W Wielkim Karroo panowała zima. Wieczorne powietrze było tak rześkie i ostre, że wydawało się, słyszeć pęknięcie szronu, które tworzyło się na skąpej roślinności. skraal windje Powiało z odległych gór, niosąc ze sobą mieszankę zapachów krzewów karru, pastwisk dla owiec i dymu z chat kafirów – żaden z nich, być może, nie był sam w sobie pożądany, ale wszystkie tak zmieszane i oczyszczone w tej rzadkiej, czystej atmosferze, i tak podporządkowane ożywczej świeżości, że Pietie van der Merwe kilkakrotnie wciągnął powietrze z przyjemnością, wpatrując się w blade światło księżyca nad dolną połową dzielonych drzwi. Potem, z lekkim mimowolnym dreszczem, zamknął górną część i zwrócił się ku czerwonemu cieple mruczącego ognia, który Willem podsycał kolbami mąki z kosza obok.
Mały Jan siedział w kącie szerokiego, staromodnego, zardzewiałego kominka, jego duże, szare oczy wpatrywały się z tęsknotą w czerwone serce ognia, podczas gdy jego dłoń roztargniona głaskała Torry'ego, foksteriera, który zwinął się obok niego.
Matka, siedząca w dużym fotelu madeira przy stoliku bocznym, ziewnęła lekko nad książką, bo gospodyni farmy karroo, zimą czy latem, prowadzi pracowite życie, a pod koniec dnia jest gotowa udać się na zasłużony odpoczynek.
Pietie wyciągnął ręce w stronę ognia, od czasu do czasu odwracając głowę w stronę drzwi na drugim końcu pokoju. Wkrótce się otworzyły i pojawił się ojciec, swobodnie i bez pośpiechu, jakby takie czynności jak strzyżenie, zanurzanie i oranie nie były częścią jego codziennej pracy. Tylko zdrowa opalenizna, szerokie ramiona i cała dobrze rozwinięta sylwetka świadczyły o jego intensywnym życiu na świeżym powietrzu. Jego wzrok z przyjemnością spoczywał na widoku przed nim – jasnym ogniu, rzucającym blask i cienie na pomalowane ściany i polerowane boazerie, nadając wszystkiemu ogólny, przytulny charakter; stole zastawionym do kolacji; towarzystwie przy kominku; i jego drogiej towarzyszce, która była odpowiedzialna za wygodę i szczęście jego dobrze urządzonego domu.
Po chwili podążyła za nim kuzynka Minnie, młoda guwernantka o promiennej twarzy. Ich przybycie wywołało poruszenie wśród dzieci. Mały Jan powoli oderwał wzrok od ognia i z większą energią, niż można by się spodziewać po jego rozmarzonym spojrzeniu, popychał i szturchał śpiącego teriera wzdłuż rdzawego nasypu, aby zrobić miejsce kuzynce Minnie.
Pietie podbiegł do ojca.Teraz Czy mogę iść i zawołać Outę Karela? - zapytał z zapałem i po uspokojeniu odpowiedział: „Tak, mój chłopcze” i pobiegł dalej.
Dziwna postać pojawiła się na jego wezwanie, powłócząc nogami, schylając się, zatrzymując, aż w końcu wyłoniła się w blasku ognia. Obcemu można by wybaczyć ucieczkę w panice, bo nowoprzybyły wyglądał niczym prastary, muskularny goryl w ludzkim ubraniu, stąpający niepewnie na tylnych łapach.
Miał niecałe cztery stopy wzrostu, nieproporcjonalnie szerokie ramiona i biodra oraz długie ramiona, których dłonie sięgały do połowy między kolanami a kostkami. Jego kończyny dolne odziane były w niepozorne szaty uszyte ze skór dzikich kotów i lisów; wyblakły brązowy płaszcz, który sądząc po jego rozmiarach, najwyraźniej należał kiedyś do jego pana, sięgał mu niemal do kolan; gdy zdjął bezkształtny filcowy kapelusz, dostrzeżono czerwony kopdoek ciasno owinięty wokół jego głowy. Nikt nigdy nie widział Outa Karela bez kopdoek, ale mówiono, że głowa, którą okrywał, była gładka i pozbawiona sierści jak strusie jajo.
