„To wszystko twoja wina” – powiedziała Heloise do kota.
Kot, będąc irytującym typem, zignorował jej oskarżenie i kontynuował pranie swojego pomarańczowo-białego płaszcza. „Wszystko, co zrobiłem, służyło twojej służbie, słodka pani.”
Heloise jednak nie dała się na to nabrać i zanurzyła się głębiej. „Gdybym cię nie posłuchała, Chaton, nic z tego by się nie wydarzyło. Nadal byłabym bezpieczna w domu, miałabym wszystkie ubrania i…”
„I harowałbyś w młynie, nie czując ani widoku, ani zapachu światła dziennego” – powiedział Chaton.
„Światło dzienne nie ma zapachu” – odparła ostro Heloise, bo był to jedyny argument w jego wypowiedzi, który mógł ją zakwestionować.
Chaton uśmiechnął się do niej z wyższością – a przynajmniej tak jej się zdawało. Trudno było to stwierdzić, bo był kotem, ale cała jego istota emanowała zadowoleniem. „Nie dla ciebie, słodka pani, skoro masz takie problemy z nosem, ale zapewniam cię, że dla zwierząt ma on bardzo wyraźny zapach”.
Nie mogąc odpowiedzieć na to pytanie, Heloise zanurzyła się po brodę i zaczęła rozmyślać nad tym, jak właściwie wpakowała się w to całe zamieszanie.
Wszystko zaczęło się, jak przypuszczała, wraz ze śmiercią jej ojca młynarza. Heloise miała dwie starsze siostry, ale nie miała braci, więc majątek podzielono między nich troje. Hilaire, jako najstarszy, dostał młyn, a Helaine, średnie dziecko, osła.
A co pozostało Heloizie?
Kot.
Nie chodziło o to, że Heloise nie lubiła Chatona. Lubiła. Był dla niej ciepły, słodki i delikatny, a na starsze siostry syczał, gdy się z nią drażniły. Nie wspominając już o tym, że był bardzo przystojnym osobnikiem, z pomarańczowo-złotymi pręgami, białą mordką i puszystym brzuszkiem. Ale pomimo swojej słodyczy i urody, ogólnie rzecz biorąc, nie był niczym szczególnym.
„No cóż, Chaton” – powiedziała – „przynajmniej myślę, że mogę podróżować i wynająć cię jako łowcę myszy, a to będzie pretekst, żeby podróżować”.
„Albo” – powiedział kot – „możemy wyjść i szukać szczęścia”.
Heloise mrugnęła, otworzyła usta, a potem uznała, że najlepiej będzie przyjąć z obojętnością odziedziczony przez nią spadek. „No to co proponujesz?”
Chaton przedstawił swój plan. Na północy rozciągał się rozległy las z okazałym zamkiem w środku, otoczony bujnymi polami uprawnymi. Jednak zamek, pola uprawne i las należały do straszliwej, odrażającej istoty – ogra.
Plan Chatona zakładał uwolnienie gruntów rolnych i lasów spod władzy okrutnego władcy.
Heloise pomyślała, że to brzmi bardzo dobrze, ale martwiła się, czy Chaton da radę. „W końcu to ogr, a ty i ja jesteśmy tylko gadającym kotem i córką młynarza”.
Ale Chaton powiedział: „Ogry, jak wszyscy wiedzą, są bardzo głupie. Nie powinno być trudno go oszukać”. Zastanawiali się chwilę, po czym Heloiza wpadła na pomysł i wyszeptała go do ucha swojego kota. Słysząc to, kot uśmiechnął się tak, jak tylko kot potrafi się uśmiechać, i strzepnął ogonem. „Doskonale” – mruknął. „Będzie trzeba trochę popracować, ale może…” Urwał w zamyślonej ciszy, zanim zwrócił się do Heloizy. „Ale w ramach podziękowania chciałbym otrzymać dwie rzeczy, słodka pani”.
Będąc hojną duszą, Heloise natychmiast odpowiedziała: „Oczywiście, o cokolwiek poprosisz!”
„Po pierwsze” – powiedział Chaton – „gdy przejmiemy zamek na własność, chciałbym, żebyś jadł raz dziennie rybę ze śmietaną”.
„Oczywiście!” powiedziała Heloise. „Czego jeszcze chcesz?”
„Buty” powiedział kot.
„Buty?” zapytała Heloise.
Kot pomachał swoim puszystym piórem ogona. „Tak. Buty.”
