Mistrz-złodziej

Średniozaawansowany
17 min odczyt
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Pewnego dnia starzec i jego żona siedzieli przed nędznym domem, odpoczywając chwilę od pracy. Nagle nadjechał wspaniały powóz zaprzężony w cztery kare konie, z którego wysiadł bogato ubrany mężczyzna. Chłop wstał, podszedł do wielkiego człowieka i zapytał, czego sobie życzy i w jaki sposób mógłby mu się przydać? Nieznajomy wyciągnął rękę do starca i rzekł: „Nie chcę niczego innego, jak tylko raz skosztować wiejskiej potrawy; ugotuj mi ziemniaki, tak jak zawsze, a potem usiądę przy twoim stole i zjem je z przyjemnością”.

Chłop uśmiechnął się i rzekł: „Jesteś hrabią albo księciem, a może nawet księciem; szlachetni panowie często miewają takie fantazje, ale twoje życzenie się spełni”.

Żona poszła do kuchni i zaczęła myć i obierać ziemniaki, a potem formować z nich kulki, takie, jakie jedzą wieśniacy. Podczas gdy ona była zajęta tą pracą, chłop powiedział do nieznajomego: „Chodź ze mną na chwilę do ogrodu, mam tam jeszcze coś do zrobienia”.

Wykopał kilka dołów w ogrodzie i teraz chciał w nich posadzić drzewa. „Czy nie masz dzieci?” – zapytał nieznajomy – „które mogłyby ci pomóc w pracy?” „Nie” – odpowiedział chłop – „miałem syna, to prawda, ale dawno już poszedł w świat. Był to cwaniak; bystry i mądry, ale niczego się nie uczył i miał mnóstwo podstępów, w końcu uciekł ode mnie i od tamtej pory nic o nim nie słyszałem”.

Starzec wziął młode drzewo, umieścił je w dołku, wbił obok niego pal, nasypał trochę ziemi i mocno ją udeptał, po czym przywiązał pień drzewa powyżej, poniżej i pośrodku do pala słomianym sznurem.

„Ale powiedz mi” – rzekł nieznajomy – „dlaczego nie przywiążesz tego krzywego, sękatego drzewa, które leży tam w kącie, pochylone prawie do ziemi, do pala, żeby rosło prosto, tak jak te?”

Starzec uśmiechnął się i rzekł: „Panie, mówisz zgodnie ze swoją wiedzą, łatwo zauważyć, że nie znasz się na ogrodnictwie. To drzewo jest stare i zdeformowane, nikt nie potrafi go teraz wyprostować. Drzewa trzeba formować, póki są młode”. „Tak było z twoim synem” – powiedział nieznajomy – „gdybyś go wytresował, gdy był jeszcze młody, nie uciekłby; teraz i on musiał być twardy i zdeformowany”.

„Doprawdy, dawno go nie było” – odparł starzec – „musiał się zmienić”. „Czy rozpoznałbyś go ponownie, gdyby do ciebie zawitał?” – zapytał nieznajomy. „Nie po twarzy” – odparł chłop – „ale ma znamię na ramieniu, znamię od urodzenia, które wygląda jak fasola”. Gdy to powiedział, nieznajomy zdjął płaszcz, obnażył ramię i pokazał chłopu fasolę.

„Dobry Boże!” zawołał starzec, „naprawdę jesteś moim synem!” i miłość do dziecka zbudziła się w jego sercu. „Ale” – dodał – „jak możesz być moim synem, skoro zostałeś wielkim panem i żyjesz w bogactwie i luksusie? Jak ci się to udało?” „Ach, ojcze” – odpowiedział syn – „młode drzewo nie było przywiązane do żadnego słupa i wykrzywiło się, teraz jest za stare, nigdy już nie będzie proste.

Skąd to wszystko mam? Zostałem złodziejem, ale nie bój się, jestem mistrzem-złodziejem. Nie ma dla mnie ani zamków, ani zasuw, cokolwiek zapragnę, jest moje. Nie myśl, że kradnę jak zwykły złodziej, biorę tylko trochę z nadmiaru bogatych. Biedni są bezpieczni, wolę im dać, niż cokolwiek od nich wziąć. Tak samo jest z tym, co mogę mieć bez trudu, sprytem i zręcznością, nigdy tego nie tknę”. „Ach, mój synu” – powiedział ojciec – „to wciąż mi się nie podoba, złodziej to wciąż złodziej, powiadam ci, że to się źle skończy”. Zaprowadził go do matki, a gdy usłyszała, że ​​to jej syn, zapłakała z radości, ale gdy powiedział jej, że został mistrzem-złodziejem, dwa strumienie spłynęły jej po twarzy. W końcu rzekła: „Nawet jeśli został złodziejem, to wciąż jest moim synem, a moje oczy znów go ujrzały”.

