Historia Whittington

Zaawansowany
16 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Dick Whittington był bardzo małym chłopcem, gdy zmarli jego rodzice; tak małym, że nigdy ich nie poznał, ani miejsca, w którym się urodził. Wędrował po okolicy wychudzony jak źrebak, aż spotkał furmana jadącego do Londynu, który pozwolił mu iść całą drogę obok wozu, nie płacąc nic za przejazd. To bardzo ucieszyło małego Whittingtona, ponieważ ze smutkiem pragnął zobaczyć Londyn, bo słyszał, że ulice są wybrukowane złotem i gotów był dostać za niego buszel; ale jakże wielkie było jego rozczarowanie, biedny chłopcze! Gdy zobaczył ulice pokryte ziemią zamiast złota, znalazł się w obcym miejscu, bez przyjaciela, bez jedzenia i bez pieniędzy.

Chociaż woźnica był tak łaskawy, że pozwolił mu podejść do wozu bez żadnych opłat, starał się nie poznać go, gdy chłopiec przybył do miasta. Wkrótce biedny chłopiec tak zmarzł i był tak głodny, że zapragnął znaleźć się w dobrej kuchni i przy ciepłym ogniu na wsi.

W rozpaczy zwrócił się o jałmużnę do kilku osób, a jedna z nich kazała mu: „Idź pracować dla próżniaka”. „Zrobię to” – powiedział Whittington – „z całego serca; będę dla ciebie pracował, jeśli mi pozwolisz”.

Mężczyzna, który uznał to za dowcip i bezczelność (choć biedny chłopak chciał jedynie pokazać swoją gotowość do pracy), uderzył go kijem, który rozbił mu głowę, aż krew popłynęła. W tej sytuacji, mdlejąc z głodu, położył się u drzwi niejakiego pana Fitzwarrena, kupca. Kucharka go zobaczyła i, będąc złośliwą ladacznicą, kazała mu zająć się swoimi sprawami, bo go poparzy. W tym czasie pan Fitzwarren wrócił z giełdy i również zaczął łajać biednego chłopaka, nakazując mu, by poszedł do pracy.

Whittington odpowiedział, że byłby rad pracować, gdyby ktoś go przyjął do pracy, i że byłby w stanie, gdyby udało mu się zdobyć trochę jedzenia, ponieważ od trzech dni nic nie jadł, a poza tym jest biednym chłopcem ze wsi i nikogo nie zna, więc nikt nie chciałby go przyjąć do pracy.

Następnie próbował wstać, ale był tak słaby, że upadł ponownie, co wzbudziło w kupcu tak wielkie współczucie, że kazał sługom przyjąć go i dać mu trochę jedzenia i picia, a także pozwolić mu pomóc kucharce w wszelkich brudnych pracach, które miała mu zlecić. Ludzie zbyt chętnie ganią tych, którzy żebrzą o próżnowanie, ale nie przejmują się tym, by im przeszkadzać w załatwianiu interesów lub zastanawianiu się, czy są w stanie to zrobić, co nie jest miłosierdziem.

Ale wróćmy do Whittingtona, który mógłby żyć szczęśliwie w tej zacnej rodzinie, gdyby nie potrącał go kucharz, który musiał ciągle piec i polewać potrawę, albo gdy rożen stał pusty, zajmował się biednym Whittingtonem! W końcu panna Alice, córka jego pana, dowiedziała się o tym i ulitowała się nad biednym chłopcem, nakazując służbie traktować go życzliwie.

Poza złością kucharza, Whittington musiał pokonać jeszcze jedną trudność, zanim mógł zaznać szczęścia. Z polecenia swego pana kazał mu przygotować legowisko na poddaszu, gdzie grasowało mnóstwo szczurów i myszy, które często biegały biednemu chłopcu po nosie i nie dawały mu spać. Po pewnym czasie jednak pewien dżentelmen, który przyszedł do domu jego pana, dał Whittingtonowi pensa za wyczyszczenie butów. Schował go do kieszeni, zdecydowany wydać go jak najlepiej; a następnego dnia, widząc na ulicy kobietę z kotem pod pachą, podbiegł, żeby zapytać o cenę. Kobieta (ponieważ kot był dobrym łowcą myszy) zażądała za niego sporo pieniędzy, ale gdy Whittington powiedział jej, że ma na świecie zaledwie pensa i że bardzo pragnie kota, zgodziła się na niego.

