Rejs z Redoubt do Vineland
przez JB Prawdę
Benzyna była tania, podobnie jak zabytkowa ciężarówka, którą Martha jeździła po około pięćdziesięciu milach kwadratowych terenu, który uważała za naznaczony jej wysłużonymi oponami radialnymi, emanującymi teraz nieistotnym doświadczeniem w jeździe w każdych warunkach pogodowych, a także charakterystycznymi białymi plamkami wzdłuż drobnych, żyłkowatych pęknięć na powoli obracających się, macho trofeach poprzedniego właściciela – celowych pijackich ataków na pokrywę śnieżną lub niechcianego betonu kontra gumowate starcia z pomalowanymi krawężnikami z szablonowymi napisami „ZAKAZ STOJENIA/PARKOWANIA”. Te krzepkie reduty odpierały narastające ataki z tego, co bezwładne krawężniki widziały jako kolisty, meandrujący asfalt, który zdawał się nie znać swojego miejsca, prostopadły do swojego przeciwległego koloru, sam zmatowiały od takich niedbale, agresywnie tworzonych, męskich przerysowań.
Nie mogła – i nie robiła tego – obwiniać urażonych granic miejskich, ponieważ postrzegała agresywność swoich „uciążliwych” opon jako zbyt ściśle związaną z męskością i jej wrodzonym nawykiem oznaczania przestrzeni, które uważała za własne. Jej wygnanie udowodniło słuszność koncepcji co najmniej jednej kobiety, która przekroczyła most Einsteina-Rosena, którego eksperymentalna budowa rozpoczęła się od nieugiętego złożenia jej dekretu rozwodowego, co spowodowało, że nazwiska stron zrównały się mniej więcej pod kątem 180 stopni, przynajmniej na papierze. Konieczność pokierowała tym eksperymentem terenowym, w wyniku którego ustaliła drugą stronę symbolicznej przepaści z odległości 1000 mil morskich. Przestrzeń fizyczna dała jej teraz czas mentalny w tej mniejszej przestrzeni na szyi (gdzie był regularnym źródłem bólu, wypełniając kolumny calami rozmaitymi smutnymi historiami wytłoczonymi w Conjugal Times/Personal Edition), by oddać się pewnym żartobliwym kalamburom w jej licznych listach do redakcji: „nużące”, „imprezowanie to takie słodkie wieczory, och” i tak dalej, ignorując ostrzeżenia starego Anglika, który skompilował słownik języka, coś o twórcach kalamburów kradnących kieszonkowcom. Obejmując znaczną przestrzeń i trudny czas, to przejście dało jej siłę, by pocieszyć się grą słów rozpoczętą w jej niewinnej, dawno minionej młodości; Martha uśmiechnęła się szeroko, wiedząc, że ćwiczenie jej czterdziestu siedmiu mięśni twarzy jest taką ucieleśnioną mocą, gdy kalambury wygłaszała: nigdy nie znała przepompowanego koła zapasowego ani kieszeni bardziej zasługujących na spuszczenie powietrza niż należących do przeciwnej (jak w „przeciwstawnej”) płci.
A jednak ta sama skłonność, którą pielęgnowała od wczesnej młodości – kiedy doświadczyła pustki, którą nazywała głodem umysłu – wydawała się teraz nieoczekiwaną nagrodą w najdziwniejszym kontekście, biorąc pod uwagę łaciński rdzeń słowa najlepiej opisującego jej stan umysłu, „reduba”: reductus/reducere, „prowadzący z powrotem do sekretnego miejsca”. „Jakaś nagroda” – rozmyślała – ta uzależniająca potrzeba poznania, co oznaczają słowa, te rzeczy, które rządzą życiem każdego, nawet mężczyzn; jej terapeutka zdawała się ganić jej obojętność, twierdząc, że wszystkie symbole, w tym słowa, przechowują pamięć.
