Odyseja Gothel

Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

W czasach, gdy po niebie przemierzały smoki, a nocą władały potwory, istniało miasto o nazwie Corona. Corona była wspaniałym miastem, z najpiękniejszym nocnym niebem, jakie można było zobaczyć. Gdy księżyc dumnie wschodził na niebie, smoki i inne skrzydlate stworzenia zrzucały swoje ludzkie skafandry, odsłaniając swoje prawdziwe oblicza. Srebrzyste fajerwerki, które pojawiały się, gdy wzbijały się w niebo, przyniosły Coronie przydomek „Srebrne Miasto”.

Srebrnym Miastem rządził nie król ani królowa, lecz surowe prawa faworyzujące szlachtę, egzekwowane przez wróżki. Ślepo lojalne wróżki były łysymi i bezzębnymi zmiennokształtnymi istotami o srebrnej skórze, która lśniła tak jasno, że trudno było patrzeć na ich prawdziwe postacie. Robiły wszystko, co przynosiło korzyść lordom i damom, którym służyły. Chociaż wróżki były bardzo potężne, przypominały psy, ale gdy tylko okazano im choćby odrobinę uczucia, pozostawały lojalne wobec rodziny do końca.

Wróżki obdarzały szlachtę wszystkim, co najlepsze – od rozumu po urodę – a biednych wykorzystywały do ​​pomnażania bogactwa. Mieszkańcy wioski, bojąc się wróżek, byli im bardzo ulegli. Wróżki były dość rzadkimi stworzeniami – pojawiały się ich dziesiątki w każdym stuleciu – więc szanse na ich znalezienie były niemal zerowe.

Jedną z zasad panujących w Coronie było to, że wszystkie stworzenia musiały przybierać ludzką postać w ciągu dnia. Ponieważ śmierć była postrzegana jako sposób na ucieczkę, istoty, które złamały prawo, były skazywane na resztę życia jako słabe zwierzęta, takie jak nieme żaby, bezskrzydłe ptaki czy kalekie gryzonie. Cierpiący chłopi, pozbawieni woli i siły do ​​walki o swoje prawa, tłumili każdą iskierkę nadziei na lepsze życie.

W małym domku w dotkniętych ubóstwem slumsach Corony mieszkała elegancka dziewczyna o kruczoczarnych włosach imieniem Gothel. Była chuda jak większość biednych, niezbyt piękna, ale z nienaruszonymi częściami ciała, przyzwoitymi rysami i inteligentnym umysłem. Mieszkała z ojcem, Otto, pracowitym rolnikiem, który posiadał małą, żyzną działkę, na której rosło to, co zostało zasiane. Był prawie łysy, miał opaloną skórę i wyglądał na starszego, niż był, z powodu ciężkiego życia.

Niestety, Gothel była ambitna i miała coś, czego nie miała większość biednych dziewcząt w jej wieku – marzenie, którego nie mogła porzucić. Potajemnie sprzedawała swoje plony sklepikarzom na targu srebra po cenach znacznie niższych niż u innych dostawców, choć chłopom nie wolno było handlować na targu.

Nie przesłaniała myśli absurdalnymi marzeniami o ślubie z księciem czy jakimkolwiek małżeństwie, jej marzenia były realistyczne, wymagały ciężkiej pracy i wytrwałości. Miała nadzieję, że pewnego dnia zarobi wystarczająco dużo pieniędzy, by zamieszkać w mieście. Być może będzie wystarczająco bogata, by rozpieszczać ją najlepszymi służącymi i lokajami. Wiedziała, że ​​gdyby była szlachetnie urodzona, to być może jej matka nie umarłaby na ospę. Zatrudniłaby najlepszych lekarzy i czarodziejów, żeby ją wyleczyli.

