakać. A jałówka rzekła do niej: „Powiedz mi, droga dziewczynko, dlaczego płaczesz?” – „Ach! Dlaczego nie miałabym płakać? Moja macocha dała mi ten len i kazała mi go spruć, nawinąć, wybielić i przynieść z powrotem jako sukno wieczorem.” – „Nie martw się, dziewczyno!” powiedziała jałówka, „wszystko dobrze się ułoży. Połóż się spać!” – więc położyła się spać, a kiedy się obudziła, len był cały spruty, nawinięty, uprzędzony w cienkie płótno i wybielony. Potem zawiozła jałówkę do domu i dała płótno macosze. Staruszka wzięła je i ukryła, aby nikt nie wiedział, że córka starca jej je przyniosła.
Następnego dnia rzekła do swojej córki: „Droga córeczko, wypędź jałówkę na pastwisko, a oto mały kawałek lnu dla ciebie, rozplątaj go i zwiąż, albo nie rozplątuj i nie zwijaj, jak ci się podoba, ale przynieś go do domu”. Potem wypędziła jałówkę na pastwisko i rzuciła się na trawę, i spała cały dzień, i nawet nie zadała sobie trudu, by pójść i zwilżyć len w chłodnym strumieniu. A wieczorem wypędziła jałówkę z pola i dała matce len. „Och, mamusiu!” powiedziała, „cały dzień bolała mnie głowa, a słońce tak prażyło, że nie mogłam zejść do strumienia, żeby zwilżyć len”. – „Nie przejmuj się”, powiedziała jej matka, „połóż się i śpij; wystarczy na kolejny dzień”.
A następnego dnia znów zawołała córkę starca: „Wstań, córko psa, i wyprowadź jałówkę na pastwisko. Masz tu wiązkę surowego lnu; rozplątaj ją, powyrywaj, nawiń na wrzeciona, wybiel, utkaj z niej i zrób mi z tego do wieczora cienką tkaninę!”. – Potem dziewczyna wypędziła jałówkę na pastwisko. Jałówka zaczęła się paść, ale usiadła pod wierzbą, rzuciła obok siebie len i zaczęła płakać z całych sił. Ale jałówka podeszła do niej i rzekła: „Powiedz mi, mała dziewczynko, dlaczego płaczesz?”. – „Dlaczego nie miałabym płakać?” – powiedziała i opowiedziała jałówce wszystko. – „Nie martw się!” – powiedziała jałówka – „wszystko będzie dobrze, ale połóż się spać”. – Położyła się więc i natychmiast zasnęła. Wieczorem wiązka surowego lnu została zszyta, przędła i motała, a tkanina została utkana i wybielona, tak że można było z niej od razu zrobić koszule. Potem zawiozła jałówkę do domu i dała tkaninę macosze.
Wtedy staruszka rzekła do siebie: „Jak to możliwe, że ta córka syna psa zrobiła wszystko, co miała do zrobienia, tak łatwo? Jałówka musiała to zrobić za nią, wiem. Ale ja położę temu kres, ty córko syna psa”, powiedziała. Potem poszła do starca i rzekła: „Ojcze, zabij i poćwiartuj tę swoją jałówkę, bo z jej powodu twoja córka nie robi ani jednego kroku. Wypędza jałówkę na pastwisko, a potem śpi cały dzień i nic nie robi.”––„Więc ją zabiję!” powiedział.––Ale córka starca usłyszała, co powiedział, poszła do ogrodu i zaczęła gorzko płakać. Jałówka podeszła do niej i rzekła: „Powiedz mi, droga dziewczynko, dlaczego płaczesz?” – „Dlaczego nie miałabym płakać” – powiedziała – „kiedy chcą cię zabić?” – „Nie smuć się” – rzekła jałówka – „wszystko się ułoży. Kiedy mnie zabiją, poproś macochę, żeby dała ci moje wnętrzności do obmycia, a znajdziesz w nich ziarno zboża. Zasadź to ziarno, a wyrośnie z niego wierzba, a czegokolwiek zechcesz, idź do tej wierzby i poproś, a dostaniesz to, czego pragnie twoje serce”.
Potem jej ojciec zabił jałówkę, a ona poszła do macochy i rzekła: „Proszę, pozwól mi umyć wnętrzności jałówki!” – A jej macocha odpowiedziała: „Jakbym pozwoliła komuś innemu wykonać taką pracę oprócz ciebie!” – Poszła więc i umyła je, i rzeczywiście znalazła ziarno zboża, zasadziła je przy ganku, udeptała ziemię i trochę podlała. A następnego ranka, gdy się obudziła, zobaczyła, że z tego ziarna zboża wyrosła wierzba, a pod wierzbą było źródło wody, a lepszej wody nie można było znaleźć nigdzie w całej wiosce. Było zimne i czyste jak lód.