Heloise się nad tym zastanowiła. Wydawało jej się to bardzo dziwne, ale nie widziała powodu, dla którego miałaby tego nie robić. Pocięła więc znoszoną skórzaną kamizelkę swojego starego ojca i uszyła kotu buty. Chaton był bardzo zadowolony i razem wyruszyli na poszukiwanie szczęścia.
To była długa podróż na Północ, do zamku ogra, i co jakiś czas Chaton znikał na dzień lub dwa, po czym wracał bardziej zadowolony niż zwykle (co było nie lada wyczynem). Heloise była ciekawa, ale był jej przyjacielem i ufała mu, więc nic nie powiedziała.
I tak oto znalazła się tutaj. W stawie przy drodze, a wszystkie jej ubrania zabrali „złodzieje”.
Heloise nie była głupia i wyczuła w tym wszystkim coś złego. Kilkakrotnie podczas podróży chronił ją przed złodziejami i napastnikami i wątpiła, by ktokolwiek dorwał się do jej ubrań pod jego strażą. Nie trzeba dodawać, że była raczej niezadowolona z Chatona.
„Wiem, że coś planujesz” – oskarżyła go, obejmując się i pogrążając jeszcze bardziej. „I cokolwiek to jest, nie pochwalam tego”.
„Ja?” – powiedział Chaton, obrażony i głęboko zraniony (a przynajmniej tak udaje, pomyślała Heloise kwaśno). „Nic nie zaplanowałem”.
Jej kasztanowe brwi uniosły się. „I myślisz, że w to uwierzę, kotku? Może nie czuję dziennego światła, ale czuję cię wszędzie.”
Chaton szlachetnie odwrócił głowę, zdając się nie zwracać uwagi na dzikie oskarżenia, którymi obrzucała go jego słodka pani. Ale Heloiza czuła, jak fala samozadowolenia spływa z niego i gwałtownie walczyła z chęcią, by go ochlapać.
Czy by to zrobiła, nigdy się nie dowiemy, bo właśnie wtedy do jej uszu dotarł odgłos kół powozu i krzyknęła z przerażenia. „CHATON!”
Chaton natychmiast podskoczył, a Heloise odetchnęła z ulgą – dopóki nie z przerażeniem nie uświadomiła sobie, że pędzi prosto w stronę drogi, krzycząc: „Pomocy! Pomocy!”
Zamknęła oczy i modliła się z całych sił, żeby ktokolwiek prowadził ten przeklęty powóz, ominął kota wołającego o pomoc i pojechał dalej. W końcu to było jedyne rozsądne wyjście.
Niestety, nie miała szczęścia. Woźnica sprawdził konie, powóz z hukiem się zatrzymał, a Heloise natychmiast zanurzyła się jeszcze głębiej pod powierzchnię.
Drzwi powozu się otworzyły i rozległ się kobiecy głos. „Co się stało, dobry kawalerze Chaton? Czy możemy w czymś pomóc?”
Wiedziałam, pomyślała Heloise zrzędliwie. To dowód. On to zaplanował, ten intrygant.
Chaton wykonał elegancki ukłon: „Moja słodka pani, markiza Carabas, znalazła się w strasznych tarapatach, Wasza Wysokość!”
Heloizie wydawało się, że serce podskoczyło jej z piersi w nagłym ataku przerażenia. Jej Królewska Mość Królowa siedziała w powozie niecałe 50 metrów dalej, a tu nagle znalazła się naga w stawie.
Zawsze uważała, że omdlenie to raczej głupi pomysł, ale w tej chwili wydawało się to zupełnie w porządku.
Zaraz po tym, jak obdarła kota ze skóry.
„Ojej! Ta hojna młoda dama? Co się stało? Jak możemy pomóc?”
Chaton skłonił się ponownie, lekko drgając ogonem z zadowoleniem. „Moja słodka pani spacerowała po swoich ziemiach i postanowiła popływać w swoim ulubionym stawie. Ale potem, niestety, jej piękne szaty zostały skradzione przez złodziei, którzy czaili się w lesie, i teraz jest tu uwięziona!”
Królowa jęknęła. „Biedactwo. Coeur, szybko, idź i przynieś mój kufer dla markizy! I śpiesz się!”
Heloise mrugnęła. Czekaj, Markizo? Co Markizo? Co się dzieje????
Lokaj z tyłu powozu natychmiast zeskoczył i obszedł powóz dookoła, aby zdjąć jeden ze skrzyń umieszczonych na górze.