Jego żółtobrązowa twarz była siecią zmarszczek, na których płaski nos szeroko rozpościerał się między wysokimi kośćmi policzkowymi; oczy, głęboko osadzone w czaszce, błyszczały ciemnymi i paciorkowatymi oczami niczym małe, złośliwe oczy węża wyzierającego z cienia dziury w skale. Szerokie usta wykrzywiły się w ujmującym uśmiechu, który rozciągał się od ucha do ucha, gdy mrugając i mrużąc swoje błyszczące małe oczka, obracał swój stary kapelusz w szponiastych dłoniach i próbował złożyć hołd swemu panu i pani.
Próba nie powiodła się z powodu sztywności stawów, ale nigdy nie zawiodła tych, którzy niezliczoną ilość razy widzieli ją powtarzaną. Dla tych, którzy widzieli ją po raz pierwszy, było to coś, co należało zapamiętać – groteskowa, nieproporcjonalna sylwetka; małpia twarz, a jednak tak osobliwie ludzka; humor i życzliwość błyszcząca w przepastnych oczach, które zdawały się wyrażać jedynie złośliwość i przebiegłość; długie, machające ramiona i krzywe palce; żółta skóra niczym zmięty arkusz gumy indyjskiej rozciągnięty w tuzin różnych kierunkach.
Że był utalentowanym aktorem i, żeby nie przesadzać, starym oszustem z czasów pierwszej wody, to rzecz oczywista, gdyż cechy te są wrodzone jego rodzimej naturze. Ale pomimo tego i niesamowitości jego wyglądu, było w Outa Karel coś, co przyciągało do niego. Jego prawdziwego oddania panu i „pięknej rodzinie Van der Merwe” nie można było kwestionować; a ponad wszystko czuło się, że jest on przedstawicielem rasy wyrzutków, jednym z niewielu pierwotnych mieszkańców, którzy przetrwali zalew cywilizacji; którzy, nie znając żadnego prawa poza prawem posiadania, zostali przestraszeni i wypędzeni ze swoich szczęśliwych terenów łowieckich, najpierw przez Hotentotów, potem przez potężnych Bantu, a później przez jeszcze bardziej przerażające plemiona o bladych twarzach zza mórz. Choć pochodzenie Buszmena ginie w mrokach starożytności, jego podbój przez Hotentotów jest kwestią historii i powszechnie wiadomo, że zwycięzcy, mordując mężczyzn, mieli w zwyczaju brać sobie żony spośród kobiet pokonanego plemienia. Stąd fakt, że doskonały okaz Buszmena jest Rzadkie avisnawet w miejscach, w których – jak wiadomo – pozostały ostatnie ich pozostałości.
Outa Karela trudno byłoby nazwać doskonałym przedstawicielem pierwotnej rasy, gdyż, choć zawsze mówił o sobie, że jest w pełni Buszmenem, to jednak wykazywał silne cechy Hotentota, co było szczególnie widoczne w jego budowie ciała.
Mówił po holendersku, dziwnie ekspresyjnym głosem, właściwym tym ludziom, teraz już słodkim jak miód z powodu szacunku, jaki czuł dla swoich przełożonych.
„Ach toch! Dobranoc, Baas. Dobranoc, Nooi. Dobranoc, Nonnie i moje małe baasjes. Wybaczcie, że ten stary Buszmen nie pochyla się na powitanie; wola jest, ale kolana ma za sztywne. Dziękuję, dziękuję, mój baasje” – Pietie wyciągnął spod biurka w niszy niski stołek, pokryty skórą skocznika, i przysunął go do siebie. Usiadł na nim powoli i ostrożnie, z głośnym skrzypieniem stawów i wieloma dziwnymi, tubylczymi okrzykami.
Mała grupka ułożyła się na nowo. Kuzynka Minnie siedziała w przytulnym kąciku rdzawego banku, przy ścianie, mały Jan obok niej, z głową wtuloną w nią, a Torry z głową na jego kolanach – ta uwaga miała zrekompensować jego niedawną, pozorną nieuprzejmość i odepchnięcie.