„Samo wspomnienie lub myśl o imieniu… tego gościa, Buddy, powiedział, że stajesz się tym, o czym myślisz…” – poradził jej Sid niemal z nabożnym szacunkiem. Jakby wydobywając z jego chwilowego, wschodniego umysłu – „czy ja właśnie to wydobyłem?” – przypomniał sobie – „wow, to słowo przywołuje na myśl ponowne przywiązanie do czegoś odciętego – on nazywa się Sid i ma dobre… serce, przestań!”. Zapytał, czy wszystko w porządku, a ona, opierając się pokusie nałogowca, by rozpocząć dyskusję na temat etymologii Knickerbocker tego źle pojętego terminu, po prostu się uśmiechnęła i powiedziała: „Myślę… rozumiem, doktorku”.
Nawet ta złota obrączka, którą kupiła na jarmarku, rzekomo należąca do szamana z plemienia zamieszkującego wyspę u pobliskiego wybrzeża, obecnie zamieszkaną przez bezpióre „śnieżne ptaki”, mogła nosić wspomnienie. Nawet mężczyźni, pewien młody mężczyzna, chłopiec, a właściwie tak, który wydawał się dość realny, co najmniej tak realny jak bieżnik opon, rzadko miękki… „ale tam, gdzie stąpał, było… miękko jak bose stopy na piasku, ciepły piasek otulał jego… stopy; nadgryziony zębem czasu… czy on też łysiał? Nie, nie ten młody, szaman… Nienawidzę tego… za gorąco na takie gorące myśli – radziła sobie, mając nadzieję, że wilgoć wyparuje coś tak ulotnego jak dawna myśl, myśl, która stała się myślicielem, dzięki, Sid… – gdzie on był… w jej spoconej cabeza? – licytator użył tego hiszpańskiego słowa, teraz przekleństwa dla tubylców, których szamani nie byli w stanie dorównać tym grabieżczym nieproszonym „gościom”. Pociągnięcie bandany zdawało się rozproszyć to, co znajdowało się tuż za płatami jej czoła, i tym razem z radością zobaczyła, jak jej limbiczne miazmaty zanikają, woląc nie zastanawiać się, czy złota obrączka przejęła teraz ich umierającą pamięć, stając się w jakiś sposób jej własnością.
Jeśli chodzi o pięćdziesiąt mil kwadratowych, które przemierzał jej skrzypiący, śródlądowy statek, stanowiły one miarę tego, co uważała za swój disneyowski świat, dowiedziawszy się pierwszego dnia, gdy zasłużyła na to, że taki był zasięg małego, oceanicznego świata Walta. Ponieważ był jednym z niewielu w swoim rodzaju, których lubiła, a nawet podziwiała, taki byłby rozmiar jej osobistej przygody. A w granicach lądowych tego parku, niczym w Disneylandzie, wygnała śnieg i zastawiła ulice krawężnikami, które były dalekie od bielonych i nieskażone przez dziwnych, łysiejących mężczyzn o pytających spojrzeniach.
Wydawało się, że mieszkańcy winnic Marthy, zdobytych przez kudzu, sami byli poszukiwaczami przygód niczym Walt, sądząc po światowym asortymencie przedmiotów na „żagiel” – tak głosił jeden ze znaków, który przykuł jej uwagę tego dnia, jadąc z prędkością 10 mil na godzinę. Nazwa na zardzewiałej skrzynce pocztowej, będącej częścią gromady, takiej, jaką można znaleźć na wiejskich szlakach dla rozproszonych gospodarstw, była pomalowana krwistą czerwienią i świeżo, sądząc po niemal niewidzialności sąsiadów, wyblakłych, nominalnych tożsamości.
