Czarny Kot i Królowa Wróżek

Vanessa Calouro 18 stycznia 2019 r.
Zwierzęta, bajka
Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

„Mówię, mam wam do opowiedzenia historię. Więc chodźcie tu wszyscy chłopcy i dziewczynki, bo mam do opowiedzenia cudowną historię.”

Oczywiście, gdy tylko magiczny kot zaczął mówić, przykuł uwagę wszystkich, którzy odważyli się słuchać jego delikatnego, cichego głosiku. Gdy tłum zebrał się w widownię, kot uśmiechnął się szeroko, aż po czubki uszu.

Wokół rozległ się jęk, gdy kot uniósł łapy ku niebu. Chmury odpowiedziały opadami śniegu, ale płatki śniegu wkrótce stawały się coraz większe. Było to dość powszechne, biorąc pod uwagę szczyt sezonu letniego. Niektórzy mamrotali z obawą, że mróz zaszkodzi ich uprawom. Narrator tej opowieści nie przejmował się takimi sprawami, bo był tylko kotem.

„Nie martwcie się! Nie martwcie się!” – zawołał do tłumu. „Nie zebrałem was tu dzisiaj wszystkich, żeby gapić się na moją władzę nad pogodą, choć przyznaję, że to nie lada wyczyn dla takiego kota jak ja. Wielu wielkich czarodziejów nie zdołało dokonać tego, co ja właśnie uczyniłem z największą łatwością”.

Kilku słuchaczy zadrżało, ale mimo zimna zostali, aby posłuchać swojego czworonożnego wróżbity.

„Ta historia zaczyna się w środku zimy – a co dopiero w zamieci…” Kot klasnął w łapki, a wyjący podmuch wiatru przetoczył się przez plac, uniemożliwiając widoczność. Choć nie widzieli opowiadacza, z pewnością słyszeli jego głos niesiony przez wiatr.

No więc zaczynamy…

***

Dawno, dawno temu, czarny kot – ja – brnąłem przez śnieżną dolinę. Było tak zimno, że przemarzłem na wskroś. Mimo to maszerowałem jak grzeczny żołnierz idący na wojnę.

Nie wiem, czego się spodziewałem, ale najwyraźniej czegoś szukałem. I w końcu znalazłem to w formie zamku. Schronienia! Schronienia! Schronienia przed tymi przeklętymi wiatrami, które za wszelką cenę chciały mnie zabić włócznią z mrozu.

Ku mojemu przerażeniu most został zerwany. W tamtym czasie ludzka mowa nie była jeszcze w moim arsenale umiejętności, więc jedyne, co mogłem zrobić, to miauknąć słabo, ale wycie wiatru stłumiło mój głos.

Oczywiście, nie było zaskoczeniem, gdy moje wołanie trafiło w próżnię. Czy nikt nie uratuje życia temu biednemu kotu? Odpowiedź brzmiała „nie”, ponieważ wszyscy o wiele bardziej troszczyli się o to, by pozostać w cieple przy kominku. Nikt nie odważył się wyjść w mroźną zimową noc – a przynajmniej tak mi się zdawało.

Moje oczy rozbłysły srebrzystym blaskiem niczym dwa miniaturowe księżyce rzucone po obu stronach mojego nosa. Przez nie dostrzegałem zamarzniętą fosę w dole, ale nie jej grubość. Czy utrzymałaby mój ciężar, czy też jeden krok posłałby mnie w lodowate głębiny?

Gdy moje ciało zamieniło się w sopel lodu, czas zdecydowanie nie był moim sprzymierzeńcem. Zatrzymanie się i zastanowienie nad moją sytuacją oznaczało pewną śmierć. Dlatego rzuciłem ostrożność na wiatr i zsunąłem się po śliskim zboczu, jeszcze bardziej śliskim od warstwy śniegu. W połowie zejścia straciłem równowagę i potoczyłem się do końca drogi.

Lód pękł przy uderzeniu, ale nie rozpadł się. Powoli podniosłem się na nogi i poślizgnąłem na drugą stronę. Tam wyciągnąłem szyję, przygotowując się do czekającej mnie wspinaczki. Zostało mi niewiele sił, ale musiałem to zrobić do końca, bo inaczej mógłbym oznaczyć swój grób na dnie tej nieznanej fosy.

