Człowiek w wieży

Dodaj do ulubionych

Zaloguj się, aby dodać opowieść do listy ulubionych

Ukryj

Masz już konto? Zaloguj. Lub Stwórz darmowy Fairytalez konto w mniej niż minutę.

Malia uśmiechnęła się, idąc do jego pokoju. Pamiętała, jak pierwszy raz przyszedł do jej małego domku za lasem, ubrany jak zwykły człowiek. Pamiętała, jak obserwował, jak zbierała jaskry z jej małego ogródka, które potem sprzedawała na targu. Pamiętała, jak ukradł jednego z nich z jej koszyka, kiedy nie patrzyła, i wsunął jej go we włosy. Pamiętała, jak przychodził każdego dnia od tamtej pory, zalecał się do niej wierszami i sonetami, miłosnymi liścikami i piosenkami, porywając ją wirem miłości. Pamiętała, jak powiedział jej, że jest księciem Gatlon, jak bardzo była zaskoczona i zachwycona. Pamiętała, jak oświadczył się jej w tajemnicy. Mieli się pobrać lada dzień.

Wchodząc radośnie po schodach, była wręcz oszołomiona, spodziewając się, że jej Książę „Z Bajki” James zaskoczy ją spontaniczną ceremonią ślubną. W końcu dotarła do jego pokoju. Otworzyła drzwi bez pukania. Jej radosny wyraz twarzy zbladł, gdy zobaczyła go siedzącego na łóżku z poważnym wyrazem twarzy.

Kochanie, co się stało?

„Musimy porozmawiać, Malia” – westchnął.

Usiadła obok niego na łóżku i położyła dłoń na jego dłoni. Zesztywniał pod wpływem jej dotyku i nie sięgnął po jej dłoń. Wtedy wiedziała, że ​​coś jest nie tak i domyśliła się, co.

Jej głos opadł o oktawę, nagle stając się twardy i zimny. „Nie. Nie mów mi, że to się właśnie teraz dzieje”. Cofnęła dłoń z jego uścisku. „Nie możesz mu się przeciwstawić?” krzyknęła. Zatrzymała się na chwilę, próbując uspokoić oddech i stłumić narastające mdłości.

„On jest Królem! Nie odziedziczę Gatlon, jeśli nie zrobię tego, co każe. Myślałam, że pozwoli mi cię poślubić. Nie chciałam cię skrzywdzić, Jaskierku.”

Na dźwięk tego imienia cicho szlochała. Długo siedziała bez ruchu, aż sobie przypomniała.
„A co z dzieckiem?” zapytała cicho, kładąc dłoń na małym zaokrągleniu brzucha.

„Będę musiał poślubić córkę króla Darrowa. Ona nigdy nie może dowiedzieć się o dziecku. Musisz je zabrać i wychować w swojej chacie. Nigdy się do nas nie odezwiesz” – powiedział. Z trudem powstrzymywał łzy.

„I nie zrobisz tego” – powiedziała głosem niczym lodowaty wiatr.

„Jaskierko, przepraszam” – powiedział, zbliżając się do niej. Odepchnęła go. Usiadł z powrotem, chowając twarz w dłoniach, nie pozwalając jej zobaczyć, jak płacze. Poczekała, aż drzwi się bezpiecznie zamkną, zanim osunęła się na nie i załamała.
Następnego ranka, przed wschodem słońca, już jej nie było.

*****

Wpatrywała się w piękną twarz syna. Nieważne, jak bardzo nienawidziła Jamesa, nie mogła nie kochać swojego syna. Był jak wykapany ojciec. Położyła go, patrząc, jak śpi. Myślała o tym, jak inaczej wszystko mogłoby wyglądać, gdyby była królową. Jej syn zostałby królem. Wychowaliby go razem z Jamesem. Ale on ją zostawił. Dla Evy.

Samo imię sprawiło, że kwaśna nuta ścisnęła jej gardło. Porzucił ich rodzinę, żeby być częścią jej. Jej syn też się urodził. Ich dzieci urodziły się w odstępie zaledwie trzech miesięcy.