„A. Hebbe”, namalowany w starym angielskim stylu na liliowym trójmasztowym żaglowcu, zwisającym niczym gont na dachu jakiegoś zakładu handlowego, unoszącym się z najlżejszym powiewem wiatru na niemal tropikalnym, niewidzialnym oceanie powietrza. Podjazd gruntowy do domu z desek w stylu Nowej Anglii, zwanego chatką z czasów jej młodości, zaprosił Marthę do „PODNIESIENIA KOTWICY” tuż obok tymczasowego, ręcznie napisanego szyldu, zapowiadającego żałośnie kalamburowy „żagiel” rejowy, być może znak wskazujący tę „drogę”, znowu… kieszeń nadziei jej chętnego, młodszego umysłu, wybierająca to słowo, sama lekko ciążąca od ukradkowych wędrówek po jej wiecznie młodych przestrzeniach wypełnionych ponadczasowymi pakunkami niegdyś lżejszej istoty z ich przemierzającymi czas piaszczystymi ścieżkami. Ta „droga”, to „ciężar”… zakotwiczone, wciąż, w cicho ustępujących wstrząsach pływowych.
Ta młodzieńcza faza ciekawości umysłu została wyposażona w pełen nadziei klucz potrzebny do odblokowania ukrytych skarbów, o których czytała - "...zaginiony Picasso kupiony za 5 dolarów...", półwyimaginowany raport z gazety, który zwykle przypominał jej, jak mogła zareagować na podryw kobieciarza z Hiszpanii tam, na plaży Riwiery, gdzie niedbale narysował ją bezcennie i w zasięgu fal pływowych, które rozbrzmiewały jak ciężkie pulsowanie komorowe jej niegdyś prywatnej szkarłatnej zatoki serca mogło wówczas ledwo utrzymać w jej piersi. "Stajesz się swoimi myślami..." Ponownie, przegrzana, jej odnowione pulsowanie ustało, lekceważąc możliwość, że właściciel był w jakiś sposób utalentowanym młodszym krewnym Pabla, ale raczej po prostu jakimś oszukującym kieszonkowcem, co z tą staroangielską czcionką imienia sprzedawcy (marynarza?) na skrzynce pocztowej/męskiej; Zawsze ostrożnie podchodziła do tego gościnnego miejsca w swoim wyjątkowym sercu, odkąd udzieliło ono „pewnego” urlopu takiemu marynarzowi tamtej nocy w sali tanecznej, gdy ów marynarz brutalnie wbił swój główny maszt na śródokręciu. „Przeklęte symbole” – zaprotestowała, choć bez przekonania, z tą wskrzeszoną sceną starożytnego, drewnianego drzazgowania jej sekretnej przestrzeni, i wciąż wolała patrzeć na niego jak na swojego „potencjalnego Pabla” w spodniach Capri i marynarskim francuskim swetrze w poziome paski z chłonnego frotte, wchłaniającego w siebie zmieszane owoce namiętności. Jej opalona twarz, doskonale maskująca rumieniec na tę odkurzoną seksualną aluzję, była gotowa spotkać się z tym potencjalnym dostawcą jej wzoru Pabla. Towarzyszący uśmieszek na jej zaczerwienionej twarzy był mniej oczekiwaniem tak rzadkiego znaleziska, a o wiele bardziej retorycznym pytaniem jej atawistycznego, bystrego umysłu, jak ktokolwiek mógł sugerować – a tym bardziej wnioskować – cokolwiek, zwłaszcza seksualnego, o czym już miał intymną, bezpośrednią wiedzę. Ten, ten uśmieszek nagle stał się młodzieńczym, radosnym promieniem, był inny i niezwykle wyróżniający; nie jakimś łatwym wygładzaniem wniosków wyciąganych szorstkimi rękami cieśli, jak stworzyli najbardziej tymczasowe z przystani w płytkich wodach lepkich, leniwych miejsc jej wewnętrznego miasta. Nie, nie, te, te ręce przywołane przez jej Buddę, „wydobyte”, trójwymiarowe, niewinne i z oddali, z brzegu, opalone nie żadną gwiazdą i należące do kogoś innego, młodszego, na cyplu tak blisko momentu przedpokwitaniowego.