Moje tylne nogi protestowały, ale mimo to niosły mnie z półki na półkę, aż dotarłem na sam szczyt. I tam w końcu zabrakło mi sił. Jedyne, co mogłem zrobić, to przeciągnąć pazurami po drewnianym moście zwodzonym. Dźwięk był cichszy niż odgłos myszy. Nie wierzyłem, że ktokolwiek mnie usłyszy.

Aż do momentu, gdy książę – tak, królewski książę – wychylił głowę i zobaczył mnie, na wpół przykrytą białym kocem.

„Co to może być?” – wykrzyknął. Książę nie nosił zbyt wielu ubrań, ale to było w jego zwyczajnym stylu. Bo widzisz, drogi słuchaczu, ten chłopiec urodził się pierwszego dnia zimy – albo Bożego Narodzenia, jak niektórzy mówią – ale nic nie wiem o tym Bożym Narodzeniu i jego nowinach. „Towarzysz zabaw, to prawda – jeden z czworonożnych – ale wcale mi to nie przeszkadza”. Od razu zauważyłem jego dziwny sposób mówienia, jakby każde zdanie było potajemnie piosenką.

Nie zdążyłam długo zastanowić się nad jego słowami, gdy wziął mnie w ramiona i przytulił do swojej piersi.

„Rozgrzeję cię natychmiast, o tak, rozgrzeję”. Pobiegł labiryntem korytarzy, które stanowiły jego zamek. Jego kroki rozbrzmiewały echem w ciszy. Gdzie podziało się życie tego miejsca? Rycerze? Błaznowie? Nawet damy dworu nigdzie nie było widać, a każdy, kto był na dworze, wiedziałby, że podróżują w stadzie, w halkach gotowych do użycia jak broń. Rzucam ci wyzwanie, jeśli uważasz się za odważnego, by stanąć przed grupą kobiet szukających zaręczyn.

Ale odbiegam od tematu, bo wciąż się wzdrygam na wspomnienie. Tej nocy książę trzymał mnie tak blisko płomieni, że osmalił mi większość futra. Było mi ciepło, ale przez kolejne tygodnie czułam się okropnie. Na moje szczęście nie miało to znaczenia, bo nigdy nie opuściliśmy zamku i nigdy nie znalazłam partnerki, na której mogłabym zrobić wrażenie.

Lata mijały, a nasz mały książę, pragnąc zostać potężnym czarodziejem, pewnego dnia rozmyślał nad zaklęciami, które nigdy mu nie odpowiadały. Zamiast tego cała jego niedoszła magia przeniknęła do mojego ciała, gdzie zamanifestowała się w postaci niezwykłych zdolności. Po pierwsze, zdolność mówienia, która bardzo ucieszyła księcia, ponieważ w końcu dała mu możliwość rozmowy z kimś – a dokładniej, z jakimś kotem. A mnie również bardzo się to spodobało, bo, jak zapewne zauważyłeś, lubię brzmienie własnego głosu.

Potem pojawiła się umiejętność sprawiania, że ​​kwiaty rozkwitają. To raczej bezużyteczna umiejętność, ale przynajmniej potrafię ożywić każde pomieszczenie, a gdybym miał dziewczynę, na której mógłbym zrobić wrażenie, na pewno nie brakowałoby jej pięknej róży.

Podobnie jak ci, którzy mieli kontakt z kamieniem czarodziejskim, potrafię zamienić półszlachetny metal w czyste złoto. Mnie – kotu – to niewiele da, ale przypuszczam, że to sprytny trik, zwłaszcza jeśli kiedyś będę musiał wykupić sobie wolność. Nawet kot nie jest bezpieczny przed szubienicą.

I oczywiście, że mogę kontrolować pogodę, jak zapewne wszyscy widzieliście dziś rano.

Ale możesz zapytać, co to wszystko ma wspólnego z moją opowieścią.

Cóż, dobrzy słuchacze, każda wielka przygoda zaczyna się od magii...

***

Kiedy książę miał 18 lat, w końcu zadałem mu pytanie, które nurtowało mnie od samego początku.