Usiedli do stołu i znów zjadł z rodzicami nędzne jedzenie, którego tak długo nie jadł. Ojciec rzekł: „Jeśli nasz Pan, hrabia tam na górze, dowie się, kim jesteś i jaki zawód wykonujesz, nie weźmie cię w ramiona i nie ukołysze, jak to robił, gdy trzymał cię przy chrzcielnicy, lecz sprawi, że będziesz huśtał się na uwięzi”. „Bądź spokojny, ojcze, nie zrobi mi nic złego, bo znam się na swoim fachu. Sam pojadę do niego jeszcze dziś”. Gdy nadszedł wieczór, mistrz złodziejski wsiadł do powozu i pojechał do zamku. Hrabia przyjął go uprzejmie, gdyż uważał go za wybitnego człowieka. Kiedy jednak nieznajomy dał się poznać, hrabia zbladł i przez jakiś czas milczał.

W końcu rzekł: „Jesteś moim chrześniakiem i dlatego miłosierdzie zajmie miejsce sprawiedliwości, a ja potraktuję cię łagodnie. Skoro szczycisz się tym, że jesteś mistrzem złodziei, wystawię twój kunszt na próbę, ale jeśli nie wytrzymasz próby, musisz poślubić córkę powroźnika, a krakanie kruka będzie twoją muzyką w tej chwili”. „Panie hrabio” – odpowiedział mistrz złodziei – „pomyśl o trzech rzeczach, tak trudnych, jak zechcesz, a jeśli nie wykonam twoich obowiązków, zrób ze mną, co zechcesz”.

Hrabia zastanawiał się przez kilka minut, po czym rzekł: „No więc, po pierwsze, ukradniesz konia, którego trzymam dla siebie, ze stajni; po drugie, ukradniesz prześcieradło spod ciał mojej żony i mnie, kiedy śpimy, bez naszej wiedzy, a także obrączkę ślubną mojej żony; po trzecie i ostatnie, ukradniesz z kościoła proboszcza i duchownego. Zapamiętaj, bo od tego zależy twoje życie”.

Mistrz złodziejski udał się do najbliższego miasta; tam kupił ubranie starej wieśniaczki i włożył je. Następnie ubrudził sobie twarz na brązowo i namalował na niej zmarszczki, żeby nikt go nie rozpoznał. Następnie napełnił małą beczułkę starym węgierskim winem, do którego dodano mocny napój nasenny. Włożył beczułkę do koszyka, który wziął na plecy i ruszył powolnym, chwiejnym krokiem do zamku hrabiego. Było już ciemno, gdy dotarł na miejsce.

Usiadł na kamieniu na dziedzińcu i zaczął kaszleć jak astmatyczna staruszka, i pocierać ręce, jakby mu było zimno. Przed drzwiami stajni kilku żołnierzy leżało wokół ognia; jeden z nich zauważył kobietę i zawołał do niej: „Podejdź bliżej, stara matko, i ogrzej się przy nas. Przecież nie masz łóżka na noc i musisz wziąć, gdzie możesz”. Staruszka podeszła do nich chwiejnym krokiem, poprosiła, żeby zdjęły kosz z jej pleców i usiadła obok nich przy ogniu. „Co masz w swojej małej beczułce, staruszko?” zapytał jeden z nich. „Dobry łyk wina” – odpowiedziała. „Żyję z handlu, za pieniądze i dobre słowo jestem gotowa dać ci kieliszek”.

„Napijmy się więc tutaj” – powiedział żołnierz, a po skosztowaniu jednego kieliszka powiedział: „Kiedy wino jest dobre, chcę nalać sobie jeszcze jeden” i kazał sobie nalać kolejny, a reszta poszła za jego przykładem. „Cześć, towarzysze” – zawołał jeden z nich do tych, którzy byli w stajni – „oto stara snobka, która ma wino tak stare jak ona; napijcie się, rozgrzeje wam żołądki o wiele lepiej niż nasz ogień”.

Staruszka zaniosła beczkę do stajni. Jeden z żołnierzy usiadł na osiodłanym koniu wierzchowym, drugi trzymał w ręku uzdę, trzeci chwycił go za ogon. Nalewali, ile chcieli, aż źródło wyschło. Wkrótce uzdę wypadła jednemu z nich, upadł i zaczął chrapać, drugi puścił ogon, położył się i chrapał jeszcze głośniej.

