Każdej nocy muszę powtarzać te same wersy sto razy przed snem. Jeśli się źle zachowam lub nie dokończę pracy, powtarzam wersy dwieście razy. Czasami pięćset, czasami więcej. Jeśli się jąkam, muszę zaczynać od nowa. Jeśli się wiercę lub zmieniam intonację głosu, dostaję w nadgarstki drewnianą linijkę. Metalowa krawędź linijki wbija mi się w skórę.
„A ktokolwiek by zgorszył jednego z tych małych, którzy we mnie wierzą, lepiej będzie dla niego, aby zawieszono mu kamień młyński u szyi i wrzucono go w morze”.
Śpię w starej służbówce, obok kuchni. Saeva umieściła tam moje skromne rzeczy, kiedy się tu wprowadziłem wieki temu. Powiedziała, że najłatwiej będzie dostać się do kuchni tą drogą. Mówiła mi o tym z promiennymi uśmiechami i obietnicami nowego początku. Oczywiście, bardzo chciałem ją zadowolić. Przyjmowałem każdy ochłap, jaki mi rzucała, jak wygłodniały pies. Chyba tak. Jestem.
„A jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do żywota, niż mając dwie ręce, pójść do piekła w ogień nieugaszony”.
Pierwszego dnia szkoły włożyłam stare pończochy Jill z dziurami na palcach i rozdarciem na kolanie i zrobiłam wszystkim jajecznicę i tosty. Kathryn zmarszczyła brwi, patrząc na jajka na talerzu, i przepychała je widelcem. Saeva skrzywiła się. Jill pochłonęła je bez słowa. Kathryn powiedziała, że jajka są oślizgłe i odmówiła jedzenia. Wtedy po raz pierwszy dostrzegłam błysk białej, rozpalonej złości w oczach Saevy, kiedy na mnie spojrzała.
„Gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie”.
Saeva zapytała, dokąd idę tamtego ranka, trzy lata temu. Przybrałem uśmiechniętą minę – taką, która mówiła „tak, cokolwiek chcesz” – i powiedziałem jej, że idę do szkoły, prawda? Pewnie znajdę jakieś podręczniki z drugiej ręki w bibliotece akademii. Wyczuwałem jej niezadowolenie z daleka. Nie byłem idiotą; wiedziałem, że więź między nami już się nadwątliła, o ile w ogóle istniała.
„A jeśli noga twoja jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż mając dwie nogi być wrzuconym do piekła, w ogień nieugaszony”.
Saeva roześmiała mi się w twarz.
„Gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie”.
Nie, nie, powiedziała mi Saeva. Miałam nie iść do szkoły z dziewczynkami. Miałam zostać i zająć się domem, podczas gdy ona będzie pracować w mieście, i przygotować obiad na jej powrót. Szkoła? Sama myśl o tym była dla niej niewiarygodna. Nie masz na to głowy, Juniper, powiedziała. Pochyliła się do mojego ucha i szepnęła: „A teraz idź i posprzątaj pokój Jill”, po czym przycisnęła zimne usta do mojego policzka, a jej pajęcze palce powędrowały wzdłuż ciała, gdy odwróciła się i wyszła ze śniadaniowni.
A jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie wejść do królestwa Bożego z jednym okiem, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego.
Reszta jest nudna i zbyt długa, by ją tu przytaczać, i nie ma większego znaczenia. Trzy lata minęły w ciszy, słychać tylko szorowanie płytek w łazience. Liście urosły i opadły na leszczyny na dole trzy razy; nabawiłam się odcisków i pęcherzy. Czyszczę krople podkładu w zlewie Kathryn i zastanawiam się, jak to jest nałożyć makijaż. Moja matka miała makijaż w trumnie. Nie wyglądała na żywą. Wyglądała jak oszustka podszywająca się pod moją matkę. Pamiętam mężczyznę o kwaśnym oddechu, pochylającego się w moją stronę, gdy trzymałam się krawędzi drewna, i powiedział: „Oczy to jedna z pierwszych rzeczy, które zauważa się po śmierci. Wiedziałaś o tym? Toną, tak jak ciasto opada”. Powiedziałam mu, że nie wiem, chociaż nie chciałam z nim rozmawiać. Nie chciałam z nim rozmawiać. Nie chciałam z nim rozmawiać.
„Gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie”.