W głowie Heloise wirowało zmieszanie. Otworzyła pysk, żeby zawołać Chatona, ale jej kot w tej samej chwili spojrzał na nią i zaczął gorączkowo machać łapką, jakby chciał powiedzieć: „Po prostu graj”.
Cóż… i tak nie miała żadnej kontroli ani pojęcia o sytuacji. Równie dobrze mogła się z tym przejechać.
„Kawalerze Chaton” – ponownie rozległ się głos Królowej – „czy zechciałby pan odprowadzić mnie do Markizy?”
„Oczywiście, Wasza Wysokość!” – mruknął Chaton i z powozu wyłoniła się cudowna dama w przepięknej ciemnozielonej sukni, haftowanej złotą nicią. Królowa.
Heloise poczuła, że zemdleje po raz drugi w przeciągu dziesięciu minut.
Jak właściwie wpakowałem się w to bagno?
O, racja. To wina kota.
Królowa, z zadowolonym z siebie kotem w bucie drepczącym u jej boku, podeszła do brzegu stawu. Heloiza zwinęła się w kłębek, zawstydzona, i wpadła do wody.
Jej Wysokość zatrzymała się na brzegu stawu, rozejrzała się po okolicy, po czym uśmiechnęła się uprzejmie i lekko ukłoniła. „Dobry wieczór, milady. Wygląda na to, że jest pani w tarapatach”.
Heloise miała zawroty głowy, ale wykonała niezręczny ruch, który, jak miała nadzieję, zostanie uznany za ukłon. „Rzeczywiście, Wasza Wysokość.”
„No dobrze, Lady Carabas, gdy mój lokaj przybędzie w odpowiednim ubraniu, wyjdź z tego stawu i skorzystaj z okazji, a my odprowadzimy cię do domu w całości.”
Lady Carabas?… Heloise zamrugała i spojrzała na Chatona. Ten znacząco skinął głową. Przełknęła ślinę, Heloise ponownie wykonała swój dziwny ruch kołysania i uniosła brodę, odważnie stwierdzając: „Oczywiście, Wasza Wysokość. To byłoby cudowne”.
Królowa uśmiechnęła się z królewską powściągliwością i skinęła na sługę, majestatycznie żądając, by się odwrócił i podał jej suknię. Następnie królowa wręczyła suknię Heloizie, która wyszła ze stawu i teraz drżała z zimna za krzakami, i nakazała jej się ubrać.
Heloise nigdy nie nosiła niczego tak eleganckiego, ale starała się nie udawać, że to robi, wychodząc na światło dzienne. Królowa zmierzyła ją szybko wzrokiem od stóp do głów, po czym skinęła głową z aprobującym uśmiechem. „Doskonale. Nieźle się pani oczyściła, Lady Carabas. Chodź, czas, żebyśmy cię odprowadzili do domu”.
Heloiza szła raczej ospale za Królową, z zakłopotaniem słuchając jej paplaniny. „To dość zbieg okoliczności, że się tu spotkałyśmy, Lady Carabas” – mówiła Królowa, gdy zbliżały się do powozu. „Szłyśmy cię odwiedzić, wiesz, żeby ci podziękować za te pyszne prezenty, które nam przysłałaś”.
Prezenty? Heloise zastanawiała się przez chwilę, zanim odpowiedź ją olśniła.
Ach. Oczywiście. Chaton musiał to jakoś zaplanować.
Zaczynała być pod ogromnym wrażeniem jego machinacji. Nie była pewna, jak w ogóle udało mu się to zrobić – gdyby tylko udało mu się to zrobić bez narażania jej na wstyd przed wiecznie kochającą Królową!
Dotarli do powozu, a lokaj podał królową, po czym zwrócił się do Heloizy. Postanawiając pójść za przykładem Jej Królewskiej Mości, córka młynarza wyciągnęła rękę do lokaja i pozwoliła mu pomóc jej wsiąść do powozu.
Prawie znowu się zdenerwowała, gdy zdała sobie sprawę, że ona i królowa nie są same w powozie.
„Ach!” powiedziała radośnie Królowa. „Luc, to jest Lady Heloise, markiza de Carabas. Moja droga Lady Carabas, to mój syn, Jego Królewska Wysokość Książę Luc d'Leon”.
