Nauczycielka Millie zachorowała, więc po południu jej lekcję poprowadziła inna nauczycielka w tej samej szkole, pani Maple.
„Dzień dobry” – powiedziała panna Maple do klasy Millie. Jej srebrne włosy powiewały niczym poduszeczka na czubku głowy, a mocne kostki wystawały spod wygodnych butów. „Mam dla was dziś coś specjalnego” – dodała.
Millie pochyliła się do przodu.
„Skoro dziś jest środa, przeczytam wam bajkę. Zawsze czytam w klasie w środy. Kto słyszał o Czerwonym Kapturku?”
Wszyscy podnieśli ręce, oprócz Millie.
Żartujesz, pomyślała Millie, opierając się o tylne nogi krzesła. Pewnie myśli, że wszyscy jesteśmy jeszcze dziećmi.
Pani Maple wyciągnęła krzesło zza biurka i postawiła je przed klasą. „Czy wygodnie wam się siedzi?” zapytała, jakby zwracała się do grupy czterolatków.
„Tak, panno Maple” – odpowiedzieli wszyscy uczniowie, jakby byli grupą czterolatków.
„W takim razie zacznę. Dawno, dawno temu…”
Millie ziewnęła. Zapowiadało się bardzo długie popołudnie.
~
TRZASK! Millie spadła z krzesła. Cała klasa podskoczyła, a pani Maple upuściła książkę i skoczyła do Millie, która leżała bezwładnie na podłodze.
„Czy wszystko w porządku?” zapytała, wyciągając rękę.
„Tak, myślę, że tak” – powiedziała Millie i mrugnęła. „Czy z babcią wszystko w porządku?”
W pokoju wybuchnął śmiech.
„Czy z babcią wszystko w porządku?” – przedrzeźnił jeden z chłopców.
„Uspokój się” – powiedziała panna Maple stanowczym głosem. Pomogła Millie wstać. Millie wygładziła sukienkę, podniosła krzesło i usiadła ponownie. Tym razem wszystkie cztery nogi mocno trzymały się ziemi.
Pani Maple wróciła na początek klasy i zaczęła czytać od nowa.
Millie widziała, jak poruszają się jej usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Próbowała zatkać uszy, ale słyszała jedynie szepty kolegów z klasy… a może szelest liści? Rozejrzała się wokół i wszyscy wydawali się być daleko i lekko rozmazani. Przetarła oczy i kiedy odwróciła się z powrotem na przód klasy, zobaczyła, że panna Maple zniknęła, a na jej miejscu stał uroczy mały domek.
Serce Millie zatrzepotało w niej jak uwięziony motyl. To bardzo dziwne, pomyślała Millie, ale zanim zdążyła pomyśleć inaczej, usłyszała przeraźliwy krzyk.
~
'POMOCY! POMOCY!' krzyknął ktoś. 'Drwal oszalał!'
Zamieszanie dochodziło z wnętrza domku. Millie rozejrzała się. Jej klasa zniknęła, a ona stała na brukowanej ścieżce prowadzącej prosto do drzwi domku. Po obu stronach ścieżki rósł rząd żonkili. Millie potarła guza z tyłu głowy. To rzeczywiście bardzo dziwne. Może była nieprzytomna. Uszczypnęła się mocno w ramię.
„Auć!”. Pojawiła się czerwona blizna, którą szybko potarła.
'POMOCY! PROSZĘ, KTOŚ!'
Millie podskoczyła. Nie mogę tu tak stać, pomyślała, więc powoli podeszła do domku i nacisnęła klamkę. Były zamknięte. Przez chwilę wpatrywała się w drzwi, nie wiedząc, co zrobić. Hałas dochodzący z wnętrza nie brzmiał zbyt zachęcająco.
'POMOC!'
Millie chwyciła kołatkę w kształcie pazura i zapukała trzy razy.
„Halo?” powiedziała. „Czy wszystko w porządku?” Odsunęła się i czekała.
Potem zapadła cisza. Nagle drzwi się otworzyły.
„Pani Maple?” wyjąkała Millie. „Co pani robi…?” Ale zanim zdążyła wydusić z siebie choć słowo, staruszka złapała Millie za ramię i pociągnęła ją do domku.
„Dzięki Bogu” – szlochała. „Ten drwal kompletnie oszalał!”
Millie uchyliła się, gdy w jej stronę poleciał kawałek roztrzaskanego drewna.
„Mam tego dość!” – wrzasnął drwal.
BUM! Krzesło poleciało w powietrze.
„Nie zetnę już ani jednego drzewa!”
TRZASK! Stół kuchenny pękł na pół.
„Babciu, idź z duchem czasu!” – ryknął. „Zamontuj grzejnik elektryczny, jak wszyscy!”
Millie oniemiała. Czy ona kompletnie oszalała? Wtedy zauważyła wilka rozciągniętego przed ogniem.