Nietrudno wyobrazić sobie siebie w trumnie mojej matki, pokrytej kredowobiałym makijażem i z zapadniętymi powiekami. Zwykle o tym śnię. To nigdy nie jest koszmar. Myślę, że każdy śni we śnie, a prawdziwe koszmary pojawiają się po przebudzeniu. Zawsze budzę się z zimnym kamieniem strachu zakotwiczonym w dołku żołądka. Ciąży mi on przez cały dzień. Stopy mi ociężały, mózg się męczy i ledwo daję radę zebrać się w sobie, żeby ugotować obiad.
Jeszcze raz. Wypowiedz to jeszcze raz.
Pewnego razu zapomniałem zrobić obiad. Tak naprawdę, po prostu zasnąłem. Saeva kazała mi skrupulatnie zafugować płytki w prysznicu i zrobić pranie, co zajęło mi cały dzień. Obudziło mnie mocne uszczypnięcie w ucho, więc Saeva szarpnęła mnie za płatek ucha i zdjęła z płytek. Tej nocy dostałem lanie, ale dopiero po tym, jak polędwica wołowa została ugotowana po jej myśli. I na szczęście skończyło się tylko na dziesięciu batach.
Grzeczna dziewczynka. Idź już spać. Lepiej, żebym nie słyszał, jak się skradasz w środku nocy.
Jill była dla mnie miła. Biła mnie tylko od czasu do czasu, ale nie mogłam jej mieć tego za złe. Wszyscy to robili. A poza tym, oddawała mi skórki od tostów, gdybym kiedykolwiek została zamknięta w pokoju na tydzień. Jill była głupsza od Kathy. I grubsza. Kathy była jak Saeva. Zastanawiałam się, czy nie zostały niepokalane poczęte, bo nie wyobrażałam sobie Saevy z mężczyzną. I nie wyobrażałam sobie też, jak rodzi, więc może bociany nie były najbardziej absurdalnym pomysłem.
Zmyłeś naczynia? Umyłeś? Mówiłem ci, żebyś posprzątał w spiżarni, ty leniwy ośle.
Miłość jakoś skrystalizowała się w mojej głowie. Miłość, niczym bociany, które przynoszą niemowlęta zawinięte w pastelowe kocyki i podrzucają je pod drzwi, była tylko czymś z książek dla dzieci. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Nie mogłam tego nawet zrozumieć. Jak ktoś taki jak moja matka mógł kochać kogoś takiego jak mój ojciec? To było dla mnie obce. Kto kochał Saevę? Czy ktokolwiek kochał kogokolwiek wcześniej w historii świata? Wątpiłam.
Wystarczy odrobina nadziei, aby narodziła się miłość.
Pewnego dnia Kathy wróciła do domu z ręką w męskiej dłoni i zobaczyłem Jill skradającą się za nimi, z opuszczoną głową i wzrokiem wpatrzonym w rowki w drewnie. Dała mi swoją pracę domową do przejrzenia w pokoju dla służby, podczas gdy one poszły na chwilę na górę. Zauważyłem, że palce Jill stukają o spódnicę. Paznokcie były obgryzione do krwi. Odwróciłem wzrok.
Wyjdź na zewnątrz. Nie wolno ci wracać do jutra. Niech to będzie nauczka.
Nie spieszyłem się z drogą do stajni, mimo że powietrze było lodowate, i szczypałem się w skórę. Teren był rozległy i rozległy, niczym pola bitewne, które pokazywała mi matka, gdy byłem dzieckiem. Rzędy równo posadzonych leszczyn ociekały złotymi liśćmi. Mijałem ich górujące sylwetki i obejmowałem się ramionami, a wiatr szczypał mnie w oczy i doprowadzał do łez. W stajni zobaczyłem chłopca, a chłopiec zobaczył mnie i nagle zrozumiałem, jak ktoś może wierzyć w coś tak niedorzecznego jak miłość. To było niesprawiedliwe. Tylko dlatego, że ktoś był przystojny, mógł przekonać kogoś innego o czymś niemożliwym. To była o wiele za duża władza, prawda?
A jeśli spróbujesz wejść do środka, dostaniesz dwadzieścia batów.
Wyglądasz na zmarzniętego – powiedział. Jego policzki, poparzone wiatrem, były jak dwie czerwone połówki jabłka. Jego włosy miały kolor węgla, który każdej nocy wrzucałem do pieca. Jego skóra była jak szron pokrywający trawę wczesnym rankiem. A jego oczy były jak dwa lśniące odłamki witrażu z katedry gdzieś daleko. Powiedziałem mu, że mam sweter schowany w jednej ze straganów i przeszedłem obok niego, żeby go podnieść. Zapytał o moje imię. Odpowiedziałem: „Juniper”. Powiedział, że ma na imię Wren.