Był bardzo przystojny, z rudawozłotymi włosami, które kręciły się wokół ramion, i jasnymi, inteligentnymi, niebieskimi oczami. Zarumieniona, Heloise pochyliła głowę i mruknęła: „Wasza Wysokość”.
Wyciągnął rękę, a Heloise nieśmiało włożyła swoją w jego uścisk. Następnie z galanterią pochylił się nad nią, mówiąc uprzejmie: „Moja Pani”.
Serce Heloise zatrzepotało dziwnie, gdy usiadła naprzeciwko rodziny królewskiej, i westchnęła cicho z dezaprobatą. Serio! Zachowuj się teraz, co ty sobie wyobrażasz? – pomyślała z irytacją. Czy Chaton też ci coś zrobił? W tym momencie chyba nie miałabym mu tego za złe.
W tym momencie, jakby na zawołanie, Chaton wsunął głowę do powozu. „Muszę prosić o pozwolenie, Wasza Wysokość, Wasza Wysokość, moja Pani. Muszę biec naprzód i przygotować zamek na przybycie naszych najczcigodniejszych gości”.
Ach. Serce i mózg Heloise poczuły, jakby spadł im z serca ogromny ciężar. Teraz wiedziała, co kot knuje (no, przynajmniej w większości). Zamierzał wprowadzić w życie Plan.
Kot spojrzał na nią z ukłonem, a ona lekko skinęła głową. „To byłoby cudowne, mój drogi Chevalier” – powiedziała. „Idź czym prędzej”.
Kot znów się skłonił, a Heloise mogłaby przysiąc, że puścił do niej oko, po czym cofnął się i zniknął z pola widzenia.
Heloise rozparła się wygodnie na krześle, splatając dłonie na kolanach i powstrzymując westchnienie. Dobrze. Jeśli dobrze to rozegram, może, tylko może, z pomocą Wszystkich Świętych, uda mi się przez to przebrnąć bez oskarżenia o zdradę.
Mam nadzieję.
~C~
Chaton biegł przez las tak szybko, że przypominał pomarańczowy płomień, przemykający między drzewami prastarego lasu. Jak można by przypuszczać, sądząc po jego zdolności mówienia, był on magicznym kotem. A kiedy ktoś daje magicznemu zwierzęciu prezent, ten prezent może przybrać zaskakujące formy.
W tym przypadku małe buciki, nad którymi Heloise tak ciężko pracowała, żeby uszczęśliwić swojego dziwnego nowego przyjaciela, teraz dawały Chatonowi moc, dzięki której mógł biec tak szybko, jak wiatr.
Przemknął między pniami starych, bardzo starych drzew, ostrożnie przeskoczył mały strumyk i zatrzymał się na skraju rozległej polany. Wewnątrz polany znajdował się ogromny zamek, porośnięty winoroślą.
Machnąwszy ogonem, kot przebiegł przez polanę i wpadł do wielkiej, ziejącej bramy.
Wnętrze zamku było ponure i ponure, a tu i ówdzie krzątali się ludzcy słudzy, zgarbieni i wpatrzeni w podłogę. Żaden z nich nie rzucił nawet okiem na rudego pręgowanego kota w dziwnych butach, co zirytowało dumę Chatona. Postanowił zignorować zniewagę, jaką jego wysokość miał dostać z powodu ich tępoty i strachu, i dumnie ruszył do wielkiej sali.
Gdy wszedł do wielkiej sali, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był wielki fotel z dębowego drewna, obity delikatnymi aksamitami, które tajemniczo lśniły w słabym świetle pochodni. Osoba, która siedziała na fotelu, była jednak o wiele mniej okazała.
„Mój drogi Ynez Ogrzyco” – powiedział Chaton z ukłonem. „Tak miło cię w końcu poznać”.
„Nie mam pojęcia, kim jesteś” – powiedziała Ogrzyca Ynez. „I nic mnie to nie obchodzi. A teraz zabieraj stąd swoją wąsatą twarz, albo ci ją usunę”.
„Nie ma potrzeby takiego barbarzyństwa!” – zaprotestował Chaton, zgorszony, choć poważnie wątpił, czy Ogrzyca znała znaczenie słowa „barbarzyństwo”. „Przybyłem tu tylko z powodu plotek, które do mnie dotarły”.
Jadowite, żółte oczy ogrzycy zwęziły się. „Jakie plotki?” – mruknęła głosem, który brzmiał jak błoto i żwir. Sam dźwięk sprawił, że Chaton poczuł w sobie dreszcz obrzydzenia, ale na zewnątrz uśmiechnął się i machnął uwodzicielsko ogonem.