Spełnienie jej marzenia w Coronie było wyzwaniem, ponieważ nowe pieniądze były również zakazane. „Bogaci urodzili się, by być bogatymi, a biedni urodzili się, by być biednymi” – tak brzmiało fundamentalne prawo w Coronie. Biedni nie mogli poślubić bogatych, tak jak mężczyzna nie mógł poślubić swojego psa. Mimo to podjęła wyzwanie i rozpoczęła swoją podróż. Musiała przynajmniej spróbować. Wbrew temu, co wszyscy mówili, wiedziała, że ​​pragnienie lepszego życia to nie chciwość, a nadzieja.

Jej ojciec, Otto, był bardzo zadowolonym człowiekiem, nigdy nie narzekał na ubóstwo i nie pozwalał Gothel mówić o swoich marzeniach.

Sąsiedzi dokuczali Gothel, mówiąc: „Ta biedna dziewczyna ma nadmierną wyobraźnię. Hmm, jak ich krew splamiona ubóstwem mogła żyć w Srebrnym Mieście?”. Otto często ją strofował, gdy opowiadała o swoich snach, mówiąc: „Droga Gothel, zamknij się, ściany mają uszy” albo „Biedne dziecko, czy nie wiesz, że sny mogą zabić?”. Wiedziała, że ​​w czasach koronawirusa zazdrość była przestępstwem, a powodem były sny.

Więc Gothel posłuchała. Przestała mówić o swoich marzeniach i zachowała je dla siebie. Ponieważ ludzie, jak twierdziła, wciąż ją zniechęcali, nie było sensu im o tym mówić. Zrobi wszystko, co w jej mocy, by nie ustawać w wysiłkach, a jeśli całkowicie poświęci się swojemu marzeniu, wiedziała, że ​​się spełni, ale jeśli nie, zaakceptuje fundamentalne prawo. W tajemnicy odkładała wszystkie pieniądze uzyskane ze sprzedaży plonów, bo wiedziała, że ​​ojciec by się na to nie zgodził.

Wraz ze wzrostem zimniejszych wiatrów i krótszymi nocami zmieniały się pory roku. Każdego ranka, od początku tej nowej pory roku, herold miejski przemierzał miasto. Krzyczał, bębnił i rozwieszał plakaty, przypominając mieszkańcom o konieczności przygotowania podatków na straszliwe święto państwowe, Wigilię Darów.

Wigilia, jak zawsze, nadeszła tuż po wielkich żniwach. Było to święto organizowane przez biedotę, by zabawiać i świętować bogaczy. Mieszczanie płacili połowę swoich zarobków szlachcie, która posiadała armie chroniące ich przed najazdami. Szlachta siedziała na rynku, a tancerze, magowie, połykacze ognia i wszelkiego rodzaju cuda ukazywały się dla ich rozrywki. Żaden z chłopów nigdy nie był na tym święcie, ponieważ tylko artyści i szlachta mieli wstęp na występy, a bilety sprzedawano wyłącznie na targu srebra.

Podczas trwania uroczystości wróżki reprezentujące najważniejsze rodziny szlacheckie przybywały, aby odebrać należną im część plonów – czasami w parach, a czasami z potomstwem tych rodzin, w entuzjastycznym pokazie noblesse oblige.

Otto, podobnie jak wszyscy inni, oddał 50% tego, co zarobił, a ci, którzy mieli za mało, oddali swoje włosy i zęby wróżkom, obiecując, że zapłacą później.

Tej nocy pogoda była tak gorąca, że ​​Gothel myślała, że ​​jej plony zgniją, zanim zdąży je sprzedać. Siedziała w stodole, licząc resztki plonów, gdy nagle usłyszała odgłosy chrupania, chrupania i pękania dochodzące z jej warzywnika. Pomyślała, że ​​to złodziej podjada ich plony i niszczy rośliny.

Wściekła pobiegła do ogrodu, trzymając w dłoni miotłę i z wstrętną miną, chcąc odstraszyć złodzieja. „Ledwo starcza nam na przeżycie zimy, uciekajcie z mojej farmy!” krzyknęła, potrząsając miotłą w powietrzu, by odstraszyć złodzieja.