Ten, który siedział w siodle, pozostał w siodle, lecz głowę pochylił niemal do końskiej szyi i spał, dmuchając pyskiem jak miech kowalstwa. Żołnierze na zewnątrz spali już od dawna i leżeli na ziemi nieruchomo, jak martwi. Kiedy majster złodziejski zobaczył, że mu się udało, dał pierwszemu powróz w rękę zamiast uzdy, a drugiemu, który trzymał ogon, snop słomy, ale co miał zrobić z tym, który siedział na grzbiecie konia? Nie chciał go zrzucić, bo ten mógł się obudzić i krzyknąć.

Miał dobry pomysł. Odpiął popręgi siodła, przywiązał kilka lin, które zwisały z kółka na ścianie, przymocowanych do siodła, i uniósł śpiącego jeźdźca w powietrze, po czym owinął linę wokół słupów i ją umocował. Szybko uwolnił konia z łańcucha, ale gdyby przejechał po kamienistym bruku dziedzińca, usłyszeliby hałas w zamku. Owinął więc kopyta konia starymi szmatami, ostrożnie wyprowadził go, wskoczył na niego i pogalopował.

O świcie pan pogalopował do zamku na skradzionym koniu. Hrabia właśnie wstał i wyglądał przez okno. „Dzień dobry, panie hrabio” – zawołał – „oto koń, którego bezpiecznie wyprowadziłem ze stajni! Spójrz tylko, jak pięknie leżą tam twoi żołnierze i śpią; a jeśli zechcesz, wejdź do stajni, zobaczysz, jak wygodnie ją sobie urządzili twoi strażnicy”.

Hrabia nie mógł powstrzymać się od śmiechu, po czym powiedział: „Raz ci się udało, ale drugi raz nie pójdzie tak dobrze i ostrzegam cię, że jeśli przyjdziesz do mnie jako złodziej, potraktuję cię jak złodzieja”. Kiedy hrabina położyła się spać tej nocy, mocno zacisnęła dłoń z obrączką, a hrabia powiedział: „Wszystkie drzwi są zamknięte na klucz i zaryglowane, będę czuwał i czekał na złodzieja, ale jeśli wejdzie przez okno, zastrzelę go”.

Mistrz złodziejski poszedł jednak w ciemności do szubienicy, odciął biednego grzesznika, który wisiał tam na stryczku, i zaniósł go na plecach do zamku. Następnie ustawił drabinę do sypialni, wziął zwłoki na ramiona i zaczął się wspinać. Gdy wspiął się tak wysoko, że głowa zmarłego wystawała w oknie, hrabia, który czuwał w swoim łóżku, strzelił do niego z pistoletu, a natychmiast pan pozwolił biednemu grzesznikowi spaść i schował się w kącie. Noc była wystarczająco oświetlona księżycem, aby pan wyraźnie widział, jak hrabia dostał się przez okno na drabinę, zszedł, zaniósł zwłoki do ogrodu i zaczął kopać dół, w którym je położył.

„Teraz” – pomyślał złodziej – „nadszedł sprzyjający moment”. Zwinnie wymknął się z kąta i wspiął po drabinie prosto do sypialni hrabiny. „Kochana żono” – zaczął głosem hrabiego – „złodziej nie żyje, ale w końcu to mój chrześniak i był raczej łotrem niż łotrem. Nie wystawię go na publiczne pośmiewisko; zresztą żal mi rodziców. Sam go pochowam przed świtem w ogrodzie, żeby nikt się nie dowiedział, więc daj mi prześcieradło, owinę w nie ciało i pochowam go tak, jak pies grzebie, drapiąc”.

Hrabina podała mu kartkę. „Powiem ci” – kontynuował złodziej – „mam napad wielkoduszności, daj mi też ten pierścień, ten nieszczęśnik ryzykował dla niego życie, więc może go zabrać ze sobą do grobu”. Nie sprzeciwiła się hrabiemu i choć zrobiła to niechętnie, zdjęła pierścień z palca i dała mu go. Złodziej uciekł z obiema rzeczami i bezpiecznie dotarł do domu, zanim hrabia w ogrodzie skończył grzebać.

Jaką długą minę zrobił hrabia, gdy pan przyszedł następnego ranka i przyniósł mu prześcieradło i pierścień. „Czy jesteś czarownikiem?” powiedział, „Kto cię wyciągnął z grobu, w którym sam cię złożyłem, i przywrócił cię do życia?” „Nie pochowałeś mnie”, powiedział złodziej, „lecz biednego grzesznika na szubienicy”, i opowiedział mu dokładnie, jak wszystko się wydarzyło, a hrabia był zmuszony przyznać się przed nim, że był sprytnym, przebiegłym złodziejem. „Ale jeszcze nie dotarłeś do końca”, dodał, „musisz jeszcze wykonać trzecie zadanie, a jeśli ci się nie uda w tym, wszystko na nic”. Pan uśmiechnął się i nie odpowiedział.

