Niedaleko dużej rzeki, pomiędzy dwiema wysokimi górami, dawno, dawno temu, w chacie mieszkali pewien mężczyzna i jego żona. Wokół chaty rozciągał się gęsty las i nie było w całym lesie ani jednej ścieżki, ani jednego drzewa, które nie byłyby znane chłopu z dzieciństwa. Podczas jednej ze swoich wędrówek zaprzyjaźnił się z zającem i niejednokrotnie spędzali razem czas, gdy mężczyzna odpoczywał przy drodze, jedząc obiad.
Tę dziwną przyjaźń obserwował Tanuki, okrutny, kłótliwy stwór, który nienawidził chłopa i nigdy nie miał dość wyrządzania mu krzywdy. Raz po raz zakradał się do chaty i znajdując jakiś ulubiony kęs odłożony dla małego zajączka, albo go zjadał, jeśli uważał za smaczny, albo tratował na kawałki, żeby nikt inny go nie dostał, aż w końcu chłop stracił cierpliwość i postanowił wypić krew Tanukiego.
Tak więc przez wiele dni mężczyzna leżał ukryty, czekając na przybycie Tanukiego, a gdy pewnego ranka wyruszył drogą, myśląc tylko o obiedzie, który miał ukraść, chłop rzucił się na niego i mocno związał mu cztery nogi, tak że nie mógł się ruszyć. Potem radośnie zaciągnął wroga do domu, czując, że w końcu pokonał złośliwą bestię, która wyrządziła mu tyle krzywd. „Zapłaci za to własną skórą” – powiedział żonie. „Najpierw go zabijemy, a potem ugotujemy”. To powiedziawszy, powiesił Tanukiego głową w dół na belce i wyszedł, by zebrać drewno na ogień.
Tymczasem staruszka stała przy moździerzu, tłukąc tłuczkiem, od którego ciężaru bolały ją ramiona, danie, które miało im służyć przez tydzień. Nagle usłyszała coś skomlącego i płaczącego w kącie, i przerwawszy pracę, rozejrzała się, by zobaczyć, co to jest. To było wszystko, czego pragnął łobuz, więc natychmiast przybrał najskromniejszą minę i najłagodniejszym głosem zaczął błagać kobietę o rozluźnienie więzów, które go boleśnie bolały. Przepełniała ją litość nad nim, lecz nie odważyła się go uwolnić, wiedząc, że mąż będzie bardzo zły. Tanuki jednak nie rozpaczał i widząc, że jej serce zmiękło, zaczął się modlić na nowo. „Prosił tylko o zdjęcie z siebie więzów” – powiedział. „Przysięga, że nie będzie próbował uciekać, a jeśli raz zostanie uwolniony, będzie mógł wkrótce ubić dla niej ryż”. „W takim razie możesz trochę odpocząć” – ciągnął – „bo tłuczenie ryżu to bardzo męcząca praca i zupełnie nieodpowiednia dla słabych kobiet”. Te ostatnie słowa roztopiły poczciwą kobietę doszczętnie, a ona rozwiązała więzy, które go trzymały. Biedne, głupie stworzenie! W jednej chwili Tanuki schwytał ją, zdarł z niej ubranie i wrzucił do moździerza. Po kilku minutach była tłuczona na miazgę jak ryż; i nie poprzestając na tym, Tanuki postawił garnek na palenisku i przygotował chłopu obiad z mięsa jego własnej żony!
Gdy wszystko było gotowe, wyjrzał przez drzwi i zobaczył starca wychodzącego z lasu, niosącego dużą paczkę drewna. Błyskawicznie Tanuki nie tylko włożył ubranie kobiety, ale jako magik przybrał również jej postać. Następnie wziął drewno, rozpalił ogień i wkrótce zastawił duży obiad przed starcem, który był bardzo głodny i na chwilę zapomniał o swoim wrogu. Lecz gdy Tanuki zobaczył, że najadł się do syta i będzie myślał o swoim więźniu, pospiesznie zrzucił ubranie za drzwiami i przybrał swoją postać. Następnie rzekł do chłopa: „Jesteś miłym człowiekiem, skoro chwytasz zwierzęta i mówisz o ich zabijaniu! Wpadłeś we własną sieć. Zjadłeś własną żonę, a jeśli chcesz znaleźć jej kości, wystarczy zajrzeć pod podłogę”. Z tymi słowami odwrócił się i ruszył w stronę lasu.
Stary wieśniak zmroził się z przerażenia, słuchając, i zdawał się zastygnąć w bezruchu. Gdy trochę ochłonął, zebrał kości zmarłej żony, pochował je w ogrodzie i poprzysiągł nad grobem, że pomści się na Tanuki. Po wszystkim usiadł w swojej samotnej chacie i gorzko zapłakał, a najbardziej gorzką myślą ze wszystkich było to, że nigdy nie zapomni, że zjadł własną żonę.
