Pasażerowie dyliżansu pocztowego

Średniozaawansowany
10 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Panował przenikliwy mróz, niebo lśniło gwiazdami, a w powietrzu nie było ani jednego powiewu. „Bump” – stary garnek rzucił w drzwi sąsiada; i „bang, bang” – rozległy się strzały, bo świętowali Nowy Rok. Był sylwester, a zegar kościelny wybijał dwunastą. „Tan-ta-ra-ra, tan-ta-ra-ra” – zabrzmiał klakson i dyliżans pocztowy nadjechał z trudem. Niezdarny pojazd zatrzymał się przy bramie miasta; wszystkie miejsca były już zajęte, bo w dyliżansie było dwunastu pasażerów.

„Hura! hura!” – krzyczeli mieszkańcy miasta, bo w każdym domu witano Nowy Rok. Gdy zegar wybił, wstali z pełnymi kielichami w dłoniach, by wypić za pomyślność nowoprzybyłego. „Szczęśliwego Nowego Roku” – wołały okrzyki; „ładną żonę, mnóstwo pieniędzy i żadnych zmartwień ani trosk”.

Życzenie krążyło w kółko, a szklanki brzęczały o siebie, aż znów zadźwięczały; tymczasem przed bramą miejską zatrzymał się dyliżans pocztowy z dwunastoma obcymi pasażerami. Kim byli ci obcy? Każdy z nich miał przy sobie paszport i bagaż; przywieźli nawet prezenty dla mnie, dla ciebie i dla wszystkich mieszkańców miasta. „Kim oni byli? Czego chcieli? I co ze sobą przywieźli?”

„Dzień dobry!” – krzyknęli do strażnika przy bramie miejskiej.

„Dzień dobry” – odpowiedział wartownik, bo zegar wybił dwunastą. „Jak się nazywasz i jaki masz zawód?” – zapytał wartownik tego, który pierwszy wysiadł z powozu.

„Sam zobacz w paszporcie” – odpowiedział. „Jestem sobą” – i wyglądał na sławnego człowieka, odzianego w niedźwiedzią skórę i futrzane buty. „Jestem człowiekiem, w którym wiele osób pokłada swoje nadzieje. Przyjdź do mnie jutro, a dam ci prezent noworoczny. Rozrzucam szylingi i pensy wśród ludzi; organizuję bale, nie mniej niż trzydzieści jeden; to najwyższa kwota, jaką mogę przeznaczyć na bale. Moje statki często zamarzają, ale w moich biurach jest ciepło i przytulnie. Nazywam się JANUARY. Jestem kupcem i zazwyczaj przywożę ze sobą rachunki”.

Potem wysiadł drugi. Wydawał się wesołym człowiekiem. Był dyrektorem teatru, kierownikiem balów maskowych i organizatorem wszelkich rozrywek, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. Jego bagaż składał się z wielkiej beczki.

„Zatańczymy do upadłego w karnawale” – powiedział. „Przygotuję wesołą melodię dla ciebie i dla siebie. Niestety, nie mam dużo życia – najkrótszego, prawdę mówiąc, ze wszystkich w mojej rodzinie – tylko dwadzieścia osiem dni. Czasami dają mi dzień dłużej, ale niewiele się tym przejmuję. Hura!”

„Nie wolno ci tak krzyczeć” – rzekł wartownik.

„Oczywiście, że mogę krzyczeć” – odparł mężczyzna. „Jestem Książę Karnawał, podróżuję pod imieniem LUTY”.

Trzeci właśnie wyszedł. Wyglądał jak uosobienie postu; ale nosił nos bardzo wysoko, bo był spokrewniony z „czterdziestoma (k)rycerzami” i był prorokiem pogody. Nie jest to jednak zbyt lukratywne zajęcie, dlatego zachwalał post. W butonierce trzymał mały bukiecik fiołków, ale były bardzo małe.

„MARCH, March” – zawołał za nim czwarty, klepiąc go po ramieniu – „czy nie czujesz czegoś? Pędź prędko do wartowni; piją tam poncz; to twój ulubiony trunek. Już tu czuję jego zapach. Naprzód, panie March”. Ale to nie była prawda; mówca chciał tylko przypomnieć mu jego imię i zrobić z niego primaaprilisowego żartu; bo od takiej zabawy czwarty zazwyczaj rozpoczynał karierę. Wyglądał bardzo wesoło, mało pracował i miał więcej wolnego czasu. „Gdyby świat był choć trochę spokojniejszy” – powiedział – „ale czasami muszę być w dobrym humorze, a czasami w złym, zależnie od okoliczności; raz deszcz, raz słońce. Jestem kimś w rodzaju agenta nieruchomości, a także zarządcą pogrzebów. Mogę się śmiać albo płakać, zależnie od okoliczności. Mam letnią garderobę w tym pudełku, ale byłoby bardzo głupio ją teraz zakładać. Jestem. W niedzielę chodzę w butach, białych jedwabnych pończochach i mufce”.

Za nim z dyliżansu wysiadła dama. Przedstawiała się jako Miss MAY. Miała na sobie letnią sukienkę i kalosze; jej sukienka była jasnozielona, ​​a we włosach miała zawilce. Pachniała tak dzikim tymiankiem, że wartownik kichnął.

„Życzę ci zdrowia i błogosławieństwa Bożego” – takie było jej pozdrowienie.