Gdy zapadła noc, poszedł z długim workiem na plecach, tobołkiem pod pachą i latarnią w ręku do wiejskiego kościoła. W worku miał kilka krabów, a w tobołku krótkie świece woskowe. Usiadł na cmentarzu, wyjął kraba i umieścił na plecach woskową świeczkę. Następnie zapalił małą lampkę, postawił kraba na ziemi i pozwolił mu się czołgać. Wyjął drugiego z worka i potraktował go tak samo, i tak dalej, aż ostatni wyjął z worka. Następnie włożył długą czarną szatę, która wyglądała jak mnisi kaptur, i przykleił siwą brodę do brody. Kiedy w końcu stał się zupełnie nie do poznania, wziął worek, w którym były kraby, wszedł do kościoła i wszedł na ambonę.

Zegar na wieży właśnie wybijał dwunastą; gdy zabrzmiał ostatni dźwięk, zawołał donośnym i przenikliwym głosem: „Słuchajcie, grzeszni ludzie, nadszedł koniec wszystkiego! Zbliża się dzień ostateczny! Słuchajcie! Słuchajcie! Kto chce iść ze mną do nieba, musi wpełznąć do worka. Ja jestem Piotr, który otwiera i zamyka bramy niebios. Spójrzcie, jak umarli, tam na zewnątrz, na cmentarzu, błąkają się, zbierając swoje kości. Chodźcie, chodźcie i wpełznijcie do worka; świat wkrótce zostanie zniszczony!”

Krzyk rozbrzmiał echem po całej wsi. Proboszcz i urzędnik mieszkający najbliżej kościoła usłyszeli go pierwsi i widząc światła poruszające się po cmentarzu, zauważyli, że dzieje się coś niezwykłego i weszli do kościoła.

Słuchali kazania przez chwilę, po czym duchowny szturchnął proboszcza i powiedział: „Nie byłoby źle, gdybyśmy wykorzystali tę okazję razem i zanim nastanie świt ostatniego dnia, znaleźli łatwy sposób, aby dostać się do nieba”. „Prawdę mówiąc”, odpowiedział duchowny, „sam o tym myślałem, więc jeśli masz ochotę, wyruszymy w drogę”. „Tak”, odpowiedział duchowny, „ale ty, pastorze, masz pierwszeństwo, pójdę za tobą”.

Proboszcz poszedł więc pierwszy i wszedł na ambonę, gdzie mistrz otworzył worek. Proboszcz wślizgnął się pierwszy, a potem duchowny. Mistrz natychmiast mocno zawiązał worek, chwycił go w połowie i ciągnął po stopniach ambony, a za każdym razem, gdy głowy dwóch głupców uderzały o stopnie, wołał: „Idziemy przez góry”.

Potem poprowadził ich przez wieś w ten sam sposób, a gdy przechodzili przez kałuże, krzyknął: „Teraz lecimy przez mokre chmury”, a gdy w końcu wciągnął ich na schody zamku, krzyknął: „Teraz jesteśmy na schodach nieba i wkrótce będziemy na zewnętrznym dziedzińcu”. Gdy dotarł na górę, wepchnął worek do gołębnika, a gdy gołębie zaczęły trzepotać skrzydłami, powiedział: „Słuchajcie, jak radują się aniołowie i jak trzepoczą skrzydłami!” Następnie zamknął im drzwi na zasuwę i odszedł.

Następnego ranka udał się do hrabiego i powiedział mu, że wykonał również trzecie zadanie i wyniósł proboszcza i urzędnika z kościoła. „Gdzie ich zostawiłeś?” zapytał pan. „Leżą na górze w worku w gołębniku i wyobrażają sobie, że są w niebie”. Hrabia sam poszedł i przekonał się, że pan powiedział prawdę.

Kiedy uwolnił proboszcza i urzędnika z niewoli, rzekł: „Jesteś arcyzłodziejem i wygrałeś zakład. Raz ujdziesz cało, ale uważaj, żebyś opuścił moją ziemię, bo jeśli kiedykolwiek postawisz na niej stopę, możesz liczyć na wyniesienie na szubienicę”. Arcyzłodziej pożegnał się z rodzicami, ponownie wyruszył w szeroki świat i od tamtej pory nikt o nim nie słyszał.