„Wszystkie magiczne bestie opowiadały o twoich niezwykłych umiejętnościach w zmienianiu kształtów. Chciałem tylko wiedzieć, czy to prawda.”
Ynez usiadła i uśmiechnęła się krzywo, odsłaniając krzywe, obrzydliwe, pożółkłe zęby. „Tak jest” – powiedziała dumna i strojąca się. „Nawet ci pokażę”.
Kot poruszył nosem, ale to był jedyny zewnętrzny przejaw jego radości. Ogrzyca głośno strzeliła guzowatymi kostkami palców, błysnęło światło i na tronie ogrzycy zasiadło lustrzane odbicie samego Chatona.
„Niesamowite!” – wydyszał kot. „Nigdy nie widziałem tak wspaniałej przemiany. Powiedz mi… czy potrafisz przemienić się w słonia? Słyszałem opowieści o ich potędze i majestacie i zawsze marzyłem, żeby takiego zobaczyć”.
„Oczywiście!” prychnęła Ynez, której głos brzmiał bardzo dziwnie, wydobywając się z ciała Chaton. „Zwykła zabawa ogrelinga”. Ynez-Chaton (czy może Chaton-Ynez?) zeskoczyła z krzesła, przeszła (raczej nieudolnie, zdaniem Chaton) na środek pokoju, przeciągnęła się i zniknęła w kolejnym gigantycznym błysku światła.
Gdy Chaton mrugnął, na środku pokoju zobaczył gigantyczne, szare stworzenie z wężowatym nosem i dużymi, kościanymi kłami.
„Wspaniale!” – wyszeptał dramatycznie Chaton. „Czy potrafisz przemienić się w orła?”
Następne kilka minut było istnym chaosem szybko zmieniających się kształtów i zwierząt, aż w końcu Ynez stanęła przed nim, znów w swojej własnej postaci. „No, koteczku” – powiedziała Ogrzyca. „Jesteś zadowolony?”
„Och, więcej niż, więcej niż, droga pani!” powiedział kot. „To był doprawdy wspaniały pokaz! Jestem w pełni usatysfakcjonowany!” Ogrzyca uśmiechnęła się z samozadowoleniem, ale ten samozadowolony uśmiech nagle zniknął, gdy Chaton powiedział niepewnie: „No… z wyjątkiem… ale nie”.
„Co?” warknął Ynez. „Poza czym?”
„Cóż” – powiedział pokornie kot – „zawsze myślałem, że znakiem rozpoznawczym wielkiego zmiennokształtnego jest zdolność do przeobrażenia się w coś nieżywego… na przykład w płomień. Ale choć z pewnością jesteś cudownym zmiennokształtnym, to zadanie przekracza nawet twoje możliwości. Zapomnij, że cokolwiek powiedziałem, ja…”
Ale Ynez przerwała mu machnięciem zielonej, brodawkowatej, pazurzastej dłoni. „Nie! Zrobię to – żadne wyzwanie nie przebije Ynez!”
Wtedy nastąpił potężny błysk światła – większy niż jakikolwiek pokaz ogrzycy, jaki Chaton kiedykolwiek widział – który nagle zniknął z cichym trzaskiem, niczym eksplozja petardy.
Ogrzyca Ynez stała się płomieniem bez żadnego paliwa.
Chaton rozejrzał się po pokoju, machnął ogonem i zamruczał: „Tak jak myślałem”. Potem kot rozsiadł się wygodnie na podnóżku Yneza i zabrał się za dokładne mycie ogona. Miał jeszcze trochę pracy do wykonania przed przybyciem swojej słodkiej pani i musiał wyglądać jak najlepiej.
Powóz przejechał przez stary kamienny most nad fosą i wjechał przez wielkie, ziejące bramy zamku „Heloizy”.
W końcu zatrzymali się na dziedzińcu, po czym zszedł lokaj i otworzył drzwi pasażerom.
Jego Królewska Wysokość Książę Luc wyszedł pierwszy i wręczył swojej matce królową. Potem odwrócił się, by spojrzeć na Heloizę.
Próbując nerwowo ukryć zdenerwowanie, Heloise wstała i chwyciła wyciągniętą dłoń mężczyzny, pozwalając mu pomóc jej zejść na ziemię.