Gdy brzemienne w pamięć słowo „ręka” unosiło się w pobliżu samotnego teraz brzegu jej podświadomości, jej blada dłoń o cienkich żyłach i cienkiej skórze świadomie chwyciła dzwoneczek okrętowy i użyła go jak szczur lądowy. Dźwięk, który Martha rozpoznała jako ten sam, który wydawała pokrywa wizjera w drzwiach, powiedział jej, że ktoś zwrócił na nią uwagę, choć generowany był w osobliwej, niewidzialnej walucie.
„Ahoj…” – zdawało się, że właściciel drzwi skrzypnął w rytm zaokrąglonego portalu. Oba nie były już zamkniętymi, przypominającymi książki pojemnikami, których postrzępiona oprawa wydawała się równie stara i wyblakła, była i jednocześnie nie do końca obecna, jak czas odbijał się echem na zalanych słońcem półkach czasami nieczytelnej świadomości Marthy.
————————————————————————————————————————–
Zbliżył się do wyspy, której nazwę, jak głosiły ogniska rady, uważano za jej imienniczkę – „Murrtuh”, ponieważ w językach ludzkich nie znano dźwięku „th” wymawianego przez białych, Marthy, córki Anglika znanego jako Gosnold.
Zaprzeczając angielskiej nazwie miejsca, z którego wyruszył, „Ziemia Nomana”, czółno odpłynęło od jego języka, w którym w końcu nazywał swoją ziemię, Noepe, mówiąc w języku jego ludu „pośrodku morza”. Jego dziadek ostrzegał go, że te miejsca jego przodków są teraz uważane przez białych za „książęta”, miniaturowe królestwa ich odległego króla, którego własne ziemie były dziwnie zawsze niekompletne i powiększały się. Umieścili kwadratowy kawałek trójkolorowej tkaniny na wysokim palu i codziennie, umieszczając go na szczycie palu, wywoływali grzmoty za pomocą czegoś, co nazywali armatami.
Ale grzmot nigdy nie był znany z tego, by zgasić światło, które czuł, a jego iskrzący towarzysz tylko dodawał płomienia, który młody nagi trzymał z dala od domu. Pomimo mądrości dziadka, był silny, bez względu na to, że przybyli wcześniej z innymi białojęzycznymi nazwami, takimi jak Vineland; młodzieniec wiedział, że dawcy tego imienia przybyli tylko jako mężczyźni, co czyniło z nich biedną rasę, być może smutną z tęsknoty za kobietami i prawdziwym domem pomimo błyszczących mieczy – nie zostali. Ci biali, Angielki i Angielki, musieli przybyć, by zostać, wiedział to również w najgłębszych nerwach, ta płynna powłoka, która pulsowała w jego piersi, gdy był podniecony, to miejsce, o którym wiedział również, że jest domem jego pioruna. Z tego był w jakiś sposób zadowolony, choć jego ludzie nazywali go głupcem; widział ją, młodą dziewczynę ze złotymi włosami, w miejscu, które Anglicy nazywali „Głową Gejów”.
—————————————————————————————————————————————-
„Tak… przepraszam, że, hm, przeszkadzam” – powiedziała Martha, dysząc. Opaska na oko, którą nosił, była jednocześnie odpowiednia i niepokojąca, jakby parodiowała ten bardzo osobisty świat Marthy, który nazwała „wirującym” niczym wielka hiperbola – świat, którego autorką było imię i nazwisko wnuczki Walta, Joyce, pomyślała. To, że tak oczekiwany dodatek ją zaskoczył, tylko sprawiło, że z jeszcze większą nieufnością podeszła do agresywnych opon radialnych, które przywiozły ją tutaj, a nie gdzie indziej, w jej pięćdziesięciomilowej krainie.
„No, ani trochę… byliście zaproszeni, prawda? Nazywam się Hebbe, Kapitan A. Tak mnie nazywają, a przynajmniej tak kiedyś nazywali; podejrzewam, że będziecie chcieli zobaczyć moje towary” – karykatura ugruntowała jego pozycję w coraz bardziej podejrzanym stanie snu na jawie. Nawet „Kapitan” Disney, Kapitan D, mógłby pomyśleć, że most nad Credible Creek jest za daleko i że jest w stanie powodzi.
