Cichy chłopiec

Templeton Moss December 12, 2016
Humor, Dzieci, magia
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Dawno, dawno temu żyli sobie mężczyzna i kobieta, którzy byli w sobie bardzo zakochani, więc naturalnie wzięli ślub. Byli razem bardzo, bardzo szczęśliwi, ale z jednym małym problemem: byli boleśnie, beznadziejnie, niewiarygodnie, straszliwie biedni. Mieszkali w ruderze i żyli o chlebie i wodzie (jeśli mieli szczęście). Prawda jest taka, że ​​w ich królestwie w tamtym czasie brakowało pracy i żadne z nich nie mogło znaleźć dobrej posady. Wyobraźcie więc sobie ich rozpacz, gdy dowiedzieli się, że będą mieli dziecko.

Oczywiście, w normalnych okolicznościach posiadanie dziecka to wspaniała rzecz, a młodzi ludzie zawsze o nim marzyli. Niemniej jednak, musieli wyżywić dodatkowe gęby i ledwo wiązali koniec z końcem. Jak w ogóle mieliby się nim opiekować?

Pewnego dnia młoda żona, Marie, zbierała jagody w lesie, gdy usłyszała wołanie o pomoc. Poszła za głosem do źródła, którym okazała się stara wiedźma w spiczastym kapeluszu i z pasującym do niego nosem, która wołała: „Ratunku! Potwór mnie dopadł! Zaraz mnie zje! Nie mogę uciec! Ratunku!”.

„Nie ma cię żaden potwór” – powiedziała Marie. „Twoja peleryna po prostu zahaczyła się o gałąź drzewa”.

Czarownica odwróciła się i zobaczyła, że ​​Marie miała rację. Wydostał się z drzewa i powiedziała: „Dziękuję za pomoc, kochanie”.

„Tak naprawdę nic nie zrobiłem”.

„No cóż, odpowiedziałaś na wołanie o pomoc. To mi wystarczy. Pozwól, że w zamian zrobię dla ciebie coś miłego. Wiesz, że jestem czarownicą, więc umiem czarować!”

Marie pomyślała, że ​​to może być szansa, by pomóc sobie i swojej rodzinie. Opowiedziała czarownicy o ich ubóstwie i o tym, jak bardzo martwią się o opiekę nad dzieckiem, które miała urodzić.

„Hmmm, to trudne” – powiedziała czarownica. „Lepiej wróć do mnie, żebym mogła to rozwiązać”. Marie poszła więc za czarownicą do jej domu w lesie. Obserwowała, jak staruszka kartkuje księgi czarów i wrzuca pozornie przypadkowe składniki do bulgoczącego kotła. W końcu zanurzyła kubek w miksturze i podała ją Marie. „Magia ma to do siebie, że zawsze ma swoją cenę” – powiedziała, gdy Marie piła miksturę. „Nigdy niczego nie osiągniesz, nie rezygnując z czegoś innego. Ponieważ ty i twój mąż macie tak niewiele do stracenia, musiałam wykazać się kreatywnością”.

„No i co się z nami stanie?”

„Urodzisz syna. Pięknego chłopca. I zanim skończy dziesięć lat, wyprowadzi twoją rodzinę z ubóstwa i zapewni jej wielkie bogactwo i dobrobyt”.

„Brzmi wspaniale!”

„Ale nie może mówić, dopóki tego nie zrobi”.

"Co?"

„Uczyni ciebie i twojego męża bogatymi ponad wasze najśmielsze marzenia, ale do tego czasu nie powie ani słowa”.

„Jeśli nie potrafi mówić, w jaki sposób zamierza uczynić nas bogatymi ponad nasze najśmielsze marzenia?”
„Niech mnie diabli wezmą! To bajka!”

Kilka miesięcy później Marie urodziła pięknego chłopca, któremu nadali imię Declan. Płakał, chichotał, marudził i gruchał, ale nigdy nie mówił. Z niemowlęcia wyrósł na chłopca i nie mówił. Umiał czytać i pisać jak inni chłopcy w jego wieku, ale nie wypowiedział ani słowa.

Pomimo tej choroby (a może właśnie dzięki niej) Declan cieszył się w wiosce sympatią. Był całkiem sympatycznym chłopcem, zawsze miał przyjazny uśmiech i machał do każdego, pomagał innym, dzielił się zabawkami i tak dalej. Mimo to Marie często słyszała, jak sąsiedzi szepczą między sobą: „Jaka szkoda, że ​​nie potrafi mówić”. „Biedactwo”. „Co za tragedia”.