Nie walczyła o syna, pomyślała, nie dość mocno. Pozwoliła Jamesowi odsunąć na bok nie tylko ją, ale i ich syna.
Byłby królem, pomyślała, a słowa te powtarzały się w jej głowie bez przerwy. Byłby królem.

*****

Ominięcie straży pałacowej było niemal zbyt łatwe. Biedni chłopcy byli tak wygłodniali, że byli gotowi zaufać pięknej damie w środku nocy z kilkoma drinkami w dłoni. Wkradła się do pałacu, trzymając koszyk, jakby trzymała w nim dziecko. Jakby wyczuwając powagę sytuacji, jej syn spał spokojnie, nie wydając żadnego dźwięku. Wspinała się, szła i wspinała, aż dotarła do pokoju dziecinnego, tego, który miał trafić do jej syna. Ta myśl sprawiła, że ​​krew się w niej zagotowała. Weszła do środka. Podeszła na palcach do kołyski.

Unosząc kosz do twarzy, wzięła syna w ramiona i pocałowała go w czoło. „Będziesz królem” – wyszeptała do jego sennych, zaskakująco niebieskich oczu. Spojrzała na obu chłopców. Wyglądali identycznie, zupełnie jak ich ojciec. Każdy by pomyślał, że pochodzą od tej samej matki.

Podniosła drugiego chłopca i włożyła go do koszyka, ignorując swoje uczucia do niego. Spojrzała na syna po raz ostatni i wyszła z pokoju, znikając w nocy.

*****

18 lat później:

-Sophie-

Czuję, jak powietrze świszcze mi we włosach, adrenalina pompuje się w żyłach, gdy mój koń, Crash, pędzi przez las. Lubię tak jeździć, daje mi to poczucie kontroli. Tak trudno znaleźć to w mojej pracy. Mój lud potrzebuje mnie jako następcy tronu Blancforte, ale ja potrzebuję wolności. Kiedy w końcu odpoczywamy, pozwalam Crashowi odejść, a ja idę bez celu przez las, pogrążony w myślach. Wtedy to słyszę. Piękną, pełną duszy muzykę. Podążam za szeptem wiolonczeli, wołającej mnie coraz głębiej w las. Idę, jak w transie, aż docieram do polany w lesie. Wtedy odzyskuję zmysły i to widzę. Wieżę pośrodku polany, wyższą niż nasze zamki i o wiele wspanialszą. Wydaje się, że nie ma tam żadnych drzwi ani otworów, za wyjątkiem dużego okna na górze, przez które mogę widzieć mężczyznę mniej więcej w moim wieku, grającego na wiolonczeli i wpatrującego się w piękne otwarte niebo.

„To piękne!” – krzyczę, mając nadzieję, że mnie usłyszy.

Tak. Wiem to, bo upuszcza instrument i krzyczy głośno. Wciąga się na parapet okna i wyciąga szyję, żeby na mnie spojrzeć, wpatrując się we mnie jak w mityczne stworzenie. Natychmiast mam ochotę cofnąć te słowa i przywrócić lasowi spokój.

„Kim jesteś? Co tu robisz?” – pyta przerażony.

„Cześć” – mówię niepewnie. „Jestem Księżniczka Sophie. Słyszałam, jak grasz na wiolonczeli…”
„Co?” krzyknął głośno.

Zdaję sobie sprawę, że mamroczę do siebie. Mam pomysł. Sięgam po pergamin, który trzymam w fałdach płaszcza, po łuk na plecach i po jedną ze strzał z kołczanu. 


:Jestem Sophie, usłyszałam, jak grasz na wiolonczeli i podążyłam za muzyką. Jest piękna. Jak masz na imię? Piszę na kartce i ciasno owijam ją wokół strzałki.

Posyłam strzałę w stronę okna, ląduje tuż po jego lewej stronie, roztrzaskując ramę okna. Patrzy na mnie z podziwem. Celny strzał, myślę z samozadowoleniem.

Czyta notatkę, a potem wycofuje się do swojego pokoju. Myślę, że go odstraszyłem, dopóki nie widzę, że wrócił z własnym łukiem i strzałą i posłał strzałę w moją stronę.