Idąc za gospodarzem na reję reklamowanego „żagla”, zauważyła wyraźne utykanie w jego kroku i przypuszczała, że melodramatyczna, drewniana nogawka ukryta pod nogawką obcisłych dżinsów spodni to tylko poręczna maczuga, w której spoczywała na chwilę cała jego zgięta w kolanie noga, by wkrótce pozbawić ją przytomności, gdyby nie to, że jej wzrok, wyczuwając przez otwarty szew brak jakiegokolwiek ciała pod kolanem/kikutem, odpowiedzialny za jego autentyczną, kulawą zmianę to w lewo, to w prawo, to w prawo, to w lewo. Ale to misterne rzeźbione winorośle, niczym spirale otaczające chropawe kolumny salonu, przywodziły na myśl przedni pokład statku, pachnącego cedrem, z beczkowatymi pasami zamiast zwykłych belek. A przesadzone liście winorośli były kunsztownie wyrzeźbione na zewnątrz, co sugerowało, że jakiś niewyczuwalny wiatr zmusił je do działania jako żagle. Deski podłogowe skrzypiały, a całość przypominała kołysanie się na boki, pomijając dudniący krok jego naprzemiennych utykań, który sam w sobie nie był zsynchronizowany z tym kołysaniem.
„Eee, proszę pana, Kapitanie, chyba powinnam przestawić ciężarówkę, bo prawdopodobnie blokuje innym możliwość zawracania” – i zanim zdążyła usłyszeć odpowiedź, Martha wyszła z wejścia, niczym mniejszy statek transportowy przez próg przypominający płytką wodę, i wsiadła do ciężarówki. Chęć odjazdu została zakłócona przez szaleńczy, lecz teraz już kobiecy, turkot tylnych kół ciężarówki z napędem na cztery koła; przyglądając się tylnej osi, Martha zobaczyła, że oplata ją winorośl kudzu. Wiedziała, że japońska roślina jest dobrze znana jako szybko rozprzestrzeniający się szkodnik, nazywany na Południu, na którym Martha mieszkała, pnączem „mila na minutę”. Jej dziadek opowiedział jej to, co wówczas uważała za przekręconą bajkę, że w 1876 roku Japończycy celowo włączyli ją do wystawy stulecia w Filadelfii w ramach zemsty za to, że Amerykanie siłą otworzyli Japonię na cały świat. Zastanawiała się teraz, czy ten żeglarz, a może nawet angielski osadnik na jej niegdyś porośniętej winoroślą ojczystej wyspie, kapitan Gosnold, nie byli w jakiś sposób spokrewnieni z winnym admirałem Perrym.
„Słońce już za reją” – to była jedyna reakcja gospodarza na jej obawy dotyczące zaplątania się ciężarówki, z cynowym kubkiem w uniesionej ręce. „Alkohol, najpewniejszy sposób, żeby ich okiełznać, przeklęte winorośle, zaraz się uwolnisz, ojej, sam się tym zajmę, milady; pójdziemy na reję?” – i pewnym gestem nakazał jej zejść przed nim po krótkich schodkach, jakby zmierzali na brzeg, lecz jej umysł na próżno podpowiadał nogom kolejny, niepewny brzeg.
Słońce rzeczywiście zbliżało się do zenitu, a jego promienie odsłoniły coś, co przypominało piracki łup, rozłożone na cyplu przypominającym urwisko, z którego rozpościerał się widok na duży, pozornie bezbrzeżny zbiornik wodny, być może jezioro. Być może widok, a może jej oczy były zbyt zamglone, by to stwierdzić.