Rozmowa podczas podróży do zamku rozwiała większość jej obaw – najwyraźniej Chaton intensywnie przygotowywał się do tego wydarzenia. Królowa niemal sto razy rozpływała się i dziękowała Heloizie, czyli Lady Carabas, za wszystkie miłe dary, które wysłała do pałacu królewskiego. O ile Heloiza potrafiła się zorientować, za każdym razem, gdy Chaton znikał bez śladu, jej kot polował na króliki i łowił pstrągi, które następnie wysyłał do pałacu dzięki uprzejmości markizy de Carabas.
Najwyraźniej poszedł też i polecił wszystkim służącym starej Ogrzycy pracującym w polu, by na pytanie odpowiadali, że ziemie należą do markizy de Carabas. Jej Wysokość była pod ogromnym wrażeniem wspaniałego ogromu rzekomych ziem Heloizy.
Za każdym razem sprostał zadaniu i okazał się wiernym pupilem, towarzyszem i przyjacielem. Można się spodziewać, że wszystko wie – nie ma powodu do obaw. Pomyślała, ostrożnie wyjmując dłoń z uścisku księcia i ściskając ją skromnie przed sobą.
Mimo to w jej żołądku czuła maleńki dreszcz strachu, który nie dawał się stłumić. To znaczy, nie dawał się ujarzmić, dopóki wielkie drewniane wrota zamku nie otworzyły się z gracją, ukazując jej kota.
Chaton był w świetnej formie — jego płaszcz lśnił od licznych prań, buty błyszczały, na głowie miał wspaniały, piórasty kapelusz, a wokół szyi miał błyszczącą białą wstążkę ze złotym dzwoneczkiem.
„Witamy, Wasze Najjaśniejsze Mości, w Château de Carabas!” – oznajmił dumnie kot.
Wiedziałam, że się pojawisz. Heloise odetchnęła z ulgą i skłoniła się przed Królową. „Czy zechciałabyś pójść za mną, moja Królowo?”
Zamek był najwspanialszą budowlą, w jakiej Heloiza kiedykolwiek była. Podłogi i ściany pokrywały gobeliny i piękne dywany, a w oknach wisiały okazałe zasłony. Tu i ówdzie radośni słudzy krzątali się tam i z powrotem, przygotowując zamek na przybycie królewskich gości. Co jakiś czas rzucali Chatonowi wdzięczne spojrzenie, na które ten odpowiadał eleganckim skinieniem głowy.
W końcu wysoka, dostojna kobieta w stroju wysokiej rangi służącej podeszła i skłoniła się nisko przed Królową. „Proszę, Wasza Wysokość, jestem tu, by zaprowadzić Panią do pokoi, które dla Pani przygotowaliśmy, jeśli zechce Pani odświeżyć się przed kolacją”.
„Ach, tak. To byłoby wspaniałe”. Odwróciła się do Heloise i wykonała jej najlżejszy ukłon. „Do obiadu, droga markizo”.
Heloise odwzajemniła gest znacznie głębszym ukłonem. „Oczywiście, Wasza Wysokość. Do tego czasu.”
Królowa ruszyła przez korytarze zamku, zostawiając Heloizę samą z kotem i księciem Lucem.
„Całkiem nieźle ci idzie, pani” – powiedział Książę z suchym uśmiechem. „Moją matkę całkiem nabrałaś”.
Heloise zamarła i poczuła, jak jej twarz robi się szara. No cóż. To było stresujące, póki trwało. I spójrz na jasną stronę – choć mogę być uwięziona w ciemnym, wilgotnym lochu bez widoku ani zapachu światła dziennego, przynajmniej nie będę harować w młynie, żeby zadowolić moje siostry.
Jakoś nie poczuła ulgi.
Powoli zmusiła się, by odwrócić się do księcia i przybrać spokojną maskę zmieszania. „Przepraszam, mój książę?”
Uśmiechnął się i uniósł brwi. „Kiedy po raz pierwszy zatrzymaliśmy się w gospodzie, zbliżając się do ziem, które, jak poinformował nas Chevalier Chaton, należą do ciebie, podsłuchałem sporo plotek o złowrogiej ogrzycy, która rządziła ziemiami otaczającymi stary zamek”. Spojrzał na Chatona. „Zaczynałem podejrzewać, że kot próbuje nas oszukać, ale potem natknęliśmy się na ciebie. Z początku myślałem, że to może ty jesteś ogrzycą przebraną za człowieka, ale wydałaś się zbyt inteligentna i zbyt nieswoja, by nią być”.