Podczas gdy tak płakał i zawodził, minął go przyjaciel, zając. Słysząc hałas, nadstawił uszu i wkrótce rozpoznał głos starca. Zastanawiał się, co się stało, wsunął głowę przez drzwi i zapytał, czy coś się stało. Z płaczem i jękiem chłop opowiedział mu całą straszną historię, a zając, przepełniony gniewem i współczuciem, pocieszał go, jak mógł, i obiecał pomóc mu w zemście. „Fałszywy łotr nie ujdzie bezkarnie” – powiedział.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było przeszukanie domu w poszukiwaniu składników do sporządzenia maści, którą obficie posypał pieprzem, a następnie schował do kieszeni. Następnie wziął siekierę, pożegnał się ze starcem i udał się do lasu. Skierował się do mieszkania Tanukiego i zapukał do drzwi. Tanuki, który nie miał powodu podejrzewać zająca, bardzo się ucieszył na jego widok, gdyż od razu zauważył siekierę i zaczął snuć plany, jak ją zdobyć.
Aby to uczynić, pomyślał, że lepiej będzie zaoferować się zającowi, który będzie mu towarzyszył, co było dokładnie tym, czego zając pragnął i oczekiwał, ponieważ znał całą przebiegłość Tanukiego i rozumiał jego małe zwyczaje. Przyjął więc towarzystwo urwisa z radością i zrobiło mu się bardzo miło, gdy spacerowali. Gdy tak wędrowali przez las, zając nieostrożnie uniósł w locie topór i ściął kilka grubych gałęzi zwisających nad ścieżką, ale w końcu, po ścięciu dobrego, dużego drzewa, co kosztowało go wiele silnych ciosów, oświadczył, że jest ono dla niego za ciężkie do zaniesienia do domu i musi je po prostu zostawić tam, gdzie jest. To ucieszyło chciwego Tanukiego, który powiedział, że nie będą dla niego żadnym ciężarem, więc zebrali duże gałęzie, które zając mocno przywiązał sobie do grzbietu. Potem wesoło pobiegł do domu, a zając podążał za nim z lżejszym tobołkiem.
W tym momencie zając zdecydował, co zrobi, i gdy tylko przybyli, cicho podpalił drewno na grzbiecie Tanukiego. Tanuki, zajęty czymś innym, niczego nie zauważył i tylko zawołał, by zapytać, co oznacza trzask, który usłyszał. „To tylko grzechot kamieni staczających się po zboczu góry” – powiedział zając; a Tanuki był zadowolony i nie skomentował tego dalej, nie zauważając, że hałas rzeczywiście pochodzi z płonących gałęzi na jego grzbiecie, dopóki jego futro nie stanęło w płomieniach i nie było prawie za późno, by je ugasić. Krzycząc z bólu, upuścił płonące drewno z grzbietu i tupał, i wył z bólu. Ale zając pocieszył go i powiedział, że zawsze nosi przy sobie doskonały plaster na wypadek potrzeby, który przyniesie mu natychmiastową ulgę, i wyjąwszy maść, rozsmarował ją na liściu bambusa i przyłożył do rany. Zaledwie go dotknął, Tanuki skoczył z krzykiem w powietrze, a zając roześmiał się i pobiegł, by opowiedzieć swemu przyjacielowi, chłopu, jaki podstęp spłatał ich wrogowi. Starzec jednak pokręcił głową ze smutkiem, wiedząc, że złoczyńca został zmiażdżony tylko na chwilę i że wkrótce się na nich zemści. Nie, jedynym sposobem na odzyskanie spokoju było unieszkodliwienie Tanuki na zawsze. Starzec i zając długo zastanawiali się, jak to zrobić, i w końcu postanowili, że zrobią dwie łódki, małą z drewna i dużą z gliny. Potem natychmiast zabrali się do pracy, a gdy łódki były gotowe i odpowiednio pomalowane, zając udał się do Tanuki, który wciąż był bardzo chory, i zaprosił go na wielkie łowienie ryb. Tanuki wciąż był zły na zająca za ten żart, ale był słaby i bardzo głodny, więc z radością przyjął propozycję i odprowadził zająca do brzegu rzeki, gdzie zacumowane były dwie łodzie, kołysane falami. Obie wyglądały identycznie, a Tanuki zauważył tylko, że jedna jest większa od drugiej i pomieści więcej ryb, więc wskoczył do większej, a zając wdrapał się do tej drewnianej. Poluzowali cumy i skierowali się na środek rzeki, a gdy byli już dość daleko od brzegu, zając chwycił wiosło i uderzył w drugą łódź tak mocno, że pękła na dwie części. Tanuki wpadł prosto do wody, gdzie zając trzymał go tam, aż zupełnie umarł. Wtedy włożył ciało do łodzi i popłynął do brzegu, mówiąc starcowi, że jego wróg w końcu nie żyje. A starzec cieszył się, że jego żona została pomszczona, wziął zająca do domu i żyli razem przez wszystkie dni w pokoju i ciszy na górze.