:Dzięki. Miałem mnóstwo czasu na ćwiczenia. Jestem Edward.

:Co tam jesteś? Potrzebujesz pomocy, żeby zejść?

:Nie, mama mówi, że nie mogę wyjść.

:Jest tam z tobą ktoś na górze?

:Nie, przez większość czasu jestem tu sama. Ale mama czasami mnie odwiedza. Mówi, że nie mogę odejść; że jeśli to zrobię, nie będzie bezpieczna. Kocham ją. Nigdy bym jej nie naraziła na niebezpieczeństwo.

:Och... jak długo tam jesteś?

:Osiemnaście lat…

Opada mi szczęka. Myślałam, że utknęłam w swojej sytuacji. Nigdy nie miałam wyboru, kim chcę być. Urodziłam się, by zostać królową, poślubić jakiegoś potężnego księcia, którego nie kochałam, i mieć potężne dzieci; to było moje przeznaczenie. Ale brzmiało to o wiele lepiej niż tkwić w wieży przez osiemnaście lat.

Pisanie następnej odpowiedzi zajęło mi wieki, ponieważ zastanawiałem się, co dalej powiedzieć. :Czy masz jakichś znajomych?

:Nie za bardzo. Jesteś zainteresowany?

Uśmiecham się. To powinna być świetna zabawa.

*****

Odwiedzam go codziennie. Nic na to nie poradzę. Jest taki cudownie interesujący. Przeczytał tak wiele i wie o wiele więcej niż ja. Miło się z nim rozmawia. Czasami chodzę dwa razy dziennie, ale nigdy się mną nie nudzi. Czeka na mnie z gotowym łukiem i strzałami. I codziennie rozmawiamy, aż zużyjemy wszystkie strzały, jakie mamy. Powoli dowiadujemy się o sobie wszystkiego, na przykład, że wiem, jak robi własne strzały. Wie, że uwielbiam pływać w rzece o północy. Wiem o jego wyimaginowanym przyjacielu o imieniu Ryby. Wie, jak straciłam rodziców w dzieciństwie i jak moi bracia i ja troszczymy się o siebie nawzajem. Opowiada mi o swojej matce. Jest dla nas obojga tajemnicą. Ale jest bardzo potężna. Jest czarownicą i nauczyła się kontrolować wszystkie żywioły natury. Opowiada mi o tym, jak go odwiedza, wpadając przez okno wieży niczym podmuch wiatru. Mówi mi, że chciałby, aby ona spędzała z nim więcej czasu, i że czuje, że ona go nie kocha.

On nie wie, że się w nim zakochuję. Czuję to, za każdym razem, gdy go odwiedzam, uczucie staje się silniejsze i marzę tylko o tym, żeby się do niego zbliżyć.

*****

Minęły cztery miesiące, odkąd zaczęliśmy rozmawiać. Chcę mu to powiedzieć. Powiedzenie komuś, że się go kocha, nigdy nie jest błędem i niezależnie od tego, czy on czuje to samo, czy nie, wiem, że muszę być wierna sobie. Poza tym jutro są urodziny Eda. Wiem, że jego mama wraca. Zapytam go, czy mogę się z nią spotkać. Nie jestem pewna, czy się na to zgodzi. Otrzymuję odpowiedź, gdy mówi:

:NIE!! NIE!! Absolutnie nie! Nie możesz tu być jutro, Soph, ona nigdy nie może się dowiedzieć, że rozmawiałyśmy!

: Dlaczego nie?


:Nie wiem dlaczego, ale ona mówi, że nigdy nikomu nie mogę powiedzieć, że tu jestem! Proszę, nie możesz!

Zaczyna mnie to irytować.
: Nie wiem, co innego zrobić, Ed. Chcę ją poznać. Chcę poznać ciebie! Chcę być z tobą, usłyszeć twój głos, naprawdę cię zobaczyć…

Następną notatkę wysyłam z całą pasją mojego serca: 

Kocham cię, Edwardzie. Jesteś pierwszą myślą, która przychodzi mi do głowy o świcie i nocą, wypełniając moje sny. Marzę o tym, żeby cię poznać, żeby cię kochać. Sprawiasz, że jestem szczęśliwa. Nie wiem, co czujesz, ale wiem, że coś w tym jest. Czy ty też to czujesz?