Jakaż ona była śliczna! I jaka z niej śpiewaczka! Nie była to śpiewaczka teatralna ani balladowa; nie, była to śpiewaczka leśna; wędrowała bowiem po wesołym, zielonym lesie i dała tam koncert dla własnej rozrywki.

„Teraz nadchodzi młoda dama” – powiedzieli ci w powozie; i wysiadła młoda dama, delikatna, dumna i ładna. Była to pani JUNE, w której służbie ludzie stają się leniwi i lubią spać godzinami. Wydaje ucztę w najdłuższy dzień w roku, aby jej goście mieli czas na skosztowanie licznych potraw przy jej stole. Wprawdzie ma własny powóz, ale mimo to podróżowała pocztą z resztą, ponieważ chciała pokazać, że nie jest wyniosła. Nie była jednak bez opiekuna; towarzyszył jej jej młodszy brat, JULY. Był to pulchny młodzieniec, ubrany w letnie szaty i słomkowy kapelusz. Miał ze sobą bardzo mało bagażu, ponieważ był on niewygodny w upale; miał jednak ze sobą spodnie kąpielowe, których nie dało się dźwigać. Potem nadjechała sama matka, w krynolinie, Madame AUGUST, hurtowniczka owoców, właścicielka wielu stawów rybnych i rolniczka. Była gruba i rozgrzana, a mimo to sprawnie posługiwała się rękami i sama nosiła piwo robotnikom w polu. „W pocie czoła będziesz jadł chleb” – mawiała – „jest napisane w Biblii”. Po pracy przychodziły rozrywki, tańce i zabawy w zielonym lesie i „domy żniwne”. Była porządną gospodynią domową.

Po niej z powozu wyszedł mężczyzna, malarz; wielki mistrz kolorów, zwany WRZESIEŃ. Las, po jego przybyciu, musiał zmieniać barwy, kiedy tylko chciał; i jakież piękne są kolory, które wybierał! Lasy lśniły odcieniami czerwieni, złota i brązu. Ten wielki mistrz malarstwa potrafił gwizdać jak kos. Był szybki w swojej pracy i szybko oplatał wąsy chmielu wokół swojego dzbana piwa. Było to ozdobą dzbana, a on ma wielką miłość do ozdób. Stał tam z pojemnikiem z farbą w ręku, a to był cały jego bagaż. Za nim podążał właściciel ziemski, który w miesiącu siewu zajmował się orką i lubił sporty polowe. Dziedzic OCTOBER przywiózł ze sobą psa i strzelbę, a w torbie myśliwskiej miał orzechy. „Trzask, trzask”. Miał mnóstwo bagażu, nawet angielski pług. Mówił o rolnictwie, ale jego słowa ledwo było słychać z powodu kaszlu i sapania sąsiada. Był to NOVEBBER, który gwałtownie kaszlał, gdy wychodził. Był przeziębiony, co zmuszało go do ciągłego używania chusteczki do nosa; a mimo to, jak mówił, musiał towarzyszyć służącym w ich nowych miejscach i wprowadzać je do zimowej służby. Powiedział, że myślał, że przeziębienie nigdy go nie opuści, gdy wyruszy na wycinkę drzew, bo był mistrzem traka i musiał dostarczać drewno całej parafii. Wieczorami przygotowywał drewniane podeszwy do łyżew, bo wiedział, jak mówił, że za kilka tygodni te buty będą potrzebne do zabawy w łyżwiarstwo. W końcu pojawiła się ostatnia pasażerka – stara matka DECEMBER ze swoim stołkiem kominkowym. Pani była bardzo stara, ale jej oczy błyszczały jak dwie gwiazdy. Niosła na ramieniu doniczkę, w której rosła mała jodła. „Będę strzec i pielęgnować tę choinkę” – powiedziała – „aby urosła do wigilii i sięgała od ziemi do sufitu, by można ją było przykryć i ozdobić płonącymi świecami, złotymi jabłkami i małymi figurkami. Stołek z kominkiem będzie ciepły jak piec, a ja wyjmę z kieszeni książkę z bajkami i będę jej czytać na głos, aż wszystkie dzieci w pokoju ucichną. Wtedy małe figurki na choince ożyją, a mały woskowy aniołek na jej szczycie rozpostarł skrzydła ze złotych liści i sfrunął ze swojej zielonej grzędy. Ucałuje wszystkich w pokoju, dużych i małych; tak, nawet biedne dzieci, które stoją w korytarzu albo na ulicy śpiewają kolędę o «Gwieździe Betlejemskiej»”.

„No, dyliżans może odjechać” – powiedział wartownik. „Mamy całą dwunastkę. Niech konie zostaną wpuszczone”.

„Najpierw niech cała dwunastka przyjdzie do mnie” – powiedział dyżurny kapitan – „jeden po drugim. Paszporty zatrzymam tutaj. Każdy z nich jest do dyspozycji przez miesiąc; kiedy minie, zapiszę zachowanie każdego z nich w jego paszporcie. Panie JANUARY, bądź tak dobry i przyjedź tutaj”. I pan January wystąpił naprzód.

Myślę, że za rok będę mógł wam opowiedzieć, co dwunastu pasażerów przyniosło wam, mnie i nam wszystkim. Teraz nie wiem i prawdopodobnie nawet oni sami nie wiedzą, bo żyjemy w dziwnych czasach.