„A ktokolwiek…”
Stał się moim najdroższym przyjacielem. Moim najbliższym towarzyszem. Stał się jak mój brat. Wren, mój Wren. Nocą pozwalałem jego imieniu krążyć po języku, moje usta wykrzywiały się, formując dźwięk. Nie śmiałem go wypowiedzieć, dla bezpieczeństwa. Spotykaliśmy się w stajni przy każdej okazji. Był tam głównie po to, by doglądać koni, a innym razem uczył Kathryn jeździć konno. Saeva lubiła patrzeć na nich razem, jakby wiedziała. Jej usta wykrzywiały się triumfalnie, gdy zgarniałem końskie odchody.
Dokończ swoją wypowiedź, głupia dziewczyno.
„Juniper” – mówi do mnie teraz – „chyba nasza Kathryn polubiła młodego lorda. Zaprosimy go na herbatę? Przygotuj najpiękniejsze spodki, filiżanki i ciasteczka”. Drżącymi palcami nakrywam do stołu i o mało nie upuszczam delikatnej porcelany. Nie wiedziałam, że Wren to młody lord. I kiedy wpatruje się we mnie przez pokój, za Kathryn, chciałabym wtopić się w zasłony i zniknąć z istnienia. Jestem głupia. Myślałam, że mnie lubi. Myślałam, że ja lubię jego. A jednak jest, w sztywnych płaszczach, wypolerowanych butach i wyprasowanej białej koszuli wpuszczonej w spodnie. I patrzy na mnie, jakbym wcale nie była taka, jakiej się spodziewała. No cóż, to już nas dwoje.
„Wybacz mi” – mówi nagle Wren, a ja prostuję plecy, gdy brwi Saevy unoszą się, a jej uśmiech wygląda, jakby był zrobiony z tej samej kruchej porcelany co filiżanki. „Czy twoja druga córka nie dołączy do nas?”
Saeva przechyla pytająco głowę. Co on ma na myśli? Wiem, co ma na myśli.
„Och, Jill?” – pyta. „Nie, nie, Jill jest dziś z przyjaciółką”.
„Przepraszam” – mówi Wren z uśmiechem słodszym niż ciastka cukrowe, których nie tknął – „Miałem na myśli twoją córkę – czy to była Juniper?”
Uśmiech Saevy blednie. Mogłabym zapaść się w dywan w róże i rozpłynąć się w nicość, ale wątpię, żeby jej się to spodobało. Nie, prędzej by mnie udusiła i dała dwadzieścia batów, niż pozwoliła mi tak łatwo umrzeć. Otwieram usta, żeby zaprotestować, ale wargi Saevy układają się w szyderczy uśmieszek, jakby wyczuła coś wyjątkowo nieprzyjemnego. Mruga szybko.
„Chodź ze mną” – oznajmia nagle, wstając i wychodząc z pokoju. Filiżanka Kathryn brzęczy na spodku. Rozmawiała tylko z Wrenem. Spojrzenie Wrena wędruje ze mnie na Kathryn, ale wstaje, żeby pójść za nią z pokoju. Okna na zewnątrz trzęsą się; nadciąga burza, a niebo ciemnieje. Powinnam mu powiedzieć, żeby nie wychodził. Powinnam znaleźć sposób, żeby go zatrzymać. Zamiast tego, w milczeniu obserwuję, jak wychodzi z pokoju, jego buty stukają o drewno za dywanem, i czuję, jak spuszczam powietrze, gdy znika, jak balon przekłuty igłą.
„Jest nie do zniesienia” – mówi Kathryn. „Chyba oszaleję, jeśli będę musiała za niego wyjść”.
Serce mi podchodzi do gardła. Kto mówił o małżeństwie?
Mijają sekundy, potem minuty. Mijają dwie godziny, a Saevy wciąż nie ma. Sprzątam ze stołu. Myję i wycieram filiżanki i spodki. Odkładam ciasteczka cukrowe. Zajmuję się zamiataniem podłogi (bezczynne ręce to warsztat diabła) i rozpalam ogień w piecu. W końcu pojawia się Saeva, drzwi do kuchni otwierają się z hukiem od wiatru. A na jej rękach krew, przemoczona do rąbka jej eleganckiej sukienki. Patrzy na mnie ponuro.