Widzę, jak jego palce ostrożnie rozwijają notatkę i czytają słowa. Nie spieszy się, zostawiając mnie w strzępach na dole. A potem patrzy na mnie z góry. Zanim zdążę zinterpretować jego wyraz twarzy, albo zanim on zdąży odpowiedzieć, słyszymy szelest liści i drzew. Nikt poza mną nie pojawił się tu przez ostatnie cztery miesiące. Teraz na jego twarzy maluje się niewątpliwa panika. Uciekaj. Uciekam. Biegnę na skraj ogromnej polany i chowam się wśród drzew i zarośli. Modlę się, żeby nic się nie stało.

~Edwardzie~

Słowa nie potrafią opisać, co przeszło mi przez myśl, gdy przeczytałem tę wiadomość. Nie wiedziałem, co powiedzieć, ale cokolwiek ona czuła, w głębi serca wiedziałem, że ja też to czuję. Uwielbiałem wylewać przed nią swoje serce. Zawsze wiedziała, co powiedzieć, jak mnie pocieszyć. Była ciekawa świata, zabawna, inteligentna. Jej towarzystwo było jedyną rzeczą, na którą czekałem, czasami czułem, że to ona trzyma mnie przy życiu. Ale co ja wiedziałem o miłości? Tylko to, co znałem z doświadczeń innych ludzi, zapisanych w książkach i opowieściach, jako magiczne, wszechogarniające uczucie. Czy to była miłość?

Wtedy słyszę, jak coś zbliża się do wieży. Potężny wiatr szeleści w drzewach, a mnie ściska w żołądku. Nauczyłem się nasłuchiwać znaków nadchodzącej matki, i ona nadchodzi. Często wpada do wieży bez ostrzeżenia, zazwyczaj wykorzystując łagodne podmuchy wiatru, by unieść się do środka. Dziś chyba przyniosła ze sobą trąbę powietrzną.

Gdy wir się zbliża, moje myśli natychmiast kierują się ku Sophie. Spoglądam na nią z góry, z natarczywością w wyrazie twarzy. Uciekaj i schowaj się! – mówię jej wzrokiem. Nie może ich zobaczyć, ale kiedy następnym razem będę jej szukać, już jej nie będzie. Wzdycham z ulgą. Zmiatam notatki z pola widzenia i wkładam je do małego pudełka. Gdy tylko kończę, słyszę jej tornado przetaczające się przez polanę. Z dramatycznym podmuchem wiatru wchodzi przez moje okno i materializuje się przede mną. Jej wiatr, jak zawsze, wprawia mój pokój w chaos. Nigdy mi nie powiedziała, skąd wzięła swoje moce. Robię sobie w myślach notatkę, żeby później ją o nie zapytać.

„Kochanie! Tak długo mnie nie było!”

Przytulam ją i czuję, jak fala miłości zalewa mnie zewsząd. „Mamo! Nareszcie jesteś”.

„Nie sądziłeś chyba, że ​​przegapię twoje 18. urodziny, prawda?”

W końcu spojrzała ponad moje ramię i zobaczyła bałagan, jaki narobiła w moim pokoju. Śmieje się.
„Ojej, znowu to zrobiłam, prawda? Co to za papier? Zrobił się taki bałagan…”

Żołądek mi opada. Odwracam się. Pudełko się przewróciło, a notatki, setki i setki, leżą porozrzucane po podłodze.

„Och, to tylko taka gra. Mamo, porozmawiajmy o twojej ostatniej podróży!” – próbuję, ale ona już zaczęła je czytać.

Czyta jeden po drugim, jej twarz wykrzywia się gniewem i niedowierzaniem, aż zaczyna je rozrywać na strzępy. Nigdy jej takiej nie widziałem. Zaczynam się cofać, aż uświadamiam sobie, że nie mam dokąd pójść.

„Z kim rozmawiałeś?” krzyczy. „Edwardzie, z kim rozmawiałeś?”