—————————————————————————————————————-
Jego naga, opalona skóra lśniła tak, że jej wzrok wziął go za wynurzającego się mieszkańca tego, co teraz lśniło na solance i pianie, zdając się wybuchać w chaotycznym poddaniu się skórzastej powłoce jakiegoś ssaka urodzonego/urodzonego w morzu?, być może cielęcia wieloryba – wiadomo było, że rozmnażają się i cielą w tych okolicach, przypomniała sobie wspólne morskie doświadczenia jej ojca. Jedynie drewniane wiosło, rzeźbiące teraz zanikające, wirujące strumyczki na wodach zatoki, świadczyło o jego człowieczeństwie w dziedzinie wytwarzania narzędzi.
Wypływając na brzeg pośród wielkich, wygładzonych głazów, pasażer kanu ostrożnie pochylił się za jednym z nich, a jego wzrok utkwiony był teraz w tej samej żółtej gwieździe, która odbijała się w jej złocistobrązowych włosach, co ona przyciągnęła ku morzu, i w jego pomarszczonej, słonej skórze. Młody mężczyzna ukazał się wtedy, w pełni, półnagi, wyprostowany, powoli odciskając stopy na mokrym piasku, klęcząc, by postawić pleciony kosz nad miejscem, które znał dobrze od dzieciństwa jako leżące poza najdalszym zasięgiem wód przypływu. Jego zawartość stanowiła skupisko zbyt jaskrawych kolorów, otulonych wiosenną zielenią winorośli. Zerknął w jej stronę, uśmiechnął się, a jego pierwotne zęby lśniły niczym perłowe wrota niebios z jej Biblii, po czym wrócił do swojego kanu i ponownie poślubił swoją odtąd drugą miłość.
Spojrzała za siebie i widząc swoją opiekunkę zajętą zbieraniem dzikich kwiatów, Martha zeszła na plażę, gdzie znalazła kosz kunsztownie utkany z rodzimych winorośli, tak obficie odnotowanych setki lat temu przez przybyszów z Normandii. W koszu znalazła kwiaty, których kwitnienia nie widziała przez cztery pory roku na wyspie. Najbardziej egzotyczna była drewniana rzeźba statku jej ojca, z taką dbałością o szczegóły, jaką widziała tylko w butelkach na muzealnych wystawach morskich cudów, często zawierających domniemane szkielety syren.
Tego wieczoru pokazała artefakt ojcu, który zdumiał się jego delikatnością, choć nie rozumiał, skąd pochodzi. „Z pewnością zgubił go jakiś inny odkrywca tych wód, jak sądzę”. Miał nadzieję odwieść ją od wszelkich krążących legend o rodzimej magii, mimo że wiedział na pewno, iż jest to wierna replika jego własnego statku, a jedynie miejsce na rufie, gdzie widnieje jej imię, wyryte w jakimś nieznanym języku. Martha była zdezorientowana, ale jednocześnie oczarowana, że niezależnie od tego, jak trafił w jej ręce, był to rzeczywiście kolejny odkrywca, którego zręczne, pewne ręce sterowały statkiem pośród nie tylko pobliskich wód, wyciosały drewnianego bożka, a oba te zadania wykonały w głębinach falochronów jej serca – namacalny dar ofiarodawcy, którego uważała za niezwykle dziwnego. Tego samego dnia przypomniała sobie lekcję sztuki, którą chwalił przyjaciel jej ojca, Walter Raleigh:
„Romeo:
Jeśli zbezczeszczę moją niegodną ręką
Ta święta świątynia, łagodna piękność jest taka:
Moje usta, dwaj zarumienieni pielgrzymi, gotowi stanąć
Aby złagodzić ten szorstki dotyk delikatnym pocałunkiem.
Julia:
Dobry pielgrzymie, zbyt wiele krzywdzisz swoją ręką,
Jakież to grzeczne oddanie jest w tym ukazane;
Bo święci mają ręce, których dotykają ręce pielgrzymów,
A dłoń w dłoń to święty pocałunek palmowych.