„Dlaczego mieszkasz tu sam, drogi książę? Minęło dziesięć lat, a ja nigdy nie widziałem ani jednej żywej duszy w tych murach”.

„Królowa Wróżek zabrała je wszystkie.”

„Królowa Wróżek?” Przechyliłam głowę na bok. „Opowiedz mi więcej”.

„To piękna istota, piękniejsza, niż można sobie wyobrazić, z porcelanową skórą i włosami w kolorze pieczonych kasztanów. Widziałem ją tylko rysującą w książkach, ale nawet tam jej oczy błyszczą najgłębszym odcieniem lazuru. Nic na tym świecie nie może się z nią równać, więc podjąłem decyzję. Ma zostać moją żoną!”

„Ale gdzie jest ta Królowa i czy nie ma Króla, którego mogłaby nazwać swoim?”

Książę nie odpowiedział wprost na pytanie. Zamiast tego skierował się do wschodniego skrzydła, części zamku, która pozostała nietknięta podczas mojego pobytu. Szedłem za nim, gdy odganiał pajęczyny wiszące wysoko nad naszymi głowami. Kilka razy myszy przemykały z jednego pokoju do drugiego. Miałem ochotę złapać je za ogon i trochę się z nimi pobawić. Może mógłbym użyć magii, żeby zamienić je w złote posągi, czyż to nie jest pomysł?

Zamyślony nie zauważyłem, że książę zamienił się w pokój.

Spojrzałem w górę i zniknął. Może w końcu udało mu się rzucić własne zaklęcie. Ta teoria upadła, gdy tylko się cofnąłem i zobaczyłem go stojącego w pokoju, tyłem do drzwi, twarzą do okna. Mrużąc oczy, przyjrzał się czemuś okrągłemu, co trzymał między kciukiem a palcem wskazującym. Po bliższym przyjrzeniu się stało się oczywiste, że to nic innego jak pierścionek.

Był prosty i srebrny. Nie rzucał się w oczy ani nie był ekstrawagancki. Jak już wspomniałem, to był po prostu pierścionek – taki, który być może kiedyś podarujesz żonie – a może już podarowałeś jej podobny, który nosi codziennie, by okazać swoją wierność. Tak czy inaczej, uwierz mi, że widok był nudny.

„Kiedy mój brat otrzymał zaproszenie na jej Zimowy Bal, dołączono do niego ten pierścień. Wskazuje on drogę do jej królestwa. Mówią, że podróż jest niebezpieczna, ale jestem zdeterminowany”.

„Dlaczego więc ten pierścionek tu jest? Czy twój brat nie był na Zimowym Balu?”

„Jego serce należało do kogoś innego i nie mógł jej zdradzić dla Królowej Wróżek, choćby była najpiękniejsza. Królowa poczuła się urażona jego decyzją i rzuciła złowrogą klątwę na tę krainę. Jestem jedyną ocalałą i traktuję to jako znak, że chce, abym pewnego dnia tam się udał i wziął ją za żonę. Czy nie pójdziesz ze mną, mój koci towarzyszu?”

„Mój dług wobec ciebie jest od dawna przeterminowany. Dlatego wyruszę z tobą w podróż do tych nieznanych krain i pomogę ci, gdy nadarzy się okazja”.

Uśmiechnął się i po raz pierwszy widziałem, jak jego usta wyginają się w taki sposób. Zazwyczaj nosił maskę skupienia, rzucając niezliczone zaklęcia i inkantacje. Przy innych okazjach jego wyraz twarzy był ponury, stłumiony ciszą panującą w zamku.

Nagle, gdy wsuwał pierścień na palec, błysnęło światło. Światło to przybrało kształt miecza. Jego ostrze było niewiarygodnie ostre, zdolne przeciąć kartkę papieru na pół. Rękojeść była owinięta skórzanymi sznurkami, dzięki czemu wygodnie się ją trzymało.

Jego uśmiech pogłębił się, gdy zamachnął się bronią, wyginając ciało w rytm ruchu. Miecz uderzył w pobliski wazon. Szkło roztrzaskało się przy uderzeniu i gdyby nie moje koci refleks, zostałbym zasypany gradem odłamków.