„Pięćdziesiąt batów” – mówi. „I od tej pory zostaniesz w stajni”.
Moje plecy właśnie się zagoiły – przez ostatnie miesiące niewiele udało mi się zrobić, żeby ją zdenerwować. Dlatego kiedy bicz znów wbija mi się w skórę, boli tysiąc razy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Szlocham przy każdym uderzeniu. Chwytam się ściany, jakby to mogło mi pomóc.
Kurwa. Prostytutka. Ladacznica.
To, co mnie przeraża, gdy ból ogarnia mnie i na chwilę zanika w mojej głowie, to krew na jej sukience. I wiem, co to oznacza, choć nie mogę się zmusić, by się nad tym rozwodzić.
To twoja zasługa.
Przeszukuje wszystkie moje rzeczy, zanim wyjadę do stajni. Wyrzuca większość moich ubrań, wszystkie książki i drobiazgi. Cieszę się, że schowałem rzeczy, które Jill dawała mi przez lata.
Jeśli zachowujesz się jak zwierzę, będziesz żył jak zwierzę, ty podłe, podłe stworzenie.
Potykając się do stajni, z piorunami migoczącymi na niebie przede mną, jestem zbyt odrętwiała, by płakać. Skóra przykleja mi się do cienkiego materiału sukienki, a każda kropla deszczu sprawia wrażenie, jakbym znów była chłostana. Biegnę najszybciej, jak potrafię. Konie są spłoszone, wydają z siebie przestraszone, wysokie rżenie, gdy się zbliżam. Już widzę krew spływającą po klepisku, gdy się zbliżam. Jestem oszołomiona, widząc bezgłowe ciało osuwające się pod jedne z drzwi boksu. Ciało w lśniących butach i sztywnych płaszczach. A niedaleko jego ciała jest głowa, oczy zamknięte, jakby spało. Jeszcze nie opadły.
Robię jedyną rzecz, jaką mogę zrobić: biorę biały jedwabny szal Jill i delikatnie podnoszę jego głowę. Kładę go z powrotem na zakrwawionym kikucie jego szyi, owijam go wokół szyi i mocno zawiązuję. Moje przerażenie przeważa jedynie rozpacz. Mój bracie, mój przyjacielu, mój Wren. Czy zaręczyliśmy się teraz przez jego krew? Zanurzam jedną z moich podartych koszul nocnych w wiadrze z deszczówką na zewnątrz i zmywam krew z jego ramion i rąk. I płaczę.
Gdy świt wschodzi na niebo, a deszczowe chmury znikają, słyszę ptasi śpiew przy wejściu do stajni. Nie mogę oderwać się od jego zimnego ciała. Całą noc trzymałam go w ramionach. Ale ptasi śpiew staje się głośniejszy, a ja chwieję się na nogach, krzycząc z bólu, bo chłosty zdarły mi skórę z pleców i jestem cała we krwi. Chyba umrę.
Na zewnątrz, na gałęzi leszczyny, siedzi strzyżyk. Przechyla głowę, a ja znów rozpływam się we łzach. To, że mogę znaleźć cokolwiek pięknego teraz, gdy mój strzyżyk odszedł, wydaje mi się zdradą. Opieram się bokiem o drzewo, ściskając jedną z gałęzi ręką i ocieram twarz o ramię postrzępionej sukienki. Może ten strzyżyk to mój strzyżyk. Przelatuje obok mnie i ćwierka mi koło ucha.
„Wren odszedł” – płaczę. „Wren odszedł”.
Widzę Saevę schodzącą ze wzgórza z domu, jej spódnica powiewa niczym wąż gotowy do ataku. Jej włosy są idealnie wygładzone, a gdy podchodzi bliżej, czuję nutę perfum.
„Twój ojciec jest tutaj. Zostaniesz w stajni, poza zasięgiem wzroku”. Jest wściekła – widzę to w jej oczach. Nie reaguję od razu, a ona uderza mnie ręką tak mocno, że upadam na ziemię i czuję, jak kamienie wbijają się w moje zranione plecy przez materiał sukni. Duszę krzyk. Będzie mi gorzej, jeśli narobię hałasu.
Nie widziałem mojego ojca odkąd tu przyjechałem.