Heloise zamrugała kilka razy, zastanawiając się nad tym. Wiedział przez cały czas? Chyba tak.
Otworzyła usta, żeby powiedzieć coś mądrego, ale zamiast tego wykrztusiła: „Mogłabym być inteligentną ogrzycą, która rzadko wychodzi z domu”.
W następnej sekundzie zakryła usta dłońmi, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Czuła, że zaraz zemdleje po raz trzeci tego dnia.
Cóż, nie ma szans na wyjście z tej sytuacji. Pomyślała ponuro, czekając na jego gniew.
Zamiast tego się roześmiał. A potem uśmiechnął się do niej, a jego niebieskie oczy błyszczały rozbawieniem. „Nie pomyślałem o tym, pani. Powinienem był mieć się na baczności przed inteligentnymi, introwertycznymi ogrzy-ludźmi”.
Heloise była niemal pewna, że jej policzki nagle zapłonęły, i pochyliła głowę. „Bardzo mi przykro, mój książę, że cię oszukałam. To niewybaczalne i nie oczekuję przebaczenia”.
Poczuła chłodne palce dotykające jej brody i delikatnie unoszące głowę, aż napotkała jasnoniebieskie oczy księcia. Nagle zdała sobie sprawę, że to były dobre oczy i że się do niej uśmiechały, i nagle przestała się bać.
„Oszukałeś mnie? Cóż, gdybyś mnie naprawdę oszukał, to rzeczywiście byłoby to bardzo poważne, ale byłem przekonany, że pokonałeś ogrzycę. Najwyraźniej jej już tu nie ma”.
Heloise zamrugała zmieszana. „No cóż, zakładam, że to Chaton ją pokonał…”
„Wykorzystując plan mojej słodkiej pani” – wtrącił kot płynnie, eleganckim machnięciem puszystego ogona i wdzięcznym polizaniem uniesionej łapy. „A właściwie głównie. Trochę to zmodyfikowałem. Jej plan polegał na tym, żeby Ogrzyca Ynez zamieniła się w coś małego, żebym mógł na nią rzucić się i połknąć ją w całości. Zamiast tego kazałem jej zamienić się w płomień, który zgasł z powodu niezdolności do utrzymania się przy życiu. Mój nowy plan zadziałał równie dobrze, jeśli nie lepiej. Gdybym zjadł starą ogrzycę, prawdopodobnie skończyłbym z niestrawnością”.
Książę skłonił się krótko. „A królestwo i te ziemie zawdzięczają twoją odwagę i cięty język – i imponującą inteligencję twojej pani”. Odwrócił się i uśmiechnął do Heloizy. „I zdaje się, że prawo stanowi, że jeśli ktoś pozbywa się nikczemnego stworzenia, które przejęło zamek, dziedziczy zamek i otaczające go ziemie z mocy prawa. Jesteś zatem markizą de Carabas”.
„Och!” wyjąkała Heloise. „Ale ogrzyca została pokonana dopiero, gdy cię spotkałam i powiedziałam, że jestem markizą…”
Książę Luc uniósł brew. „Nie pamiętam, żebyś nam cokolwiek mówił. Tylko o kocie.”
Oczy Heloise rozszerzyły się. „Proszę, nie karz go! To mój jedyny przyjaciel i bardzo go lubię, nawet jeśli potrafi być strasznie irytujący i czasami zbyt sprytny, jak na własne dobro”. Chaton odpowiedział na to obelżywe określenie wyniosłym prychnięciem, ale książę Luc wzruszył ramionami.
„To magiczne stworzenie. O ile nam wiadomo, potrafi przewidywać przyszłość. Jeśli o mnie chodzi, nie ma powodu, żeby kogokolwiek wsadzać do więzienia”. Potem, ku zaskoczeniu Heloizy, ponownie się jej ukłonił. „A teraz, czy ta piękna i mądra dama raczyłaby się przedstawić, skoro jest w istocie markizą?”
„Yyy…” – powiedziała inteligentnie Heloise. Potem zebrała się w sobie i skłoniła nisko. „Nazywam się Heloise d'Fleur, markiza de Carabas”.
„A ja jestem Luc d’Leon, drugi książę tego pięknego królestwa Pierreverte”. Wziął ją za rękę, pocałował, a potem spojrzał na nią z uśmiechem.
„Podoba mi się twoje imię, moja pani Heloizo” – powiedział książę. „Jest bardzo ładne”.