Wiem, co się stało, śnię. Słucham opowieści i śnię. Spojrzała na pręgę na ramieniu; wciąż pulsowała. Przynajmniej mam nadzieję, że tak się stało.
„Grrrrr!” Bestia cicho warknęła na Millie, a jej uszy poruszyły się.
Jakie masz wielkie uszy, pomyślała Millie, stając za staruszką.
„Och, nie martw się tym starym Wilkiem”. Staruszka wyciągnęła Millie zza spódnicy. „To po prostu wielki mięczak”.
„On rzeczywiście jest wielki” – powiedziała Millie, trzymając się blisko kobiety. „Właściwie to największy wilk, jakiego kiedykolwiek widziałam. Właściwie to jedyny wilk, jakiego kiedykolwiek widziałam”.
Wilk był wielkości małego konia i zdawał się zupełnie nieświadomy panującego wokół niego chaosu. Wtedy drwal, wciąż wściekle krzątający się po pokoju, nadepnął wilkowi na ogon.
Wilk zawył z bólu, po czym zerwał się na równe nogi i zaczął wściekle warczeć. Hałas był ogłuszający. Staruszka rzuciła się na wilka, odpychając drwala.
„Patrz, co narobiłeś, niezdarny głupcze. Nie przejmuj się Wolfym” – powiedziała kojąco i energicznie pogłaskała go po piersi.
Millie patrzyła, jak znajomy srebrny kok podskakiwał na głowie staruszki. „Gdzie jest klasa?” – błagała Millie. „Jak my się tu znaleźliśmy? Co się dzieje?”
„Mówiłam ci, kochanie” – powiedziała kobieta. „Proszę, uważaj. Drwal oszalał”.
„Ale panno Maple…” Millie czuła, jak język jej się plącze w ustach. Po prostu nie potrafiła dobrać odpowiednich słów. „Ale panno Maple…” zaczęła od nowa, ale staruszka jej przerwała.
„Jestem Babcią” – powiedziała. „Mów mi po prostu Babciu”.
Millie przestała próbować mówić i rozejrzała się po jednopokojowym domku. Na środku stało łóżko, dosunięte do tylnej ściany. Po lewej stronie łóżka stała duża komoda, a po prawej otwarty kominek z bujanym fotelem. Millie ze zdumieniem zobaczyła sztalugę malarską z niedokończonym obrazem, stojącą obok kominka. Resztę pokoju zajmował mały aneks kuchenny, zawalony roztrzaskanymi resztkami stołu.
Millie zobaczyła trójnożny stołek, który uniknął ciosu topora drwala, więc przyciągnęła go i usiadła. Powoli zaczęła się jej przejaśniać w głowie, a język zachowywać się normalnie.
„Dlaczego on oszalał?” zapytała, zanim w ogóle zdała sobie sprawę, co mówi.
„Nie wiem, dlaczego on oszalał” – powiedziała staruszka. „Po prostu oszalał, i tyle”.
„Może mogłabyś go zapytać”, zasugerowała Millie, mając nadzieję, że wkrótce się obudzi.
„Zapytać go?” Staruszka poklepała Wolfy'ego po raz ostatni i wstała. Podeszła do czajnika. „Dobrze, zrobię to. Ale najpierw nastawię czajnik i zrobię herbatę. Napijesz się herbaty, kochanie? Nie wyglądasz najlepiej”.
„Poproszę filiżankę herbaty” – powiedział drwal. Przestał rąbać meble i usiadł na końcu łóżka.
Staruszka skrzyżowała ramiona. „Dopóki mi nie powiesz, dlaczego tak kompletnie, kompletnie, kompletnie oszalałaś”.
Drwal westchnął głęboko. „Codziennie to samo” – poskarżył się. „Rąb! Rąb! Rąb! Więcej drewna! Więcej drewna! To się nigdy nie kończy. Mam już dość”.
„Ale strasznie mi zimno” – zadrżała staruszka, wrzucając trzy torebki herbaty do niedopasowanych kubków. Potem zdjęła wrzący czajnik z kuchenki i nalała wody do kubków. „Wilk siedzi przed ogniem i blokuje całe ciepło. Potrzebuję huczącego ognia, zwłaszcza w nocy. W tym łóżku jest lodowato”.
Drwal zaczął płakać. „Po prostu nie mam czasu na malowanie” – powiedział. „Malowanie to moje życie. Wolę malować drzewa niż je ścinać”.
Millie podniosła wzrok. To wyjaśniało sztalugę. Nagle wpadł jej do głowy pomysł, który mógłby ją wyrwać z tego snu, czy czegokolwiek innego. „A może kompromis?” – zapytała.
„Kompromis?” Staruszka nalała mleka do kubków i wsypała trzy łyżeczki cukru. „Co masz na myśli?”
„Dlaczego nie zamienicie się miejscami?” powiedziała Millie, zaczynając czerpać przyjemność z dziwnej sytuacji, w jakiej się znalazła.