Dlatego kiedy widzę mężczyznę o włosach jak przędzone złoto i oczach wesołych jak Boże Narodzenie, schodzącego ze wzgórza za Saevą, którego głos brzmi jak ryk lwa na wietrze, serce podskakuje mi w piersi. Czy mnie znienawidzi? Nie wiem. Ale jakimś cudem wciąż go kocham. I nie do końca wiem, co to znaczy.
On mnie nie poznaje. Myśli, że jestem stajennym.
„Kochana” – powiedział do swojej nowej żony – „co tu robisz?”
Nie zauważa, że jej twarz blednie, gdy patrzy gdzieś ponad moimi oczami, gdzie krew zamarzła na ziemi. Chcę krzyczeć. Chcę rzucić mu się w ramiona. Chcę, chcę, chcę. Więc to robię.
„Ojcze” – mówię. Odpycha mnie delikatnie i patrzy na mnie. Widzę przerażenie w jego oczach, a on patrzy na mnie i na Saevę. Saeva tylko unosi głowę i na mnie pluje.
„Przez ostatnie lata próbowałem oswoić z nią diabła. Jest tak zła, jak tylko się da”.
Ale mój ojciec spojrzał na swoje ręce, które były zakrwawione od dotykania moich pleców, zobaczył moje buty i krzyknął.
„Twoje buty są czerwone” – szepcze. Nie zauważyłem. Teraz patrzę i widzę, że są przesiąknięte krwią Wrena.
Saeva stoi jak wryta, z ustami otwartymi z przerażenia i wyciąga przed siebie długi, biały palec, wskazując na coś za mną. Odwracam się i widzę, jak ciało Wrena rozkłada się, aż wstaje, z szeroko otwartymi oczami. Zatacza się w naszym kierunku. Saeva cofa się, ale Wren idzie za nią. Mój ojciec podchodzi do mnie i ostrożnie popycha mnie za siebie, ale nie goni nas. Obejmuje Saevę, a ja widzę, jak jej dłonie bezskutecznie drapią ją po bokach, gdy uścisk zaciska się. I zaciska. I zaciska.
Strzyżyk na drzewie śpiewa. Dołącza do niego kolejny. I nagle powietrze wypełnia trzepot skrzydeł, Saeva krzyczy, a ostatnią rzeczą, jaką widzę, zanim jej kości pękną w uścisku, a ciało opadnie, jest to, że jej oczy nigdy nie opadną; zniknęły. Strzyżyki odlatują.
„A jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego…”
Dom za nami staje w płomieniach – mój ojciec łapie oddech i ucieka w jego kierunku, podczas gdy ciało Wrena osuwa się do przodu, a z sykiem jego ciało rozpuszcza się, aż sterta kości spada na trawę suchą jak papier. Saeva też zniknęła. Widzę Jill pędzącą pod górę obok domu. Ojciec woła moje imię, a wiatr je niesie. Odchodzą. Odchodzą i ja też powinienem.
Ale schylam się, żeby dotknąć kości. Wiem, że mój ojciec i Jill już dawno odeszli. To nie ma znaczenia. Dom trzeszczy i drży z oddali. Kopię obiema rękami dół w błocie pod drzewem i nie przestaję, dopóki nie będzie wystarczająco duży, żeby pomieścić wszystkie kości. I kładę je tam, w zimnej ziemi, i przykrywam. Mam błoto na rękach. Otwieram boksy w stajni i puszczam konie.
Zimno mi. Powoli idę w stronę płonącego domu. Może ogrzeję ręce przy ogniu.
Ale płomień gaśnie i widzę, jak wielkie czarne chmury wirują ku niebu. Kaszlę, gdy sadza osiada mi na twarzy. W mgle, gdy się zbliżam, wydaje mi się, że widzę coś kręcącego się w ruinach. Wyciągam rękę, a kolejna biała dłoń wyskakuje ze smogu i chwyta moją. Zapiera mi dech w piersiach. Wren stoi przede mną z uśmiechem słodszym niż ciastko z lukrem. Z lasu za nami dobiega niski, melodyjny dźwięk, a jego dłoń dotyka mojego policzka.
„Juniper” – powiedział – „chodź ze mną”.
Wokół szyi ma zawiązany biały jedwabny szal.
Nie pytam, dokąd jedziemy. Mówię tylko „tak”.
Jego dłoń jest ciepła na moich wygojonych plecach. Mam na sobie lśniącą złotą suknię, gdy idziemy razem do lasu, trzymając się za ręce. Na głowie mam koronę, a na stopach szklane pantofle. A Wren, mój Wren, całuje mnie mocno w usta, zanim znikamy.