Złodziejką była ubrudzona błotem mała blondynka, kilka lat młodsza od niej, ale w slumsach wiek nie miał znaczenia, złodziej to złodziej. Uciekając z farmy, upadła i zraniła się, ale myśli Gothel skupiły się na jej uprawach, gdy poszła sprawdzić, które zostały uszkodzone, więc tego nie zauważyła. Wściekła, mała złodziejka odeszła, a jej myśli były przesłonięte złośliwymi planami zemsty.

O wschodzie słońca całe sąsiedztwo obudził hałas dochodzący z pół tuzina koni ciągnących powóz. Nigdy wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Z kopyt koni unosiło się tyle kurzu, że ludzie w powozach nie zauważyli Gothel zaglądającej przez okno.

Łysy przedstawiciel wyszedł zza drzwi, trzymając za sobą kogoś ukrytego w kurzu. Otto natychmiast wymamrotał jedno słowo, biegnąc do drzwi: „schowaj się”. Każdy biedak w Coronie wiedział, że gdy w Coronie wydarzy się coś niezwykłego, nastąpią złe rzeczy. Otto musiał chronić osobę, którą kochał najbardziej – swoją córkę.

Przedstawiciel zapukał do jej drzwi, trzymając w ramionach małą dziewczynkę o długich, złocistych włosach. „Ktoś złamał prawo!” – krzyknął, głośno łomocząc. Gothel, drżąc ze strachu przed przyłapaniem na sprzedaży plonów handlarzom na targu, wyczołgała się ze swojej kryjówki na półkach i pobiegła do ciemnego lasu.

Nie wiedziała, że ​​złodziejką z zeszłej nocy była złotowłosa dziewczyna, która zabłądziła podczas wizyty w Wigilię Darów. Ponieważ bogaci w Coronie uchodzili za sprawiedliwych, wróżki, które były sędziami i katami, wierzyły, że słowa te są jedyną prawdą. Nie potrzebny był żaden proces, tylko wyrok. Nie można było się odwoływać ani kwestionować werdyktu, ponieważ rozmowy między przedstawicielami a chłopami były jednostronne – zawsze mówili wszystko, co mieli do powiedzenia, a potem rzucali klątwę.

„Wczoraj w nocy panna Roszpunka z domu Wilhelm została torturowana przez właściciela farmy, który z zazdrości nazwał ją złodziejką” – oznajmił chudy przedstawiciel, wyciągając różdżkę, bardzo stanowczym i władczym głosem. „Przedstawiciele postanowili, że ziemia ta zostanie skonfiskowana w ramach odszkodowania, a sprawca dożyje swoich dni jako kaleka fretka”.

Skierował różdżkę w stronę Otto, który natychmiast przyznał się, że jest właścicielem. W tym momencie wymamrotał kilka słów, po czym na stopach Otto pojawił się dym, który stopniowo go zanurzał, aż w końcu całkowicie go zatopił, pozostawiając fretkę z nogami tak chudymi, że nie mogła unieść ciężaru własnego ciała.

Wróżka zajrzała do domu, narzekając na jego nędzny stan i że przynajmniej teraz, jako fretka, mogłaby żyć jako domowy pupil szlacheckiej rodziny, gdyby tylko udało się ją znaleźć i zainteresować. Następnie wróżka i Roszpunka wsiadły z powrotem do powozu i odjechały.

Przerażona Gothel siedziała ukryta w krzakach, wpatrując się w nicość, poza ojcem wijącym się na podłodze i słuchającym wszystkiego. Nienawiść do tego kłamliwego bachora rozdzierała jej serce. Tłum sąsiadów wkrótce się rozproszył, niektórzy obwiniali Gothel, mówiąc, że wiedzą, iż córka z jadowitymi marzeniami kiedyś go skrzywdzi.

Gothel znała prawdę, przysięgła sobie, że tego dnia stanie się potężniejsza od wróżek i zemści się za swojego ojca.

Gdy odzyskała przytomność, Gothel zabrała zaoszczędzone pieniądze i swojego przeklętego ojca, szukając nowego domu. Przemierzała kilometry, zarabiając na dorywczych zajęciach, takich jak tresowanie jednorożców, polowanie i łapanie goblinów, które ukradły złoto, oraz opiekowanie się smokami.

Była tak mądrą bizneswoman, że mimo iż życie obdarzyło ją garścią zgniłych cytryn, nadal robiła lemoniadę i sprzedawała ją ludziom, którzy jej nie próbowali. To zmusiło ją do trudnego dorastania. Stawiając czoła złodziejom i mordercom na drodze, jednocześnie zapewniając jedzenie sobie i ojcu.

Podczas podróży podsłuchała plotki w tawernach o krainie ukrytej na pustyni, gdzie potężna istota zwana „dżinem” spełniała pragnienia serca za odpowiednią opłatą. „Kraina Obfitości” nie była dla niej niczym nowym, w Coronie krążyło wiele plotek na ten temat. Mówiono, że nie ma tam wróżek i że każdy, niezależnie od pochodzenia, może handlować towarami i usługami na jej licznych targowiskach.

Po miesiącach poszukiwań udało jej się znaleźć kapitana, który był w krainie obfitości więcej niż raz. Nie przedstawił się ani nie powiedział jej swojego imienia, więc nazywała go kapitanem Czarnobrodym, ponieważ wyglądał jak wszyscy inni piraci, których spotkała, z wyjątkiem gęstej, grafitowej brody i przekrzywionego kapelusza kapitańskiego, osadzonego na czarnej bandanie zawiązanej wokół głowy.

Kapitan ostrzegł ją przed poszukiwaniem dżinów, ale była nieugięta i płaciła mu słono, więc musiał rozmawiać. Zirytowany, że odrzuciła jego radę, powiedział zrzędliwie: „Stój, dziewczyno, dżinów nie znajdziesz, o rany! On cię znajdzie, jeśli będziesz wystarczająco zdesperowana w Agrabahu”. Następnie szepnął wskazówki, ponieważ z jakiegoś tajemniczego powodu każda mapa, która miała prowadzić ludzi do Agrabahu, zawsze stawała w płomieniach.

Gothel była wystarczająco zdesperowana i w końcu znalazła krainę obfitości, gdy miała nieco ponad dwadzieścia lat.

Agrabah była stolicą handlową niepodobną do żadnej innej, budynki i stroje nie przypominały tych, które Gothel kiedykolwiek widziała. Nawet nocą miasto tętniło życiem – kupujący spieszyli się, handlarze bez przerwy rozmawiali, a światła nie pozwalały jej stwierdzić, czy to świt, czy zmierzch. Poprawiła znoszony fioletowy kaptur, by bezpiecznie ukryć ojca, który owinął jej szyję, a cały jej dobytek trzymał w małym woreczku na plecach.

O świcie opuściła gospodę, w której spędziła noc, by szukać dżinnów. Słyszała plotki o „szybkich palcach Agrabahu”, bandzie kieszonkowców i złodziei, którzy potrafili w mgnieniu oka ukraść nawet ubrania. Gothel nie była jednak obca złodziejom, więc nie doceniła tych z Agrabahu.

„Mój worek zniknął!” krzyknęła, gdy tylko go zauważyła. „Złodziej!” krzyknęła, ale nikt nie próbował go złapać. Złodzieje byli w Agrabie bardzo powszechni, a turyści łatwym łupem. Zdając sobie z tego sprawę, Gothel pobiegła najszybciej, jak mogła, goniąc złodzieja przez miasto, targowiska, a potem przez pustynię.

W końcu złapała złodzieja w jaskini, która dziwnie samoistnie się rozświetlała. Mogła wreszcie sprawić, by złodziej pożałował chwili, gdy postanowił ją okraść. Ale dziwnie czuła, że ​​to źle, czuła się uwięziona.

„Brawo!” – krzyknął złodziej, przemieniając się w błękitny dym. Gothel patrzyła z oszołomieniem, jak z dymu wyłania się muskularny, łysy mężczyzna o niebieskich, świecących oczach i żyłach, pokryty szarymi plamami na całym ciele.

Zaskoczona, próbowała uciekać, ale wpadła na ścianę, która zastąpiła wejście.

„Gothel, znalazłaś mnie!” oznajmił Dżinn z przerażającym uśmiechem na twarzy. „Czekałem na ciebie…” powiedział odległym głosem, jakby dochodzącym z oddali, chociaż stał tuż przed nią.

„Usiądź” – powiedział, popychając ją pod ścianę. Pojawiły się dwa fotele, a on również usiadł. „Czego sobie życzysz?” – zapytał, a uśmiech znów powrócił na jego twarz.

Gothel nie mogła wydobyć głosu, była przerażona.

„Chcesz, żeby to się powtórzyło? A może twój tata wrócił do swojej prawdziwej natury? Mogę sprawić, że nigdy nie spotkasz Roszpunki i będziesz żyła długo i szczęśliwie w swojej łachmanach i obskurnej chatce” – powiedział, przemieniając jej tatę z powrotem w mężczyznę, a jaskinię w ich chatkę.

„A może tęsknisz za mamą? Mógłbym ją przywrócić do życia” – powiedział drwiącym, dziecinnym głosem, sprawiając, że jej mama się zmaterializowała, a tata wrócił do fretki.

„Nie. Dobra. Mam zabić Roszpunkę? A może chcesz zostać księżniczką?” – powiedział, przemieniając jej łachmany w wykwintną różową suknię balową, a jej postrzępione czarne włosy w oszałamiający kok z długą, kępką grzywki, a następnie materializując księcia i zamek.

„Mów!” krzyknął zirytowany jej milczeniem. Miała już dość biegania. Widziała listy gończe wywieszone w sąsiednich wioskach, ktoś doniósł na nią rodzinie Wilhelmów jako na sprawcę. Corona była jej domem, więc musiała sama go naprawić.

„Przepraszam…” przeprosiła, odchrząkując. „Nie chcę niczego takiego, chcę władzy, żeby nie żyć w posłuszeństwie. Chcę większej władzy niż wróżki i zapłacę każdą cenę” – powiedziała, wierząc, że kiedy zdobędzie moce, będzie mogła sama rozwiązać wszystkie swoje problemy.

Jinn uśmiechnął się, czytając w jej myślach i wyczuwając jej ambicję. „Przyszłaś w idealnym momencie. Obecnie oferuję niskie ceny za moje usługi. Chcę tylko trzydzieści…”

„Trzydzieści złotych monet” – powiedziała, podnosząc worek i szukając w nim skarpetki na monety.
„Nie, nie, Gothel, nie kupujesz powozu… kupujesz siłę nabywczą. Trzydzieści lat” – powiedział, kradnąc jej spojrzenie.

„Nie rozumiem… Trzydzieści lat czego? Niewolnictwa?”

„Gothel, myślałem, że jesteś mądra. Dobra, to zdradzę ci mały sekret…” – przewrócił oczami, udając irytację.

„Dżiny mogą żyć w krainie żywych tylko przez tysiąc lat, potem musimy wrócić, a ja zbliżam się do ostatniego roku… ponieważ podoba mi się twój duch walki, chcę, żebyś miał zaledwie trzydzieści lat mniej… nadal będziesz mógł dobrze chodzić, twoje włosy będą siwe, ale możesz po prostu nadać im pożądany kolor, a w zamian otrzymasz te same moce, co ja, co ty na to?”

„Zgoda” – powiedziała.

Natychmiast pstryknął palcami i było po wszystkim. W ciągu kilku sekund na jej skórze, która miała trzydzieści lat, pojawiły się zmarszczki, oczy zapadły się, włosy posiwiały, a jej niegdyś jędrna skóra lekko zwiotczała. Czując przepływające przez nią prądy, Gothel postanowiła wypróbować swoje nowe moce na ojcu, ale bezskutecznie, bo pozostał taki sam. „Czy mam rzucić jakieś zaklęcie, czy coś?” – zapytała zmieszana.

„O nie! Po prostu sobie tego życz, działa świetnie, ale zapomniałem cię poinformować, że wszystkie poprzednie oferty są nieaktualne… bez zwrotów” – powiedział, przenosząc ją z powrotem do Corony. „No dalej, przetestuj swoje nowe moce, jesteś w domu” – powiedział dżin, gdy jego twarz powoli zniknęła z nieba.

Rzeczywiście, była w domu, pamiętała ścieżkę z krzaków do domu. Z ekscytacją biegła w stronę swojego domku, ale kiedy dotarła na miejsce, domku już nie było. To był jej dom, wiedziała, że ​​to jej dom, ale jednocześnie go nie było. Jej domek zniknął, zastąpiony przez bungalow z baldachimem, a ogródek warzywny – ogród kwiatowy.

Ten ogród nie był tylko dla każdego – jej matka była tam pochowana, a ojciec sadził plony. Nie zauważyła, że ​​gdy te myśli przelatywały jej przez głowę, łzy spływały jej po twarzy niekontrolowanym strumieniem. Wiedziała, że ​​nie pożałuje zdobycia mocy.

Wtedy zauważyła osobę dbającą o ogród. Choć minęły lata, tych złotych włosów i pięknej twarzy nie dało się zapomnieć. To była Roszpunka. Rosła z gracją. Nie czuła żadnych wyrzutów sumienia, bawiąc się na farmie, którą ukradła.

Gothel pękła. Chciała, żeby zapłaciła, ale nie mogła jej zabić. Z jakiegoś powodu w tym momencie przypomniała sobie lekcję, jaką dała jej mama, kiedy wydała pieniądze przeznaczone na zboże na toffi.

Jej matka była tak zła na Gothel, że przez tygodnie kazała jej jeść toffi tylko na śniadanie, obiad i kolację. Matka powiedziała jej wtedy: „Czasami najlepszą karą dla kogoś jest dać mu za dużo tego, co lubi”, bo wtedy nienawidziła toffi. Wtedy Gothel zrozumiała, że ​​nie musi karać Roszpunki.

Pobłogosławiłaby ją. Błogosławione przekleństwo piękna. Ocierając łzę, powiedziała: „Życzę ci, Roszpunko, obdarzona urodą od urodzenia, abyś stawała się coraz piękniejsza, tak piękna, że ​​każdy mężczyzna zakochałby się w tobie bez pamięci”. Tłumiąc łzy, kontynuowała. W Koronie długie włosy były symbolem szlachetności, więc bogatych i biednych łatwo było odróżnić po długości włosów.

„Za każde wiejskie dziecko, które ścięło włosy, bo jego rodzina nie mogła sobie pozwolić na płacenie podatków, twoje włosy urosną o długość, jaką im obetną. Oby to błogosławieństwo nigdy nie zostało zniesione przez żadną magiczną istotę”. Gothel posłała jej całusa, kończąc swoją klątwę, ponieważ w Koronie błogosławieństwa były pieczętowane pocałunkiem.

Roszpunka pozostała taka sama po rzuceniu zaklęcia, ale Gothel postanowiła dać mu czas, aby zadziałało.

Następnego ranka, wychodząc z gospody, w której spędziła noc, Gothel była oczarowana. Ulicą spacerowała Roszpunka – jej włosy były tak długie, że sięgały jej do kolan, a kołysały się za nią. Potem rozległy się gwizdy, pohukiwania i syczenie otaczających ją mężczyzn, którzy ją gwizdali.

Z początku było to zaskakujące i trochę zabawne – była niczym szczurołap wśród mężczyzn. Śliniła się, gdy bezmyślnie podążali za nią po mieście, aż w końcu zauważyła, że ​​zyskała rzeszę wielbicieli. „Panowie, dlaczego mnie śledzicie?” – zapytała. Mężczyźni tylko patrzyli na nią beznadziejnie zauroczeni. Potem, gdy nie było odpowiedzi, poszła dalej, podobnie jak jej zwolennicy.