„Jakaś dziewczyna!” krzyczę.

Krzyczy na cały głos, mamrocze coś o odkryciu, kim jestem, czego nie rozumiem. Muszę ją tylko uspokoić. Ale kiedy spotykam jej wzrok, jest daleka od spokoju. Ogień w jej oczach mnie zaskakuje. „Dlaczego musiałeś to zrobić?” krzyczy. „Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić, Ed! Tyle poświęciłam dla mojego syna, ale jeśli ktokolwiek dowie się, kim jesteś, zabiorą mu wszystko. Nie mogę na to pozwolić!”. Nagle coś się zmienia w jej tonie. „Jak śmiesz mi nie słuchać?” Nie mam pojęcia, o czym mówi. Czyż nie byłem jej synem? W gniewie posyła mi w pierś podmuch wiatru, a potem kolejny i kolejny. Z każdym kolejnym tracę równowagę, a moje zagubienie rośnie. Ostatni podmuch całkowicie mnie zwala z nóg i zanim zdaję sobie sprawę, co się dzieje, wypadam przez otwarte okno.

Spadam, wiatr szumi mi w uszach, a w żołądku czuję najstraszniejsze uczucie. Ale po raz pierwszy czuję się wolna, odciążona. Ostatnia myśl, jaka przechodzi mi przez głowę, to Sophie. Będzie mi jej brakować. Zamykam oczy. Uderzam o ziemię i natychmiast czuję, jak pękam. Ból sprawia, że ​​płaczę i krzyczę. Mrugam oczami, ale widzę tylko ciemność. Uświadamiam sobie, że straciłam wzrok. Ale żyję. Potrzebuję pomocy. Sophie mi pomoże. Gdzie ona jest? Czy odeszła? Odeszła, uświadamiam sobie. Zanim zdążę się nad tym zastanowić, moja matka schodzi, żeby mnie zobaczyć, trzymając ostatnią notatkę, którą Sophie do mnie napisała.

„Więc ona cię kocha, prawda?” – pyta moja matka. „No cóż, niedługo nie zostanie z ciebie nic do kochania” – rzuca na mnie.

„Mamo…” – udaje mi się wykrztusić, przewracając się na zakrwawiony bok. Natychmiast krzyczę i kładę się z powrotem. Łzy płyną mi po twarzy, gdy moje oczy rejestrują jedynie ciemność, a ja czuję jedynie ból.

„Nie jestem twoją matką” – mówi z obrzydzeniem i odwraca się ode mnie. „Próbowałam cię kochać, ale to było zbyt trudne. Ale nigdy cię nie skrzywdziłam”. Waha się przez chwilę, po czym jej głos twardnieje. „Nie chcę tego robić, ale muszę”. Serce mi pęka, gdy słyszę, jak wyciąga sztylet z buta.

~Sophie~

Siedzę cicho w krzakach, bawiąc się liśćmi wokół mnie, rozrywając je na strzępy nerwowymi palcami. Zastanawiam się, o czym rozmawiają, jak by to było, gdybym była tam z nimi. Nocne powietrze jest teraz chłodne i po raz pierwszy zauważam, jak ciemno jest. Czuję, że powinnam iść. Podchodzę do miejsca, gdzie zostawiłam Crasha, kawałek od wieży, gdzie lubi paść się na otwartej łące. Wkrótce go znajduję. Powoli, zmęczona i trochę zamyślona, ​​idę w stronę mojego konia, zastanawiając się, czy Edward też o mnie myślał. Po prostu pójdę rano, myślę sobie, a jeśli on nie czuje tego samego… znajdziemy sposób, żeby dojść do siebie. Wszystko będzie dobrze, myślę, wskakując na siodło. I wtedy słyszę przestraszony, długi krzyk. Moje instynkty włączają się dopiero, gdy słyszę potężny huk dochodzący z wieży. Popędzam Crasha, aż znów docieramy do polany. Moja twarz natychmiast blednie, gdy obserwuję scenę rozgrywającą się u stóp wieży. To Edward, leżący na ziemi pokryty krwią, a nad nim stoi starsza kobieta. Sztylet w jej dłoni oślepia mnie na ułamek sekundy i unieruchamia, odbijając słabe światło księżyca z góry w moje oczy. Wciąż siedząc na koniu, nie mam nawet czasu, żeby z niego zejść, naciągam łuk i celuję prosto w nią strzałą. Nie widzi nawet mojej twarzy, zanim pada na ziemię z ostatnim krzykiem szoku i czystej agonii. Nie zadaję sobie trudu, żeby rzucić jej choć jedno spojrzenie, zeskakuję z siodła i rzucam się do Edwarda.