„Zamienić się miejscami?” – wyszeptała Babcia przez sine usta.
„Dlaczego nie usiądziesz przy kominku i nie pozwolisz Wolfy'emu położyć się na łóżku?”
Drwal od razu się w to wciągnął. Przysunął bujany fotel do ognia. „Chodź, babciu, będzie ci tu ciepło jak w piecu”.
Staruszka zawahała się. „A co z Wolfym? Zaraz mu zimno?”
„Nie, nie zrobi tego” – powiedziała Millie, podskakując. „Ma swój własny, wielki futrzany płaszcz. A ty możesz go owinąć jednym ze swoich szalem” – dodała, starając się nie wybuchnąć śmiechem. „Włóż go prosto do łóżka, jeśli chcesz”.
„Jesteś dziwna”, powiedziała staruszka. „Skąd czerpiesz pomysły?”
Millie nie słuchała. Była zbyt zajęta grzebaniem w dużej komodzie stojącej w kącie domku. „Proszę” – powiedziała. „Idealnie”. Uniosła czerwony wełniany płaszcz z wbudowanym kapturem.
„To prezent” – powiedziała babcia – „dla mojej wnuczki”.
„To jest bardzo brzydkie” – powiedział drwal, zbierając farby.
„Nikt cię nie pytał” – warknęła Babcia. „Przymierz” – powiedziała do Millie. „Powinno pasować idealnie”.
Świetnie, pomyślała Millie. Robi się coraz lepiej. „Zaraz przymierzę” – powiedziała. „Jak tylko znajdę coś dla Wolfy'ego”. Wyciągnęła znoszoną koszulę nocną. „A co powiesz na to?” – zapytała. „Flanela jest cudowna i ciepła”.
Staruszka dmuchała na parującą herbatę. „Gdzieś tam jest pasujący czepek nocny”.
Millie znalazła go upchniętego w kącie szuflady. Zaniosła koszulę nocną i czepek Wolfy'emu, który spał smacznie przed trzaskającym ogniem. Próbowała unieść mu głowę, ale był zbyt ciężki, więc drwal, który rozstawiał sztalugi, podszedł, żeby jej pomóc. Uniósł głowę Wolfy'ego, a Millie naciągnęła na nią koszulę nocną.
Staruszka upiła łyk herbaty. „Będzie w tym wyglądał bardzo dziwnie, nie sądzisz?”
„Kto go zobaczy?” zapytała Mille, przeciągając jego przednie łapy przez ramiona i wkładając mu na głowę czepek nocny.
„Moja wnuczka, na przykład” – powiedziała staruszka. „Zaraz się tu pojawi. Przychodzi mniej więcej o tej porze, w każdą środę”.
Millie i drwal położyli Wolfy'ego na łóżku i podnieśli kołdrę.
Wolfy otworzył swoje zamyślone oczy i wpatrywał się bezmyślnie.
Jakie masz wielkie oczy, pomyślała Millie, odchodząc od łóżka.
Podniosła czerwony płaszcz z kapturem i włożyła go. Pasował idealnie. „Twoja wnuczka nie nazywałaby się przypadkiem Czerwonym Kapturkiem, prawda?” – zapytała Millie, obracając się lekko i podnosząc kubek z wciąż gorącą herbatą.
„Czerwony Kapturek?” zapytała Babcia. „Co to za imię?” „Moja wnuczka ma na imię…” Staruszka przerwała w pół zdania i wskazała na okno.
Millie spojrzała w stronę ścieżki i tam, szczypiąc się w ramię, była…
„…Millicent” – powiedziała staruszka. „Moja wnuczka ma na imię Millicent. W skrócie Millie”.
Pokój zaczął wirować, a Millie zataczając się zmierzała w stronę łóżka i wrzuciła sztalugę drwala do ognia.
„Nieeeeeee!” krzyknął, próbując uratować go przed płomieniami. Ale było za późno i w przypływie frustracji chwycił siekierę i zaczął rąbać meble.
„O nie, znowu to samo” – zawołała staruszka. „POMOCY! PROSZĘ! Drwal oszalał!”
Millie zachwiała się i zobaczyła swoje odbicie w lustrze. Jaki brzydki czerwony płaszcz, pomyślała, tracąc równowagę i wylewając gorącą herbatę na pierś Wolfy'ego.
Wolfy zawył i rzucił się na nią.
A jakie masz wielkie zęby, pomyślała Millie tuż przed uderzeniem o ziemię...
~
TRZASK! Millie spadła z krzesła. Leżała tam przez chwilę, zastanawiając się, co się stało. Powoli to do niej dotarło: drwal, wilk, ogień i zęby…
„Czy wszystko w porządku?” zapytała panna Maple, wyciągając rękę.
„Tak, myślę, że tak” – odpowiedziała Millie, mrugając. „Czy z babcią wszystko w porządku?”