Romeo:
O, drogi święty, pozwól, aby usta czyniły to, co czynią ręce;
Spraw to, by wiara nie przerodziła się w rozpacz.
Julia:
Święci nie zmieniają swego postępowania, choć udzielają darów w imię modlitw.
Romeo:
Więc nie ruszaj się, dopóki moja modlitwa odnosi skutek.
Tak więc z moich ust, Twoimi ustami, mój grzech został oczyszczony.
Julia:
A potem niech moje usta przyjmą grzech, który przyjęły.
Romeo:
Grzech z twoich ust? O, występek, słodko napominany!
Oddaj mi jeszcze raz mój grzech.
Julia:
„Całujesz się zgodnie z zasadami.”
Zwracając się do ojca, młoda Marta zapytała: „Ojcze, powinniśmy więc ochrzcić ten statek, aby nie spotkało go nieszczęście podczas rejsu”.
„Czy tak ci się to podoba? A zatem, mocą udzieloną mi przez Jej Królewską Mość…” – zarechotał, wskazując na Martę i podając jej wyimaginowaną butelkę.
„Chrzczę cię…Jego Wysokość…Na litość boską!”
————————————————————————————————————
„Morze bierze nawet pięć sążni, a nawet więcej, zanim odda, więc proszę, dla mojej pokory muszę przyjąć od takich jak ty choćby bezoceaniczne monety, zanim oddam te bezkresne dary”. Martha skupiła teraz myśli na stałym lądzie potencjalnej transakcji.
„Ile za ten kosz?”
„Ta stara rzecz, dlaczego nie jest na sprzedaż? Służy tylko do przechowywania przedmiotów, takich jak te rzeźbione figurki, i co tam jest.”
Martę nie interesowały takie pozostałości straszliwej rzezi, jaką mężczyźni wyrządzili najbardziej wyrozumiałym z ssaków, z wyjątkiem pełnego faktów, makabrycznego, szarego listopada ich morderczych dusz, opisanego przez Melville'a, i to niemal z pierwszej ręki. Pierwsze wydanie, które jej dziadek nabył za marne grosze na aukcji, gdy tom ten był jeszcze dawno zapomniany, było szekspirowskim wychowaniem z pamiętnym miltonowskim przypomnieniem Raju, zagubionego w dziwnie atrakcyjnej (przynajmniej dla Marty) postaci Tashtego, rodowitego mieszkańca Martha's Vineyard, wyspy znanej swoim ludziom jako Noepe. Zawsze się uśmiechała, gdy wymawiała to obce słowo jako zanglicyzowane „nope”, jej dziewczęca wyobraźnia wtedy, tak jak i teraz, wyobrażała sobie je jako wypowiedź Tashtego do białych, którzy zostali na jego wyspie bez zaproszenia.
„Ten drewniany statek, tam, czyżby kiedyś był jednym z tych w butelce?” – jej oczy dostrzegły jego maleńkość, mimo że otaczały go wszelkiego rodzaju drewniane, rzeźbione bibeloty. Jej podświadomość z łatwością wyczuła go w nanosekundzie, gdy imię Tashtego wzbiło się w górę, jakby radośnie wynurzyło się z wielu sążni pod wzburzonym, bezdennym, odkrytym przez Freuda podziemnym morzem. Jej nieświadomie wskazujący palec, wyraźnie drżący, przestał się poruszać, gdy ikona została umieszczona w dłoniach Marty, ściskając ją teraz niczym w milczącej modlitwie, nie widząc czytelnego imienia wyrytego na rufie miniaturowego statku.
Świadoma powierzchnia jej uzupełnionej świadomości zamigotała dreszczem przyjaznego, choć obcego dreszczyku emocji, dreszcz ją odrzucił, rozwiązując jej język: „Nazwa, czerwoną farbą, na skrzynce pocztowej…”.