„Chodź. Dzięki temu żaden wróg nie stanie mi na drodze. Dokonam tego, czego mój brat był zbyt tchórzliwy, by dokonać sam, i przywrócę temu królestwu dawną świetność, zapamiętaj moje słowa!”

***

I tak ruszyliśmy w sam środek zimy. Trzymałem śnieg na dystans, ale on krążył wokół bańki, którą rzuciłem. Dalej nie widzieliśmy nic, tylko pierścień wskazywał nam właściwy kierunek niczym kompas wskazujący północ.

„Jak myślisz, jak daleko jeszcze?” zapytał książę.

"Nie wiem."

Kontynuowaliśmy dalej, dalej i dalej.

Mimo że końca nie było widać, kontynuowaliśmy naszą wędrówkę.

W końcu dotarliśmy do małej jaskini. „Powinniśmy tu odpocząć. Nie wiemy, czego się spodziewać, więc powinniśmy zebrać siły najlepiej, jak potrafimy”.

„Mam przeczucie, że zamek jest tuż przed nami.”

„Nie zakładaj z góry. Lepiej dmuchać na zimne. Już wcześniej złapała mnie zimowa burza i nie mam zamiaru znowu tego przeżywać. Jeśli moja magia nas zawiedzie, zamarzniemy w ciągu godziny. Czy jesteś gotów podjąć takie ryzyko?”

"Tak".

Posadził mnie sobie na ramieniu i ruszyliśmy. Maszerował godzinami. Każdy krok zapadał się coraz głębiej w śnieg. Zaczął drżeć.

Zmęczony, nie mogłem już dłużej odpędzać śniegu w ten sposób. Wpadał tam, gdzie osłabł mój czar. Ten śnieg wirował wokół nas i wychładzał nas do szpiku kości.

„Powinniśmy wrócić do jaskini!” – poradziłem, choć nie miałem pojęcia, gdzie ona jest. Świat był niczym więcej niż bezkierunkowym wirem bieli.

„Już prawie jesteśmy na miejscu…” Książę ledwo widział pierścień na swoim palcu, a mimo to podążał za nim.

Ku mojemu niedowierzaniu, za nami wyłonił się gigantyczny zamek. Zaczynałem myśleć, że to wszystko to tylko bajka.

Most zwodzony został opuszczony, zapraszając nas do środka. Gdy tylko to zrobiliśmy, książę padł na ziemię. Czoło piekło go od gorączki. Rozejrzałem się, ale nie było nikogo, kogo mógłbym wezwać na pomoc. Próbowałem przemówić, ale z moich ust wydobyło się jedynie ciche „miau”, którego nie słyszałem od dekady. Wyglądało na to, że moja magia jest połączona z witalnością mojego pana. Bez niego byłem niczym więcej niż domowym kotem skazanym na polowanie na myszy do końca życia.

„Miau!” Podrapałem go po twarzy, ale nie było żadnej reakcji. Nawet nie drgnął.

Właśnie wtedy zza framugi wyłoniła się piękna kobieta ubrana na biało. Na jej twarzy malował się kojący uśmiech, który ukoił moje nerwy. Bez namysłu otarłem się o jej nogi i zamruczałem. Próbowałem przestać, ale to było jak zaklęcie owinięte wokół mojego futra, które uczyniło mnie więźniem we własnym ciele. Sięgnęła w dół i podrapała mnie tuż za uchem. To wystarczyło, żebym zapadł w głęboki sen.

***

Kiedy obudziłem się ponownie, byłem sam. Był szczyt sezonu letniego i po jednodniowej podróży wylądowałem tutaj. Więc, drodzy słuchacze, jaki jest morał z mojej historii? Po co w ogóle ją opowiadać? Cóż, to musicie sami ocenić, bo mój samotny asystent właśnie uciekł z całym waszym majątkiem! Och, jaka głupota dawać komuś posłuch!

Znów zbiorowy okrzyk zamarł na widowni, gdy wszyscy się odwrócili i dostrzegli białą kotkę o kasztanowych uszach, trzymającą sakiewkę z pieniędzmi między ostrymi zębami. Wydawało się, że mrugnęła, zanim zniknęła w mroku nocy.

I tak oto nasz przebiegły narrator uciekł z partnerką, której istnienia nigdy nie twierdził.