Tę kotkę Whittington ukrył na poddaszu, bojąc się, że zostanie pobita przez swego śmiertelnego wroga, kucharza, i tam wkrótce zabiła lub odstraszyła szczury i myszy, tak że biedny chłopiec mógł teraz spać spokojnie.

Wkrótce potem kupiec, który miał statek gotowy do wypłynięcia, wezwał swoich sług, zgodnie ze swoim zwyczajem, aby każdy z nich mógł zaryzykować i spróbować szczęścia. Za cokolwiek wysyłali, nie płacono ani frachtu, ani cła, gdyż słusznie uważał, że Bóg Wszechmogący pobłogosławi go tym bardziej za gotowość, by pozwolić biednym uczestniczyć w jego majątku.

Pojawiła się cała służba, z wyjątkiem biednego Whittingtona, który nie mając ani pieniędzy, ani dóbr materialnych, nie mógł pomyśleć o posłaniu czegokolwiek, aby spróbować szczęścia. Jednak jego dobra przyjaciółka, panna Alice, myśląc, że powstrzymuje go ubóstwo, kazała go zawołać.

Zaproponowała wtedy, że coś dla niego odłoży, ale kupiec powiedział córce, że to nie wystarczy, że to będzie coś jego własnego. Na to biedny Whittington powiedział, że ma tylko kota, którego kupił za pensa, który mu dano. „Przynieś kota, chłopcze” – powiedział kupiec – „i przyślij go”. Whittington przyniósł biednego kotka i oddał go kapitanowi ze łzami w oczach, bo powiedział, że teraz szczury i myszy będą go dręczyć tak samo jak wcześniej. Wszyscy śmiali się z tej przygody, z wyjątkiem panny Alice, która zlitowała się nad biednym chłopcem i dała mu coś na zakup kolejnego kota.

Podczas gdy kot miotał się po falach na morzu, biedny Whittington został dotkliwie pobity w domu przez swoją tyrańską panią kucharkę, która tak okrutnie go wykorzystywała i tak się z niego naigrywała za wysłanie kota na morze, że w końcu biedny chłopiec postanowił uciec z domu i spakowawszy niewiele rzeczy, wyruszył bardzo wcześnie rano w dzień Wszystkich Świętych. Dotarł aż do Holloway i tam usiadł na kamieniu, aby rozważyć, jaką drogę obrać. Lecz gdy tak rozmyślał, dzwonki Bow, których było tylko sześć, zaczęły dzwonić; i zdawało mu się, że ich dźwięki przemawiają do niego w ten sposób:

„Odwróć się jeszcze raz, Whittington, Trzykrotny Lordzie Mayorze Londynu.”

„Lord Mayor Londynu!” – powiedział sobie – „czego by nie znieść, żeby zostać Lordem Mayorem Londynu i jechać tak pięknym powozem? Cóż, wolę wrócić i znosić wszystkie obelgi i znęcanie się ze strony Cicely, niż stracić okazję zostania Lordem Mayorem!”. Wrócił więc do domu i radośnie zajął się swoimi sprawami, zanim pojawiła się pani Cicely.

Musimy teraz podążyć za panną Puss do wybrzeży Afryki. Jakże niebezpieczne są podróże morskie, jak niepewne są wiatry i fale, i ile wypadków wiąże się z życiem marynarza!

Statek, na pokładzie którego znajdował się kot, długo miotał się po morzu, aż w końcu, z powodu przeciwnych wiatrów, najechał na część wybrzeża Berberii, zamieszkaną przez Maurów nieznanych Anglikom. Ludzie ci przyjęli naszych rodaków z uprzejmością, dlatego kapitan, aby z nimi handlować, pokazał im wzory towarów, które miał na pokładzie, i wysłał część z nich do króla kraju, który był tak zadowolony, że posłał po kapitana i faktora do swojego pałacu, który znajdował się około mili od morza. Tam, zgodnie z miejscowym zwyczajem, ułożono je na bogatych dywanach, ukwieconych złotem i srebrem; a król i królowa, zajęci na górnym końcu sali, przynieśli obiad, który składał się z wielu potraw; ale ledwie odstawiono potrawy, zdumiewająca liczba szczurów i myszy zbiegła się zewsząd i w mgnieniu oka pożarła całe mięso.

Zdziwiony faktor zwrócił się do szlachty i zapytał, czy te robactwo nie jest groźne. „O tak!” – odparli – „bardzo groźne; a król dałby połowę swojego skarbca, żeby się od nich uwolnić, bo nie tylko niszczą mu obiad, jak widzicie, ale atakują go w jego komnacie, a nawet w łóżku, tak że musi być pilnowany podczas snu, z obawy przed nimi”.