„Och, tak, taki żart, widzisz, moi towarzysze, nazywali mnie Stubb, widzisz” - po czym uderzył laską podniesioną ze stołu wystawowego w swoją zastępczą nogę. "Oni myślą, że większość, wliczając listonosza, wiesz, nie pamiętasz teraz Stubba, ale na pewno przypomnimy sobie tego starego kapitana; cóż, jest ich pełno - są kieszonkowcy, pełni tego, co nazywacie kalamburami, rozumiesz, i postanowili zwracać się do mnie per 'A. Hebbe', po tym, co ścigał białego wieloryba, jego imię było Achab, ze starej Biblii, rozumiesz, hebrajski król, którego Jezabel doprowadziła do zguby, ta sama siła zła, o której mówiono do dziś" - wygłosił jej gospodarz, upiornie blady, mając tylko luźny wpływ na uwagę Marthy, której większość była teraz skierowana na Cape Cod z drugim oficerem Stubbem, fatalistą, który śmiał się w twarz na pokładzie Pequoda; tak bardzo była nim zafascynowana, że nie zauważyła, że jest tam, na pokładzie jego niewielkiej wielorybniczej łodzi wiosłowej, zbliżającej się do nieszczęsnego szarego wieloryba, utrzymywana w ryzach przez zaskakująco delikatne ręce samotnego harpunnika z załogi Stubba, Tashtego.
„Słońce już dawno za reją, prawda?” Martha przypomniała sobie jego zachwalany środek na ujarzmienie czepliwego pnącza i to, jak zdawało się, że owinęło się ono wokół nadwozia jej ciężarówki i jej umysłu, który teraz w pełni obejmował ciężarówkę, obejmując ją pnączem.
„Kochana dziewczyno, pozwól temu staremu kumplowi przypomnieć ci, że słońce nigdy nie zachodzi, wiecznie świecąc w czasie i przestrzeni – to my zachodzimy, kręcąc się w kółko, z prędkością tysiąca węzłów, jak sądzę; teraz więc pozwól staremu Stubbowi nalać ci trochę najrzadszych win z tego szczepu, czerwonego jak moje imię na skrzynce listonosza, i paliwa dla twojego serca – uwolnij się, jak ci powiedziałem, i idź na brzeg.”
Gdy cynowy kubek Marty, wyglądający tak nowocześnie, jakby dopiero co wyjęto go z roztopionej formy, został napełniony dziwnym winem z winorośli Stubba, dostrzegła u jego szyi wiszącego Buddę z jadeitu, dotąd niezauważonego; uśmiechnęła się na wspomnienie starego Sida, dobrego serca, i zadała mu pytanie.
„On tu jest, prawda?”
Stubb uśmiechnął się uśmiechem człowieka, który wiedział i zawsze wiedział, że wszystko jest mniej więcej z góry przeznaczone, więc dlaczego nie pocieszać się mądrością tej starej Księgi, która radziła wszystkim, że pod wiecznie płonącym Słońcem nic nowego nigdy nie powstanie, bo przestrzeń – i czas – niczym wybrani partnerzy, łączą się wbrew sobie i ponownie cię odwiedzają, a on, dawna miłość, rozgorzeje. Wszystko to z cichego uśmiechu.
Martha wstała z fotela kapitana, zmuszając ją do zejścia na niewielką odległość; zatrzymała się, nie pamiętając, że tam siedziała, zauważając, że ma na sobie letnią sukienkę z kratki gingham sięgającą do kostek, ozdobioną delikatną koronką. Stojąc początkowo ostrożnie, zobaczyła swoje nierozpoznawalne odbicie na lśniącej cynie, po czym podeszła do krawędzi wzgórza, przylegającego do brzegu.
Jego naga, opalona skóra lśniła tak bardzo, że jej wzrok wziął go za wynurzającego się mieszkańca tego, co teraz było blaskiem wina, powodującym jej boskie poddanie się napinającym mięśniom otaczającym jego uśmiechnięte usta, po czym boso wskoczyła na plażę, gdzie teraz stał, trzymając w wyciągniętej ręce ofiarę przypominającą winorośl.