Pappa z czasopismem siedział na drugim końcu rdzawego stosu, gdzie mógł, jeśli chciał, rozmawiać z mamą cicho albo zerknąć, jak idzie jej czytanie książki. Willem odsunął koszyk, żeby wygodniej ułożyć się na kolanach kuzynki Minnie, gdy siedział na podłodze, a Pietie siedział na małym krzesełku tuż przed kominkiem.
W centrum uwagi znajdował się osobliwy staruszek, który, przekazawszy swoje obowiązki dzieciom i wnukom, żył jako uprzywilejowany emeryt w rodzinie van der Merwe, której tak wiernie służył przez trzy pokolenia. Blask ognia igrał na jego osobliwej postaci z niezwykłym efektem, oświetlając raz jedną jej część, raz drugą, odsłaniając jego zadziwiająco małe dłonie i krzywe palce, gdy wskazywał i gestykulował nieustannie – bo ci ludzie mówią równie gestami, co dźwiękami – i rzucał przesadzone cienie na ścianę.
Była to ulubiona godzina dzieci, gdy kończył się krótki, zimowy dzień, a w przerwie między zapadnięciem zmroku a kolacją ich kochany Outa Karel mógł wejść i opowiedzieć im historie.
Były to historie osobliwe i cudowne – opowieści o duchach i olbrzymach, dobrych i złych duchach, zwierzętach, które mówiły, ptakach, bestiach i owadach, które wywierały cudowny wpływ na losy niczego niepodejrzewającej ludzkości. Ale najbardziej ekscytujące ze wszystkich były chyba osobiste doświadczenia Outy Karela – przygody na łące i w górach z lwem, tygrysem, szakalem i krokodylem, które nie są już udziałem śmiertelnika.
Dzieci słuchały z szeroko otwartymi oczami i zapartym tchem, a nawet starsi, poświęcając na chwilę uwagę od książki czy pisania, odczuwali dreszcz podniecenia, niezdolni do określenia, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fikcja, tak nierozerwalnie były one ze sobą splecione, gdy ten stary Jago z pustyni snuł swoje romanse.
„A teraz, Outa, opowiedz nam jakąś miłą historię, najmilejszą jaką znasz” – powiedział mały Jan, tuląc się mocniej do kuzynki Minnie i wydając rozkazy tak, jak mógłby to zrobić autokrata z „Baśni tysiąca i jednej nocy”.
„Ach! Ale klein baas, ten głupi stary czarny nie zna żadnych nowych opowieści, tylko stare o Jakhals i Leeuw, a jak może je nawet opowiedzieć, skoro ma sucho w gardle – ach, tak sucho od kurzu z kraalów?”
Zmusił się do bulgoczącego kaszlu, a jego małe oczy błyszczały wyczekująco. Nagle drgnął z dobrze udawanym zaskoczeniem i uśmiechnął się promiennie do Pietiego, który stał obok niego z soopje w szklance, przeznaczonej specjalnie dla niego.
To był conocny spektakl. Nigdy nie zapominano o namaszczeniu, ale często celowo je opóźniano, by sprawdzić, pod jakim pretekstem Outa zwróci uwagę na fakt, że nie zostało ono podane. Ból gardła, ból głowy, ból brzucha, przeziębienie, upał, reumatyzm, starość, urodziny (wymyślone na tę okazję), zabicie węża czy ujeżdżanie młodego konia – wszystko to służyło jako pretekst do tego uświęconego tradycją zwyczaju.
„Dziękuję, dziękuję, mij klein koning. Gezondheid dla Baasa, Nooi, Nonnie i pięknej rodziny van der Merwe”. Uniósł szklankę, wypił jej zawartość i cmoknął z aprobatą. „Ach! Gdyby Buszmen miał szyję jak struś! Jakże pysznie smakowałby soopje aż do samego końca! Teraz znów jestem silny; teraz jestem gotowy opowiedzieć historię Jakhalsa i Oom Leeuw”.
– O Oomie Leeuwie niosącym Jakhalsa na plecach? zapytał Willema.
„Nie, baasje. To zupełnie inna sprawa.”
I za pomocą wielu dziwnych gestów, naśladując każdą czynność i zmieniając głos, by pasować do poszczególnych postaci, starzec zaczął: