Abigail patrzyła z niesmakiem na kundelka siedzącego po drugiej stronie pokoju. Dlaczego? Dlaczego dostała psa? Jej siostra Anne dostała dom, co jest całkowicie niesprawiedliwe. Jej druga siostra, Ashely, dostała samochód. Nigdy by tego nie doceniła. A dostała Rexa, całe siedemdziesiąt pięć funtów śmierdzącego i wstrętnego charakteru.
Kochała swojego ojca i obserwowanie jego śmierci było dla niej trudne. Nie chciała psa, ale Abigail czuła, że jest winna ojcu opiekę nad nim.
Nie wiedziała, jak sobie poradzi z opieką nad nim. Jej tanie mieszkanie w południowym Chicago nie było „przyjazne psom”, ale postanowiła wykorzystać je jak najlepiej.
„Chodźmy, kolego” – westchnęła i zdjęła mu smycz z haka przy drzwiach.
"Nie."
Abigail zatoczyła się do tyłu, przerażona. Potknęła się o krzesło, rozpaczliwie szukając czegoś ciężkiego, czego mogłaby się chwycić jako broni. Rozejrzała się po pokoju w poszukiwaniu intruza. Zobaczyła tylko Rexa, patrzącego na nią z przechyloną głową, jakby wciągnęła farbę.
Odzyskując spokój, Abigail wstała i podniosła smycz z podłogi.
„Nie wyjdę tam.”
Jej serce znów zaczęło bić szybciej, ale tym razem mogłaby przysiąc, że głos należał do psa.
„Słyszę jakieś rzeczy” – powiedziała na głos, mając nadzieję, że dźwięk jej własnego głosu w jakiś sposób ją uspokoi.
„Nic nie słyszysz, a ja nie wychodzę na zewnątrz. Jest jakieś 20 stopni. Masz pojęcie, jak marzną mi stopy?”
Abigail potarła twarz dłońmi. Była bardzo zestresowana śmiercią ojca, pomyślała, że pewnie przechodzi jakiś załamanie nerwowe.
„Nie wariujesz, naprawdę gadam, więc miejmy to już za sobą, ok?”
Spojrzała na psa przez rozdzielone palce
„Jak… ja… jak?” wyjąkała.
„Po pierwsze, najważniejsze. Nie mam na imię Rex. Nie wiem, dlaczego twój ojciec upierał się, żeby mnie tak nazywać. Mam na imię Alexander. Nie Alex. Nie Zander. Alexander. Jestem dumny z tego imienia, więc używaj go zgodnie z przeznaczeniem.”
Abigail skinęła głową, nadal nie mogąc mówić składnie.
„Po drugie, jeśli mamy mieszkać razem, będę potrzebować kilku rzeczy, na przykład butów. Mam już dość tych przeklętych chicagowskich zim i jeśli w ogóle wyjdę na dwór, to będę miał zakryte stopy, rozumiesz?”
Szok wywołany widokiem mówiącego psa zaczął mijać, a Abigail zaczęła zdawać sobie sprawę, jak niegrzeczny charakter miał ten pies.
„Czy mój tata wiedział, że potrafisz mówić?” – Abigail w końcu się odezwała.
„Nie. Nigdy tak naprawdę nie czułem takiej potrzeby. Ale myślę, że zaczynamy tu od nowa, a „to” miejsce” – Alexander wyciągnął szyję wokół skromnego domu Abigail – „jest trochę gorsze od tego, do czego byłem przyzwyczajony”.
Abigail zmarszczyła brwi. Pracowała jako kelnerka w całodobowej restauracji i dorabiała w pralni chemicznej, gdzie cerowała ubrania, żeby związać koniec z końcem. Mieszkanie nie było zbyt duże, ale było ciepłe, czyste i całkowicie jej. Nikt jej nic nie dawał, wywalczyła sobie niezależność i nie zamierzała pozwolić, żeby ktokolwiek ją lekceważył, a już na pewno nie ten pies.
„No dobrze, Aleksandrze, co ja z tego właściwie będę miał?”
„Słucham?” Aleksander był wyraźnie zaskoczony.
„Co powstrzymuje mnie od zabrania cię do schroniska dla zwierząt lub wezwania służby ochrony zwierząt?”
„Hej, hej, hej, siostro. Usiądźmy tu wygodnie. Może trochę za ostro, ale naprawdę nie rozmawiam z wieloma ludźmi. Jestem tak samo zmartwiony utratą mojego ostatniego domu, jak ty utratą ojca. Słuchaj, przynieś mi buty, a obiecuję, że ci się to opłaci” – zakończył, lekko unosząc pysk i patrząc w górę smutnymi oczami.
Abigail wiedziała, że to nie będzie łatwa sytuacja, a to smutne spojrzenie było ewidentnie dobrze wyćwiczone. Doszła do wniosku, że skoro pies jest wystarczająco mądry, żeby mówić, to może i wystarczająco mądry, żeby zarobić na swoje utrzymanie. Chwyciła płaszcz i torebkę i ruszyła do drzwi.
„I przynieś mi jakieś burgery, masz pojęcie, jaka okropna jest ta sucha karma dla psów?” zawołał Alexander, gdy drzwi zamknęły się za nią.
***
Abigail najpierw przyniosła zestaw małych bucików z pobliskiego sklepu zoologicznego, ale Aleksander nie był tym zachwycony. Narzekał, że są albo za ciasne, albo za mało ciepłe, albo swędzą. Wydawało się, że nic go nie zadowoli. W końcu uległa i poszła „ludzką” drogą, kupując dwie pary dziecięcych trampek Reeboka, za które zapłaciła prawie 140 dolarów.
Alexander przymierzył je i pochwalił ją za wybór, ale niestety, jego łapy ciągle się z nich wyślizgiwały. Wykorzystała swoje umiejętności krawieckie i dzięki serii strategicznie rozmieszczonych pasków i piance w środku, buty w końcu pasowały jak... no cóż, pasowały jak buty.
„Są świetne” – powiedział z podziwem pies – „i dzięki za burgery” – beknął.
„Ok, piesku, o co tu chodzi?” odpowiedziała Abigail.
„Dobra, jutro idziesz do pracy, a mnie zostaw. Zostaw drzwi otwarte, żebym mogła wrócić, okej?”
Abigail miała wątpliwości, ale co miała do stracenia w tym momencie? Już straciła trochę pieniędzy, których nie miała, a utrzymanie tego psa będzie ją kosztowało fortunę. „Jeśli się nie pojawi, to może straż przybrzeżna go znajdzie na ulicy” – pomyślała.
***
Praca przyszła i minęła bez większych wydarzeń. Abigail wróciła do domu, wyczerpana jak zwykle, i opadła na sofę. Zanim zdążyła sięgnąć po pilota, żeby włączyć telewizor, podbiegł Aleksander z ustami wypchanymi czasopismami. Położył przed nią rozmiękłą papkę.
„Co do cholery?” krzyknęła, krzywiąc usta z obrzydzeniem.
„Przeczytaj je, to badania” – odparł pies, oddalając się. Odwrócił się. „Obiad?”
„Resztki z baru” – Abigail wskazała zmęczonym palcem na torbę na kuchennym stole, ostrożnie podnosząc zaślinione magazyny. Był to zbiór kilku różnych publikacji o kempingu, pieszych wędrówkach i raftingu. Choć to dziwne, Abigail nigdy tak naprawdę nie opuściła Chicago, ale zawsze marzyła o wędrówce wśród sekwoi północno-zachodniego Pacyfiku.
„Hej, o co chodzi, po co te badania?” zawołała do Alexandra, ale pies był zadowolony i zajadał się mięsną pasztecikiem, który wyrwał z brązowej torby.
***
Dni mijały, gdy Abigail chodziła do pracy, wracała do domu, dostarczała Alexandrowi resztki z restauracji lub fast food i przeglądała stale rosnącą stertę czasopism i książek o życiu na świeżym powietrzu. Nie czuła, żeby poczyniono jakieś postępy, ale była zbyt wyczerpana pracą na dwie zmiany, żeby narzekać.
Prawie odpływała na kanapie, gdy zimny nos szturchnął ją w policzek: „Aleksandrze! Co do…”
Otworzyła oczy i zobaczyła, że jego pysk znajduje się zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy, a smycz między szczękami. „Chodź, idziemy na spacer do parku” – powiedział przez zaciśnięte zęby.
Abigail jęknęła, siadając, ale poszła za psem. Była dopiero po 7:00 rano, a poranek był rześki i zimny. Od kilku dni nie padał śnieg, ale sterty śniegu pozostawione przez ciągłe odśnieżanie ulic otaczały chodniki.
Kiedy dotarli do parku, słońce wschodziło już nad jeziorem. Na zewnątrz wylegli się biegacze, spacerowicze i inni miłośnicy rekreacji, wielu z nich wyprowadzało też psy. Abigail wciągnęła w płuca lodowate powietrze i rozejrzała się z niepokojem.
„Oto on” – mruknął Aleksander, zniżając głos.
„Kto tam?” Abigail nie zrozumiała aluzji i odezwała się normalnym głosem, podczas gdy przechodzień przyglądał jej się pytająco.
„Twoja druga. Niebieskie spodnie dresowe, czarna koszulka, z żółtym labradorem” – wskazał na mężczyznę rozciągającego się na ławce, z grzecznym blond psem przywiązanym do ramienia.
„A co z nim?” odpowiedziała Abigail.
„Podejdź do niego bliżej, a wtedy zemdlejesz” – powiedział pies.
„Omdlenie? Co, jesteśmy w XIX wieku? I po co miałabym to robić?” – odpowiedziała zdezorientowana.
„Bo jest lekarzem, więc ci pomoże” – Alexander zdawał się irytować. „Lubi też piesze wędrówki i często odwiedza Seattle. Więc kiedy już „odzyskasz przytomność”, zagadaj do niego o Mt. Rainier, to jeden z jego ulubionych tematów”.
„Co? Skąd to wszystko wiesz?” – wykrzyknęła Abigail, podnosząc głos o oktawę.
„Obserwowałem go… i rozmawiałem z Sandy” – odpowiedział po prostu Alexander.
"Piaszczysty?"
„Jego pies.”
„Potrafisz rozmawiać z innymi psami?” – zapytała, teraz już zainteresowana.
„Oczywiście, że potrafię” – odpowiedział pies, zaskoczony. „To mój język ojczysty. Muszę przyznać, że nauka twojego zajęła mi dużo czasu”.
„Więc o co chodzi? Cały czas biegałaś w tych swoich drogich bucikach dla dzieci i bawiłaś się w swatkę?” Abigail nie wiedziała, czy się wstydzić, czy oburzać.
„Słuchaj, ten facet jest dla ciebie idealny. Jest przystojny, inteligentny, zabawny i nie mieszka w mieszkaniu nad salonem tatuażu”.
Abigail musiała przyznać, że był atrakcyjny, a jeśli reszta szczegółów podanych przez Alexandra była prawdziwa, warto byłoby bliżej przyjrzeć się temu facetowi.
„Nie mogę po prostu z nim porozmawiać? Czy naprawdę muszę zemdleć, żeby ten facet mnie zauważył?”
„Słuchaj, musisz mi zaufać, zrobiłem tu rozeznanie. Jeśli naprawdę chcesz zrobić wrażenie, będziesz potrzebowała haka, a to jest właśnie on” – odpowiedział, krążąc za nią i szturchając głową tył jej kolan.
Abigail rzuciła się do przodu, a potem Aleksander ruszył, ciągnąc za sobą dziewczynę. Gdy zbliżyli się do mężczyzny, warknął: „Teraz!”
Abigail upadła na zawołanie i poślizgnęła się na pokrytej śniegiem trawie, zmierzając w kierunku celu. Mężczyzna odwrócił się, rozejrzał, a potem podbiegł do niej. Klęcząc obok niej, delikatnie objął jej głowę dłońmi.
„Proszę pani? Proszę pani? Wszystko w porządku? Strasznie się pani wywróciła.”
„Uuuu. Poczułam zawroty głowy. Właśnie wyprowadzałam psa i zaczęłam mieć zawroty głowy” – powiedziała Abigail, wpatrując się w najgłębsze niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widziała.
„Już dobrze, jestem lekarzem” – powiedział, patrząc jej prosto w oczy, ale nie potrafiła stwierdzić, czy jest nią zainteresowany, czy tylko sprawdza reakcję jej źrenic. „Kiedy ostatnio coś jadłaś?”
„Och, minęło już sporo czasu. Właśnie wróciłam z pracy i chciałam zabrać Alexandra na spacer” – odpowiedziała, wciąż zapatrzona w jego oczy.
„No to wstań” – powiedział, delikatnie pomagając jej usiąść na pobliskiej ławce. „A tak w ogóle, to jestem Jason.”
„Abigail” – uśmiechnęła się nieśmiało.
„Słuchaj, wiem, że dopiero się poznaliśmy, ale może chciałabyś napić się kawy, może zjeść śniadanie i podnieść sobie poziom cukru? Jeśli nadal nie czujesz się dobrze, możemy cię zabrać do szpitala powiatowego” – powiedział, odwzajemniając jej uśmiech.
„Ja, hm…” – wyjąkała, po czym spojrzała na Alexandra. Pies dyszał i energicznie potrząsał głową w górę i w dół. „Jasne, chętnie” – odpowiedziała w końcu.
Para odeszła od parku, Jason objął Abigail ramieniem, prawdopodobnie chcąc ją uspokoić, a po obu ich stronach znajdowały się psy.
„Abigail, czy mogłabyś mi zadać jedno pytanie?” zapytał Jason, idąc przed siebie.
„Oczywiście” – odpowiedziała.
„Dlaczego twój pies nosi buty?”
Ona nie odpowiedziała.
***
Kilka miesięcy później Abigail zasznurowała buty trekkingowe i spojrzała na panoramę z okna swojej sypialni w Seattle. W oddali rysowała się piękna sylwetka góry Rainier.
Wyszła na podwórko. Para psów wylegiwała się w słońcu na kamiennym patio.
„Wychodzimy” – zawołała do Alexandra i Sandy. „Potrzebujecie czegoś, kiedy nas nie będzie?”
„Soczysty stek byłby super” – odpowiedział Alexander. „Sandy chce trochę tego organicznego tofu, jeśli jest dostępne na rynku. Dieta wegetariańska zdaje się jej służyć”.
„Zobaczę, co da się zrobić” – powiedziała Abigail, unosząc brwi. „Coś jeszcze?”
„Cóż, pomyślałem, że mógłbym założyć nowe buty” – powiedział chytrze.
Abigail spojrzała na niego i zaczęła się śmiać, ale było całkowicie jasne, że on mówił bardzo poważnie.