Kładę dłoń na jego posiniaczonym policzku, a potem na sercu, czując, jak jego puls słabnie. To pierwszy raz, kiedy naprawdę go widzę. Nigdy nie zobaczę go żywego, uświadamiam sobie. Zaczynam panikować, zastanawiając się, co mogę zrobić. Pocałunek prawdziwej miłości może uleczyć wszystko, przypominam sobie.

Pochylam się i całuję go. Całuję go, jakby był dla mnie całym światem, z całą nadzieją i miłością, na jaką mnie stać. Całuję go z całej siły. Ale nic się nie dzieje. Nie wiem, co robić dalej, uświadamiam sobie z bezsilnym bólem. Nic nie mogę zrobić. Zamykam oczy, modląc się o cud. Pojedyncza łza spada z moich oczu i spływa do jego. Po prostu go tulę, marząc, żeby wrócił. Właśnie wtedy czuję, jak coś lekko drży mu przy sercu. Jest tak słabe, że chyba sobie to wyobrażam.

„Sophie? To ty?”

Otwieram oczy i widzę, jak wpatruje się we mnie, po raz pierwszy w życiu obejmując mnie wzrokiem. „Hej, znowu widzę!” – wykrzykuje. Jestem tak szczęśliwa, że ​​dziwność tego stwierdzenia ledwo dociera do mojej świadomości. O mało nie wybucham śmiechem z ulgą. „Tak, Ed. To ja. Żyjesz!”

„Dziękuję, że mnie uratowałeś” – powiedział, biorąc moją dłoń i ściskając ją. Nagle wygląda, jakby coś sobie przypomniał, a jego oczy robią się ciemne. „Moja matka? Czy ty…?”

W odpowiedzi tylko spojrzałem na niego ze współczuciem. On kiwnął głową ze stoickim spokojem.

„Hej, to tylko ja” – powiedziałam, pocierając mu ramię. Zamyka oczy, a po jego policzku spływa łza. Leżymy tak przez coś, co wydaje się wiecznością.

*****
1 rok później:

Stoi przy ołtarzu, czekając na mnie. Niespiesznie idę nawą, myśląc o wszystkich rzeczach w moim życiu, które zmieniły się odkąd poznałam Eda. Jestem taka cudownie szczęśliwa przez cały czas, a jego głos to kojąca obecność w moim szalonym świecie. Przyjął to całkiem normalnie, kiedy powiedziałam mu, że jestem księżniczką, i wspierał mnie przez cały proces zdobywania władzy nad moim królestwem. A mieszkańcy Blancforte go kochają. Zrobił dla nich tak wiele, odkąd się tu znalazł, że wiem, że jest najlepszym królem, jakiego mogłabym im dać.

I teraz mam rodziców! Kiedy wróciliśmy, żeby zburzyć wieżę, znaleźliśmy u jej stóp skrzynię pełną dzienników. Wyjaśniły nam wszystko o tym, kim był, i poszliśmy odwiedzić jego prawdziwych rodziców, króla Jakuba i królową Ewę w Gatlon, oraz jego przyrodniego brata Oscara. I chociaż Ed jest prawdziwym następcą tronu, oboje zgodzili się, że Oscar powinien rządzić Królestwem. Był miłym, inteligentnym człowiekiem. Ed powiedział, że bardzo przypominał mu matkę.

W końcu docieram na podium i oddaję się mu całkowicie. Nigdy nie byłam niczego bardziej pewna, postanawiam, wpatrując się w jego kochające oczy. Znalazłam swojego księcia. Znalazłam swoją bajkę.

KONIEC