Pewnego pamiętnego dnia, księżniczka Kelly sama przejechała konno przez wioskę. Mały Declan pomyślał, że to najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widział, więc podarował jej kwiatek.

„Jaki z ciebie szlachetny dżentelmen” – powiedziała szesnastoletnia księżniczka. „A jak brzmi twoje królewskie imię?” Wyjaśniono jej, że Declan nie potrafi mówić, ale zamiast okazać litość, uśmiechnęła się i powiedziała: „Cóż, jest wiele rzeczy, których nie potrafię. Grać na pianinie, rozmawiać z kotami, przeliterować słowa „chryzantema”. Declan uśmiechnął się, a jego podniecenie jeszcze bardziej wzrosło, gdy obiecała pielęgnować dmuchawiec, który dawał jej przez całe życie, zanim wróci do pałacu.

Dobra wiadomość jest taka, że ​​sytuacja na rynku pracy nieco się poprawiła, a ojciec Declana, Byron, pracował jako sprzedawca w sklepie. Nadal nie było to zbyt opłacalne, ale przynajmniej bezpośrednie zagrożenie głodem zostało zażegnane. Pewnego dnia Byron przyniósł do domu trochę warzyw z pracy, żeby Marie mogła ugotować gulasz dla rodziny.

„Kochanie, zapomniałaś o ziemniakach” – powiedziała Marie.

„Och, przepraszam” – powiedział Byron. „Zaraz wrócę i…”

„Nie, miałeś ciężki dzień. Odpocznij. Declan” – powiedziała, wołając syna – „idź do sklepu taty i przynieś trochę ziemniaków. Pokaż je szefowi taty, będzie wiedział, żeby odliczyć je od pensji”.

Będąc grzecznym chłopcem, który zrobił, co mu kazano, Declan skinął głową i poszedł do sklepu. Gdy szedł ulicą, podbiegł do niego dziwnie wyglądający staruszek w brzydkim płaszczu i z białą brodą i powiedział: „Ty! Chłopcze! Weź to. Nie otwieraj, po prostu trzymaj przy sobie i nie dawaj nikomu oprócz mnie, dobrze? Dziękuję!”. I po tych słowach staruszek zniknął.

Chwilę później nadjechał rycerz na koniu i zatrzymał się, widząc Declana. „Ty! Chłopcze! Widziałeś przechodzącego tędy czarodzieja?” Declan oczywiście nic nie powiedział. „No i co? Widziałeś go? W którą stronę poszedł?” Declan nic nie powiedział. „Jeśli tak masz zamiar postępować, to jesteś aresztowany!” Złapał Declana i poniósł go do zamku, gdzie został doprowadzony przed oblicze samego króla.

„Sir Damian” – powiedział Król – „co to ma znaczyć? Dlaczego przyprowadziłeś tego chłopca do sali tronowej?”

„Myślę, że ma informacje o czarodzieju, który ukradł szmaragd, panie. Ale odmawia rozmowy.”

„Czy to prawda?” – zapytał Król Declana. „Wiesz coś o czarodzieju?” Declan milczał. „No to mów głośniej, chłopcze! Czemu nic nie mówisz?”

„Bo nie może, ojcze.”

Księżniczka Kelly właśnie weszła do sali tronowej. Nie zapomniała o słodkim chłopcu, który podarował jej kwiat. Kiedy jesteś piękną księżniczką, ludzie ciągle dają ci prezenty, a kwiaty są jednym z najpopularniejszych wyborów. Ale jakoś ten bezwartościowy dmuchawiec od biednego, niemego dziecka znaczył dla niej więcej niż największy bukiet od najbogatszego księcia.

Gdy sytuacja została wyjaśniona królowi, jego ton znacznie złagodniał. „Przykro mi, jeśli się boisz, młodzieńcze” – powiedział łagodnie do Declana. „Ale widzisz, stało się coś strasznego. Spójrz na moją koronę”. Declan spojrzał i zobaczył, że jest pokryta pięknymi klejnotami i kamieniami szlachetnymi… z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie ziewała dziura, jakby klejnot został wyjęty. „W tym pustym miejscu znajdował się kiedyś Królewski Szmaragd, symbol panowania mojej rodziny. Dwa dni temu do zamku przybył czarodziej, twierdząc, że chce służyć jako mój nadworny magik. Zamiast tego ukradł szmaragd i zniknął. Sir Damian najwyraźniej myślał, że coś ukrywasz, skoro nie odpowiadałeś na jego pytania”.