Faktor podskoczył z radości; przypomniał sobie biednego Whittingtona i jego kota i powiedział królowi, że ma na pokładzie statku istotę, która natychmiast rozprawi się z całym tym robactwem. Serce króla podskoczyło tak wysoko z radości, jaką mu ta wiadomość sprawiła, że ​​turban spadł mu z głowy. „Przyprowadźcie mi tę istotę” – powiedział; „robstwa są straszne na dworze, a jeśli zrobi, co każesz, załaduję twój statek złotem i klejnotami w zamian za nią”. Faktor, który znał się na rzeczy, wykorzystał tę okazję, by wyłożyć zalety panny Puss. Powiedział Jego Królewskiej Mości, że rozstanie się z nią byłoby niewygodne, ponieważ po jej odejściu szczury i myszy mogłyby zniszczyć towary na statku – ale aby przypodobać się Jego Królewskiej Mości, przyprowadzi ją. „Uciekaj, uciekaj” – powiedziała Królowa; „Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć tę drogą istotę”.

Odleciał czynnik, podczas gdy przygotowywano kolejny obiad, i wrócił z kotem, gdy szczury i myszy pożerały również i jego. Natychmiast uśmiercił Pannę Kotkę, która zabiła ich mnóstwo.

Król wielce się radował, widząc, jak jego dawni wrogowie zostali zniszczeni przez tak małe stworzenie, a Królowa była bardzo zadowolona i poprosiła, aby przyprowadzono kotkę, żeby mogła na nią spojrzeć. Na to sprawca zawołał: „Kiciu, kiciu, kiciu!” i podeszła do niego. Następnie przedstawił ją Królowej, która cofnęła się, bojąc się dotknąć stworzenia, które siało takie spustoszenie wśród szczurów i myszy; jednak gdy sprawca pogłaskał kotkę i zawołał: „Kiciu, kiciu!”, Królowa również ją dotknęła i krzyknęła: „Kiciu, kiciu!”, bo nie znała angielskiego.

Następnie położył ją na kolanach Królowej, gdzie mrucząc, bawiła się dłonią Jej Królewskiej Mości, po czym śpiewając, zasnęła.

Król, widząc wyczyny panny Puss i dowiedziawszy się, że jej kocięta zapełnią cały kraj, targował się z kapitanem i faktorem o cały ładunek statku, a następnie dał im za kota dziesięć razy więcej niż wynosiła reszta. Po czym, żegnając się z Ich Królewskimi Mościami i innymi dostojnikami na dworze, odpłynęli z pomyślnym wiatrem do Anglii, gdzie teraz musimy im towarzyszyć.

Ranek ledwo nastał, gdy pan Fitzwarren wstał, by przeliczyć gotówkę i rozliczyć się z interesami na ten dzień. Właśnie wszedł do kantoru i usiadł przy biurku, gdy ktoś zapukał, puk, puk, do drzwi. „Kto tam?” zapytał pan Fitzwarren. „Przyjaciel” odpowiedział drugi. „Jaki przyjaciel może przyjść o tak nieodpowiedniej porze?” „Prawdziwy przyjaciel nigdy nie pojawia się nieodpowiednio” odpowiedział drugi. „Przychodzę, by przynieść ci dobre wieści o twoim statku Unicorn”. Kupiec pośpieszył w takim pośpiechu, że zapomniał o podagrze; natychmiast otworzył drzwi i zobaczył czekającego kapitana i faktora z szafą klejnotów i listem przewozowym, na który kupiec podniósł wzrok i podziękował niebiosom za tak pomyślną podróż. Potem opowiedzieli mu przygody kota i pokazali szafę klejnotów, którą przywieźli dla pana Whittingtona. Na co zawołał z wielką żarliwością, choć nie w sposób najbardziej poetycki:

„Idź, przyślij go i opowiedz mu o jego sławie, i nazwij go po imieniu pan Whittington.”