Heloise, ku swojemu zaskoczeniu, poczuła, że się rumieni. „Dziękuję. Ja… ja też, Wasza Wysokość.”
Uśmiechnął się szeroko. „To nie jest zbyt książęce imię, ale myślę, że mam sporo szczęścia. Mój brat, następca tronu, nazywa się Leodegrance”.
Heloise wybuchnęła śmiechem. „Zgadzam się. Myślę, że Luc jest o wiele milszy niż Leodegrance, jeśli chodzi o kwestię książęcości lub jej brak.”
Luc uśmiechnął się do niej i powiedział: „Dziękuję. Chyba jesteś pierwsza”. Podszedł do najbliższego okna, patrząc na ogród. „Pierreverte jest niezmiernie szczęśliwy, że cię ma, moja droga markizo”.
Heloise przechyliła głowę na bok. „Dlaczego tak mówisz?”
Luc machnął ręką, wskazując na widok. „Nieczęsto się zdarza, żeby wieśniaczka wpadła na pomysł pokonania ogrzycy i wyniesienia się ponad swoją pozycję, uwalniając przy okazji setki ludzi spod jej jarzma. Nie wspominając już o tym, że jesteś na tyle sprytna, by udawać szlachciankę i oszukać samą królową. Zawsze przydałoby się więcej ludzi z mózgiem w głowie”. Rzucił jej szybkie spojrzenie. „A ja, osobiście, nie mogę się doczekać, żeby lepiej poznać tak sprytną dziewczynę jak ty”.
Heloise zarumieniła się. „Cieszę się, że mogłam pomóc tym ludziom” – powiedziała. „Chociaż dom i tytuł własności są ładne, jak sądzę. I oczywiście cieszę się też, że nie zamierzasz wrzucić mnie do lochu”.
Luc roześmiał się i chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie pojawił się jeden ze służących z informacją, że obiad jest gotowy. Książę natychmiast skłonił się Heloizie i podał jej ramię.
„Czy pozwolisz mi odprowadzić cię na kolację, moja droga markizo Heloizo?”
„Oczywiście” – powiedziała Heloise i razem poszli na kolację. Chaton podążał za nimi, tak zadowolony z siebie, jak tylko kot ma prawo być.
~C~
„Wiesz,” powiedział zamyślony Chaton, gdy markiza Heloise de Carabas pogłaskała go po uszach, „czuję, że zasługuję na lepsze imię niż Chaton.”
Heloise uniosła brew i przesunęła pieszczoty na jego szyję. „Naprawdę? Co to za imię?”
Kot wykonał elegancki, koci wzruszający gest. „Nie jestem pewien. Coś bardziej odpowiedniego do mojej sławy i sprytu”.
Para zapadła w zamyślone milczenie, przerywane jedynie dość głośnym, dudniącym mruczeniem kota. W końcu Heloise krzyknęła: „Mam!”
Chaton poruszył ogonem z podniecenia. Heloiza uroczyście położyła królewską dłoń na jego głowie i oznajmiła: „Myślę, że będę cię nazywać… Maître Chaton”.
Chaton mrugnął do niej.
„Albo może Maître Chat, jeśli pan woli” – powiedziała, lekko drgnąwszy wargą.
„Nie sądzę” – powiedział kot, węsząc.
Heloise uśmiechnęła się niewinnie. „Więc wolisz Maître Chaton?”
Kot nie zaszczycił tego stwierdzenia niczym więcej niż wyniosłym spojrzeniem.
Heloise skinęła poważnie głową. „Nie, zgadzam się… to nie do końca tak”. Zamyślona cmoknęła językiem, po czym uśmiechnęła się szeroko. „A może Chat Botté?”
Zapadła chwila ciszy. „Chat Botté?” powtórzył Chaton.
„Tak” – powiedziała radośnie Heloise, ale w jej oczach błyszczał śmiech. „To cudownie praktyczne, nie sądzisz?”
Kot milczał przez chwilę, po czym powiedział: „Jeśli jutro obudzisz się z martwym wężem na poduszce, chcę, żebyś wiedział, że nie miałem z tym nic wspólnego”.
„Oczywiście, że nie” – powiedziała Heloise, po czym markiza de Carabas wybuchnęła śmiechem i pogłaskała Chatona po uszach, aż przestał patrzeć i zaczął mruczeć. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie (z wyjątkiem, oczywiście, ogrzycy Ynez, która akurat nie żyła).
Koniec