Kiedy nadeszła niedziela, staruszka wystroiła swoją ukochaną córkę i zabrała ją do kościoła, ale do córki staruszka powiedziała: „Spójrz na ogień, ty dziwko! Rozpal dobry ogień i przygotuj obiad, uporządkuj wszystko w domu, ubierz się w najlepszą suknię i wypraj wszystkie koszule. Wracam z kościoła. A jeśli tego wszystkiego nie zrobisz, pożegnasz się z drogim życiem”.
Więc stara kobieta i jej córka poszły do kościoła, a mała, elegancka pasierbica rozpaliła ogień, przygotowała obiad, a potem poszła do wierzby i rzekła: „Wierzbo, wierzbo, wyjdź z kory! Pani Anno, przyjdź, kiedy cię zawołam!” Wtedy wierzba spełniła swój obowiązek i otrząsnęła wszystkie liście, a wyszła z niej zacna dama. „Kochana mała damo, słodka mała damo, jakie są twoje rozkazy?” powiedziała.––„Daj mi” powiedziała, „i pozwól mi mieć wspaniałą suknię i powóz i konie, bo chcę pójść do Domu Bożego!”––I natychmiast ubrała się w jedwab i satynę, miała na nogach złote pantofelki, a powóz nadjechał i poszła do kościoła.
Kiedy weszła do cerkwi, zapanował wielki zgiełk i wszyscy mówili: „Och! och! och! Kto to? Może jakaś księżniczka albo królowa? Czegoś takiego nigdy przedtem nie widzieliśmy”. Młody carewicz akurat w tym czasie był w cerkwi. Kiedy ją zobaczył, serce zaczęło mu bić. Stał tam i nie mógł oderwać od niej wzroku. Wszyscy wielcy dowódcy i dworzanie podziwiali ją i od razu się w niej zakochali. Ale kim ona była, nie wiedzieli. Po skończonej mszy wstała i odjechała. Kiedy wróciła do domu, zdjęła wszystkie swoje piękne rzeczy, włożyła z powrotem wszystkie swoje łachmany, usiadła w kącie okna i obserwowała ludzi wracających z cerkwi.
Potem wróciła jej macocha. „Czy obiad gotowy?” zapytała. ––„Tak, jest gotowy.” ––„Czy uszyłaś koszule?” ––„Tak, koszule też są uszyte.” ––Potem zasiedli do posiłku i zaczęli opowiadać, jak widzieli tak piękną młodą damę w kościele. ––„Carewicz,” powiedziała staruszka, „zamiast odmawiać pacierz, cały czas na nią patrzył, taka była piękna.” Potem rzekła do córki staruszka: „A co do ciebie, ty dziwko! Chociaż uszyłaś koszule i wybielałaś je, jesteś tylko brudną podludziką!”
W następną niedzielę macocha ponownie ubrała córkę i zabrała ją do kościoła. Ale zanim poszła, rzekła do córki starca: „Pamiętaj, żebyś podtrzymywała ogień, ty dziwko!” i dała jej mnóstwo pracy. Córka starca wkrótce wszystko załatwiła, a potem poszła do wierzby i rzekła: „Jasna wiosenna wierzbo, jasna wiosenna wierzbo, odmień się, przemień się!”. Wtedy z wierzby wyszły jeszcze dostojniejsze damy: „Droga panienko, słodka panienko, co masz do powiedzenia?”. Powiedziała im, czego chce, a one dały jej przepiękną suknię, włożyły złote trzewiki i pojechała do kościoła w okazałej karecie. Carewicz znów tam był i na jej widok zamarł, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Wtedy ludzie zaczęli szeptać: „Czy nie ma tu nikogo, kto by ją znał? Czy nie ma nikogo, kto by wiedział, kim może być tak piękna dama!”. I zaczęli się wzajemnie wypytywać: „Czy znasz ją? Czy znasz ją?” – Lecz carewicz rzekł: „Kto mi powie, kim jest ta wielka dama, dam mu worek złotych dukatów!” – Potem pytali i pytali, i wszyscy się naradzali, ale nic z tego nie wyszło. Lecz carewicz miał błazna, który zawsze był przy nim i zawsze żartował i wygłupiał się, kiedykolwiek to dziecko cara było smutne. Więc teraz także zaczął się śmiać z młodego carewicza i mówić do niego: „Wiem, jak dowiedzieć się, kim jest ta piękna dama.” – „Jak?” zapytał młody carewicz. – „Powiem ci” – rzekł błazen; „Posmaruj smołą miejsce w kościele, w którym zwykle stoi. Wtedy jej pantofle się do niego przykleją, a ona, spiesząc się, by uciec, nigdy nie zauważy, że zostawiła je w kościele”. – Carewicz nakazał więc swoim dworzanom natychmiast posmarować to miejsce smołą. Następnym razem, po zakończeniu nabożeństwa, wstała jak zwykle i pospieszyła, ale zostawiła za sobą złote pantofle. Po powrocie do domu zdjęła kosztowne szaty, włożyła łachmany i czekała w kącie okna, aż wrócą z kościoła.