Nie jest naszą sprawą rozwodzić się nad tymi kwestiami; nie jesteśmy krytykami, lecz historykami. Wystarczy nam, że są to słowa pana Fitzwarrena; i choć nie leży to w naszym interesie, a być może nie leży w naszej mocy, by udowodnić, że był dobrym poetą, szybko przekonamy czytelnika, że ​​był dobrym człowiekiem, co świadczy o znacznie lepszej jego sławie; bo gdy ktoś z obecnych powiedział mu, że ten skarb to za dużo dla tak biednego chłopca jak Whittington, odparł: „Niech Bóg broni, żebym pozbawił go choćby pensa; to jego własność i będzie miał go co do ćwierć pensa”. Następnie zaprosił pana Whittingtona, który w tym czasie sprzątał kuchnię i chciał się przeprosić, mówiąc, że pokój jest posprzątany, a jego buty są brudne i pełne ćwieków. Kupiec jednak zaprosił go do środka i polecił, by nakryto mu krzesło. Na co, myśląc, że zamierzają z niego zakpić, jak to się zbyt często zdarzało w kuchni, błagał swego pana, aby nie kpił z biednego, prostego człowieka, który nie miał im nic złego na myśli, ale pozwolił mu zająć się swoimi sprawami. Kupiec, biorąc go za rękę, powiedział: „Doprawdy, panie Whittington, jestem z panem szczery i posłałem po pana, aby pogratulować panu wielkiego sukcesu. Pański kot przyniósł panu więcej pieniędzy, niż jestem wart na świecie, i obyś długo się nimi cieszył i był szczęśliwy!”

W końcu, gdy mu pokazano skarb i przekonano go, że cały należy do niego, padł na kolana i podziękował Wszechmogącemu za opatrznościową opiekę nad tak biednym i nieszczęsnym stworzeniem. Następnie złożył cały skarb u stóp swego pana, który odmówił przyjęcia jakiejkolwiek jego części, lecz powiedział mu, że szczerze raduje się ze swego dobrobytu i ma nadzieję, że zgromadzone bogactwo będzie dla niego pociechą i uczyni go szczęśliwym. Zwrócił się następnie do swojej pani i do swojej dobrej przyjaciółki, panny Alice, która odmówiła przyjęcia jakiejkolwiek części pieniędzy, lecz powiedziała mu, że szczerze cieszy się z jego sukcesu i życzy mu wszelkiej wyobrażalnej pomyślności. Następnie podziękował kapitanowi, faktorowi i załodze statku za troskę, jaką okazali jego ładunkowi. Rozdał również prezenty wszystkim służącym w domu, nie zapominając nawet o swojej starej wrogini, kucharce, choć ona w niewielkim stopniu na to zasługiwała.

Potem pan Fitzwarren poradził panu Whittingtonowi, aby wezwał odpowiednich ludzi i ubrał się jak dżentelmen, i zaproponował mu, aby zamieszkał w swoim domu, dopóki nie uda mu się zapewnić sobie lepszego.

Kiedy pan Whittington umył twarz, zakręcił włosy i włożył bogaty garnitur, stał się dystyngowanym młodym człowiekiem. A że bogactwo w dużym stopniu przyczynia się do pewności siebie, wkrótce porzucił swe nieśmiałe zachowanie, spowodowane głównie przygnębieniem, i wkrótce stał się radosnym i dobrym towarzyszem, do tego stopnia, że ​​panna Alice, która wcześniej darzyła go litością, teraz się w nim zakochała.

Kiedy jej ojciec zauważył, że darzą się taką sympatią, zaproponował im małżeństwo, na które obie strony ochoczo przystały. W ceremonii wzięli udział: Lord Mayor, Sąd Starszych, Szeryfowie, Spółka Papiernicza, Królewska Akademia Sztuk Pięknych, a także wielu wybitnych kupców, którzy zostali elegancko ugoszczeni podczas zorganizowanej w tym celu rozrywki.

Historia donosi, że żyli bardzo szczęśliwie, mieli kilkoro dzieci i zmarli w sędziwym wieku. Pan Whittington pełnił funkcję szeryfa Londynu i trzykrotnie był lordem burmistrzem. W ostatnim roku swojej kadencji burmistrza gościł króla Henryka V i jego żonę po podboju Francji. Przy tej okazji król, doceniając zasługi Whittingtona, powiedział: „Nigdy nie miałem takiego poddanego jak książę”; te słowa, wypowiedziane Whittingtonowi przy stole, odparł: „Nigdy nie miałem takiego poddanego jak król”. Jego Wysokość, z szacunku dla jego dobrego charakteru, wkrótce potem nadał mu tytuł szlachecki.

Sir Richard na wiele lat przed swoją śmiercią stale żywił dużą liczbę biednych obywateli, zbudował kościół i przyległe do niego kolegium, wypłacając coroczne stypendium biednym uczniom, a w pobliżu wybudował szpital.

Zbudował także bramę Newgate dla przestępców i hojnie wspierał szpital św. Bartłomieja oraz inne organizacje charytatywne.