Wieczorem Roszpunka musiała zwinąć włosy na pół, bo wciąż zamiatały ulicę. Na ulicy panował wtedy spory hałas, bo mężczyźni kłócili się i bili o to, kto bardziej kocha Roszpunkę.

Minęło wiele dni od rzucenia błogosławionej klątwy przez Gothel, ale zaklęcie z każdym dniem stawało się coraz silniejsze. Roszpunka bała się opuścić dom, ponieważ niektórzy mężczyźni walczyli na śmierć i życie, by okazać miłość do jej urody. Często fantazjowała o czymś takim, ale kiedy tak się działo, widok był makabryczny.

Niestety, Gothel nie miała pojęcia o efekcie domina, jaki wywołała ta błogosławiona klątwa, ponieważ była zbyt zajęta planowaniem tego, jak rozkręci swój biznes.

Kobiety z Corony, zarówno bogate, jak i biedne, rozpętały polowanie na czarownice, a ich celem była Roszpunka. Wierzyły, że to legendarna Syrena, ponieważ wszyscy mężczyźni z Corony byli zahipnotyzowani i nie mogli myśleć o niczym innym niż o niej.

Uzbrojeni w widły, wałki i noże, oblegali jej dom. Skandowali: „Uwolnij syrenę albo zgiń z głodu”, a od czasu do czasu skandowali: „Uwolnij naszych ludzi, a zostawimy cię w spokoju…”.

Matka Roszpunki zatrudniła najlepszych uzdrowicieli, wróżki i magów, aby złamać zaklęcie, ale bezskutecznie. Magia nie dawała rady.

Gothel dowiedziała się o oblężeniu, ponieważ w tawernie pod jej pokojem panowała dziwna cisza – nie słychać było ani stukania kieliszków, ani pijackich pieśni. Przemierzała puste ulice, szukając kogoś lub czegokolwiek, co mogłoby jej powiedzieć, co się dzieje, i w końcu znalazła kobietę w średnim wieku, która pachniała świeżym chlebem.

„Dzień dobry, czy mogłabym zapytać, gdzie są wszyscy?” Kobieta zatrzymała się i delikatnie chwyciła Gothel za ramię.

„Ukryjcie swoich synów i swoich mężów… tak mówi się w mieście, inaczej Syrena ich zaczaruje”

„Oczarować ich, co masz na myśli?” zapytała zdezorientowana Gothel.

„Młoda dziewczyna Roszpunka stała się syreną, która czaruje mężczyzn. Kobiety z wioski oblegały jej dom. Aby przywrócić mężczyznom ich dawną naturę. Spóźniłam się, bo zaczarowała moich dwóch synów i mojego męża. Musiałam ich związać w pokoju, żeby nie zrobili sobie krzywdy”.

Syreny? Pomyślała Gothel, jedna z opowieści, które słyszała dorastając. Nie staraj się być zbyt piękna, bo staniesz się syreną. Inna popularna opowieść głosiła, że ​​jeśli biedak będzie się żarliwie modlił do niebios, ześle im Czarną Wróżkę, by go chroniła. Te opowieści podsunęły jej pewien pomysł.

„Pewna wiejska dziewczyna, która wiele wycierpiała z powodu szlachty, żarliwie modliła się do niebios, a one zesłały Czarną Wróżkę, aby ukarała tych, którzy ją skrzywdzili” – Gothel pragnęła, aby te słowa zostały wyszeptane do serc kobiet w Coronie. Wkrótce opowieść rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy, podwajając gniew kobiet.

Szlachetne kobiety były zirytowane i nakazały swoim wróżkom znaleźć sposób na rozwiązanie problemu, jednak nie udało im się naprawić Roszpunki, ponieważ wierzyły, że została przeklęta przez Czarną Wróżkę, a wróżki były od niej potężniejsze.

„Czy istnieje sposób na zneutralizowanie klątwy?” – zapytał ktoś z tłumu.

„Eee, moglibyśmy spróbować…”, wróżka, która przemówiła, została uciszona przez pozostałych, którzy pokręcili głowami, zniechęcając ją do kontynuowania rozmowy.

„Powiedz mi! Pecker” – rozkazała poważnie wściekła kobieta z tak morderczym spojrzeniem, że Pecker wstrzymał oddech. Pecker obsłużył jej rodzinę.

„Moglibyśmy ją uwięzić w wieży tak wysokiej, że nikt jej nie zobaczy” – wyrzuciła z siebie przerażona wróżka. „Bo mężczyźni muszą ją zobaczyć, żeby się zakochać. Gdyby żaden nowy mężczyzna jej nie zobaczył, żaden inny mężczyzna by się nie zakochał”.

„A co z mężczyznami, którzy już są zakochani? Jak mielibyśmy ich wyleczyć?” – zapytał inny Pecker, czarna owca wróżek, bo zbyt często robiła i mówiła rzeczy, których inne wróżki nie robiły.

„Będziemy musieli osłonić wieżę, żeby uniemożliwić Roszpunce ucieczkę i uwięzić tam jej klątwę” – wszyscy milczeli, zastanawiając się nad tym, co powiedział.

I wszyscy się zgodzili. Matka Roszpunki szlochała i błagała, mówiąc, że zabierze ją z miasta, ale to nie uleczy mężczyzn. Decyzja została podjęta dla dobra ogółu, jak powiedzieli matce, transportując Roszpunkę do slumsów. Domek Roszpunki z baldachimem przekształcił się w wieżę, z wróżkami po obu stronach, rzucającymi zaklęcia, by go podnieść.

Zawieźli ją tam, dali jej trochę jedzenia i zaczęli inkantować, by stworzyć tarczę. Proces był niepokojąco długi. Wróżki pociły się magicznym pyłem, jakby było lato.

Następnego dnia skończyli, a mężczyźni wrócili do normy, ale Corona nie. W nocy wielu szlachciców spakowało cały swój dobytek i odeszło ze swoimi wróżkami, obawiając się czynów Czarnej Wróżki.

Wśród tych, którzy odeszli, była reszta rodziny Wilhelmów. W obawie przed krzywdą, jaka mogłaby spotkać resztę jej dzieci, mama Roszpunki uciekła. Nie mogła nic zrobić, by uratować Roszpunkę.

Z biegiem czasu, za sprawą autokratyzmu, arystokracja i wróżki w Coronie zmalały, a prawie wszyscy zapomnieli o pięknej dziewczynie uwięzionej w wieży. Corona nastała w końcu lepsza pora, a Wigilia Dawania stała się Wigilią Dziękczynienia, dniem, w którym mieszkańcy spotykali się, by uczcić odważne kobiety z Corony, które odłożyły na bok swoje różnice, by ratować mężczyzn.

Marzenie Gothel w końcu się spełniło. Chłopi mogli handlować na targu srebra, odzyskała ogród po matce i mały dom w mieście. Wszystko szło jej dobrze i chociaż jej tata pozostał fretką, był szczęśliwszy i miał więcej frajdy niż wtedy, gdy był człowiekiem.

Pewnego dnia, podlewając warzywa, które przesadziła w ogrodzie matki, spojrzała w górę, wpatrując się w jedyne okno w wieży Roszpunki. Przepełniona litością, wypełniła kosz owocami i warzywami i zawołała najgłośniej, jak potrafiła: „Roszpunko! Roszpunko! Rozpuść swoje złote włosy, żebym mogła się wspiąć”. Uradowana widokiem pierwszego gościa po wielu tygodniach spędzonych na wygnaniu w wieży, rozpuściła loki, a Gothel wspięła się.

Nikt nigdy nie wiedział, o czym rozmawiali podczas częstych wizyt Gothel w wieży Roszpunki, ale jedno było pewne: Gothel i mieszkańcy Korony żyli szczęśliwie przez wiele lat.

Koniec.