W swoim rozświetlonym kominkiem salonie, w swoim małym domku w Valley Forge, stary Michael Kuch siedzi i rozmawia z córką. Lecz choć jest Wigilia, rozmowa nie ma w sobie wiele radości. Godziny ciągną się, aż zegar wybija północ, a starzec ma właśnie odmówić wieczorną modlitwę za bezpieczeństwo syna, jednego z żołnierzy Waszyngtona, gdy nagle słychać pospieszne kroki na śniegu, ktoś szarpie zasuwkę, po czym drzwi otwierają się z hukiem i wpuszczają wychudzonego, dyszącego mężczyznę, który pospiesznie je zamyka, opada na krzesło i trzęsie się od stóp do głów. Dziewczyna podchodzi do niego. „John!”, mówi. Lecz on tylko odwraca twarz. „Co ci jest, Johnie Blake?”, pyta farmer. Lecz musi pytać raz po raz, zanim otrzyma odpowiedź. Wtedy drżącym głosem mężczyzna wyznaje, że próbował zastrzelić Waszyngtona, ale kula trafiła i zabiła jego jedynego sługę, dragona. Przybył po schronienie, bo ludzie już go ścigają. „Wiesz, że jestem neutralny w tej wojnie, Johnie Blake” – odpowiedział farmer – „chociaż mam tam chłopca w obozie. To było tchórzostwo i nienawidzę was, torysów, że nie walczycie jak mężczyźni; jednakże, skoro prosicie mnie o kryjówkę, dostaniecie ją, choć, wiedzcie, bardziej na dziewczynkę niż na waszą. Mężczyźni nadchodzą. Wychodzą – tędy – do zdroju. No więc!”
Zanim stary Michael zdążył wrócić na krzesło, drzwi znów się otwierają, tym razem przez mężczyzn w niebieskich i brązowych ubraniach. Żądają zabójcy, którego ślady wytropili tam na śniegu. Michael nie odpowiada. Zamierzają użyć przemocy, gdy przez otwarte drzwi wchodzi Washington, który powstrzymuje ich słowem. Generał niesie zwiotczałą postać z plamą krwi na piersi i kładzie ją na palenisku tak delikatnie, jak matka wkłada niemowlę do kołyski. Gdy światło ognia pada na nieruchomą twarz, oczy farmera robią się okrągłe i wielkie; wtedy krzyczy i pada na kolana, bo to jego syn leży tam. Obok niego leży pistolet; upuścił go torys, gdy wszedł. Chwytając go chciwie, farmer zrywa się na równe nogi. Jego lata odeszły. Z tygrysim pędem dopada drzwi, pędzi do domku zdrojowego, gdzie kuca John Blake, z zapadniętymi i błyszczącymi oczami, gryzie palce w szale przerażenia. Lecz choć nienawiść jest szybka, miłość jest szybsza, a dziewczyna zjawia się natychmiast po nim. Uderza go w ramię, a kula, którą wystrzelił, utkwiła w drewnie. Wyciąga nóż, a morderca, którego teraz ogarnął spokój rozpaczy, klęka i nadstawia pierś ostrzu. Zanim zdąży uderzyć, żołnierze spieszą się i chwytając Blake'a, wloką go do domu – małego pokoju – gdzie jeszcze kilka minut wcześniej panował taki spokój.
Winowajca staje twarzą w twarz z Waszyngtonem, który pyta go, jaką krzywdę wyrządzili mu rodacy, że zwraca się przeciwko nim w ten sposób. Blake zwiesza głowę i przyznaje się do gotowości śmierci. Jego wzrok spoczywa na postaci rozciągniętej na podłodze i drży; ale jego rysy ulegają niemal radosnej zmianie, gdyż postać unosi się i słabym głosem woła: „Ojcze!”. Młody mężczyzna żyje. Z okrzykiem radości ojciec i siostra unoszą go w ramionach. „Nie jesteś jeszcze gotowy na śmierć” – mówi Waszyngton do jeńca. „Będę cię trzymał pod strażą, dopóki nie będziesz poszukiwany. Zatrzymaj go, moja droga młoda damo, i spróbuj zrobić z niego Amerykanina. Widzisz, jest godzina pierwsza, a to poranek Bożego Narodzenia. Niech wszyscy będą tu szczęśliwi. Chodź”. Skinął na swoich ludzi i odjechał, choć Blake i jego narzeczona padliby przed nim na kolana. Odraza do uczuć, miłość, wdzięczność i ukryty patriotyzm spowodowały szybką przemianę w Blake’u. Kiedy młody Kuch wyzdrowiał, Blake wstąpił do jego pułku i żaden inny żołnierz nie służył sztandarowi bardziej honorowo.