Kiedy wracali z cerkwi, mieli mnóstwo tematów do rozmów, między innymi o tym, jak młody carewicz zakochał się w młodej damie i jak nie mogli mu powiedzieć, skąd ona przybyła ani kim była, a macocha tym bardziej nienawidziła córki starca, że ta tak dobrze wykonywała swoją pracę.

„Radcy carscy odwiedzali wszystkie domy szlachty i książąt”. Ilustracja autorstwa Noela Nisbeta, opublikowana w książce Cossack Fairy Tales autorstwa Roberta Nisbeta Baina (1916), GG Harap and Company.
Ale carewicz nic nie robił, tylko marniał. I wołał po całym królestwie: „Kto zgubił parę złotych pantofelków?”. Ale nikt nie potrafił powiedzieć. Wtedy car wysłał swoich mądrych doradców po całym królestwie, żeby ją odnaleźli. „Jeśli jej nie znajdziecie”, powiedział, „to będzie śmierć mojego dziecka, a wtedy i wy będziecie martwi”.
Radni carscy przeszli więc przez wszystkie miasta i wsie, zmierzyli stopy wszystkich dziewic w złotych pantofelkach i mieli zostać oblubienicą carewicza, na którego pasowały złote pantofelki. Odwiedzili domy wszystkich książąt, szlachty i bogatych kupców, ale nic to nie dało. Stopy wszystkich dziewic były albo za małe, albo za duże. Potem zaprowadzili je do chat chłopskich.
Szli dalej i dalej, mierzyli i mierzyli, a w końcu byli tak zmęczeni, że ledwo mogli ciągnąć stopę za stopą. Wtedy rozejrzeli się wokół i ujrzeli piękną wierzbę stojącą przy chacie, a pod wierzbą było źródło wody. „Chodźmy odpocząć w chłodnym cieniu”, powiedzieli. Poszli więc i odpoczęli, a staruszka wyszła do nich z chaty.––„Czy masz córkę, mamusiu?” powiedzieli.––„Tak, mam”, powiedziała.––„Jedną czy dwie?” zapytali.––„Cóż, jest jeszcze jedna”, powiedziała, „ale to nie moja córka, to zwykła kuchenna dziwka, sam jej wygląd jest obrzydliwy.”––„Bardzo dobrze”, powiedzieli, „zmierzymy je złotymi pantofelkami.”––„Dobrze!” krzyknęła staruszka. Potem rzekła do swojej córki: „Idź, moja droga córeczko, ogarnij się trochę i umyj swoje małe stópki!” – Lecz córkę staruszka pognała za piec, a biedactwo nie było ani umyte, ani ubrane. „Siedź tam, córko psa!” powiedziała. – Wtedy radcy carscy przyszli do chaty, żeby zmierzyć, a staruszka rzekła do córki: „Wystaw swoją małą stopkę, kochanie!” – Radni zmierzyli wtedy pantofelkami, ale w ogóle na nią nie pasowały. Wtedy powiedzieli: „Powiedz nam, mamusiu, gdzie jest twoja druga córka?” – „Och, co do niej, to zwykła dziwka, a poza tym nie jest ubrana.” – „Nieważne”, powiedzieli; „Gdzie ona jest?” – Wtedy wyszła zza pieca, a jej macocha pośpieszyła i rzekła: „Idź sobie, ty rozwiązła lafiryndo!” – Wtedy zmierzyli ją pantoflami, a one pasowały jak rękawiczki, na co dworzanie niezmiernie się uradowali i chwalili Pana.
„No cóż, mamusiu” — powiedzieli — „zabierzemy tę córkę ze sobą.” — „Co! Zabrać taką ladacznicę? Przecież wszyscy ludzie będą się z ciebie śmiać!” — „Może i tak” — powiedzieli. — Wtedy stara kobieta zbeształa ją i nie chciała puścić. „Jak taka ladacznica może zostać małżonką syna cara?” wrzeszczała. — „Nie, ale ona musi przyjść!” — powiedzieli; „idź, ubierz się, dziewczyno!” — „Poczekaj tylko chwilę” — powiedziała — „a zmęczę się, jak należy!” — Potem poszła do źródła pod wierzbą, umyła się i ubrała, i wróciła tak śliczna i wspaniała, że podobnej nie można sobie wyobrazić ani się domyślić, można ją tylko opowiedzieć w bajkach. Gdy weszła do chaty, promieniała jak słońce, a jej macocha nie miała nic więcej do powiedzenia.
Wsadzili ją więc do powozu i odjechali, a gdy carewicz ją zobaczył, nie mógł się powstrzymać. „Pośpiesz się, ojcze!” zawołał, „i daj nam swoje błogosławieństwo”. Car pobłogosławił ich więc i pobrali się. Następnie wyprawili wielką ucztę i zaprosili na nią cały świat. I żyli razem szczęśliwie, jedząc chleb pszenny do syta.