Król dał Declanowi kilka złotych monet w ramach przeprosin, a księżniczka Kelly zaoferowała mu podwiezienie do domu. Kiedy jednak dotarli do jego domu, zastali czarodzieja czekającego na powrót chłopca. Księżniczka Kelly była zdezorientowana i trochę zła, ale czarodziej wszystko wyjaśnił:

„Tak, ukradłem szmaragd twojego ojca, ale tylko dlatego, że potrzebowałem go do magicznego zaklęcia, nad którym pracowałem. Wiedziałem, że nigdy nie oddałby go dobrowolnie, więc musiałem go wziąć. Miałem zamiar go oddać, kiedy skończę pracę. Potem ten rycerz zaczął mnie gonić i musiałem się pozbyć szmaragdu. Po prostu oddałem go pierwszej osobie, którą zobaczyłem.”

„Który akurat był Declanem, prawda?” Declan skinął głową, po czym sięgnął do kieszeni i wyjął małą sakiewkę, którą dał mu czarodziej, zawierającą Królewski Szmaragd. „A tak w ogóle, co to za twoje magiczne zaklęcie?”

„To zaklęcie, które zamienia ciasteczka z powrotem w ciasto.”

Oczywiście, księżniczka Kelly była całkowicie za tym pomysłem (bo któż by nie był?), więc pozwoliła czarodziejowi zabrać szmaragd, pod warunkiem, że zwróci go, gdy tylko mu się uda. Czarodziej podziękował księżniczce i Declanowi i zniknął w ciemnościach nocy.

Trzy dni później czarodziej ponownie przyszedł do Declana. „Działa!” powiedział podekscytowany. „Moje zaklęcie działa! A oto szmaragd, tak jak obiecałem. Pomyślałem, że może mógłbyś go zwrócić królowi. Nie sądzę, żeby był zachwycony moim widokiem. Dzięki za wszystko, Declan!”

Declan (oraz jego rodzice, na milczącą prośbę syna) udali się do pałacu i oczywiście zostali od razu wpuszczeni do sali tronowej, gdzie król i księżniczka zasiadali na swoich tronach. Declan podszedł do nich, otworzył dłoń i oddał im szmaragd.

„Królewski Szmaragd! Znalazłeś go! Cudowny chłopcze, znalazłeś Królewski Szmaragd! Jakże mogę ci się odwdzięczyć? Och, przepraszam, zapomniałem, że nie możesz odpowiedzieć.”
„No cóż, może mogę za niego odpowiedzieć” – powiedziała Kelly. „Tak się składa, że ​​wiem, że Declan i jego rodzice mieszkają w ciasnej ruderze i ledwo wiążą koniec z końcem. Może da się coś z tym zrobić?”

„Zdecydowanie tak! Mam wiejską posiadłość, z której nigdy nie korzystam. Możesz się wprowadzić od razu. Oczywiście, posiadłość ma tytuł własności. Książę Declan brzmi nieźle. Zobaczmy, ile teraz zarabiają książęta? Pięćset tysięcy złotych monet rocznie, prawda?”

Marie i Byron nie mogli w to uwierzyć! Mieli zamieszkać w wiejskiej posiadłości i być bogaci! Nigdy więcej nie będą biedni i głodni! I właśnie wtedy, gdy myśleli, że nie mogą być szczęśliwsi:

„Dziękuję, Wasza Wysokość” powiedział…Declan?

Tak, wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak przepowiedziała czarownica. W wieku dziewięciu lat Declan wyprowadził siebie i swoich rodziców z nędzy i doprowadził do luksusu, nie mówiąc ani słowa. Teraz w końcu mógł mówić! I zaprzyjaźnił się z księżniczką Kelly, a przyjaźń ta przetrwała do końca ich życia. A kiedy jest się księciem zarabiającym pięćset tysięcy złotych monet rocznie, mieszkającym w pięknej posiadłości, a twoją najlepszą przyjaciółką jest księżniczka… cóż, nie sposób nie żyć długo i szczęśliwie, prawda?